Aktualności


23 września 2017 r.

Największy samolot na świecie przeszedł pomyślny test silników

Olbrzymi samolot, który powstaje z inicjatywy współzałożyciela Microsoftu, Paula Allena, właśnie przeszedł bardzo ważny test.


Stratolauch to samolot, który wyniesie na orbitę rakiety /Stratolaunch (Dylan Schwartz) /Internet

Stratolaunch to największy samolot na świecie, który ma być napędzany aż sześcioma silnikami turbowentylatorowymi wyprodukowanymi przez firmę Pratt & Whitney. Wszystkie sześć jednostek zostało uruchomionych i przetestowanych na różne sposoby. To pierwszy krok do tego, aby maszyna wzniosła się powietrze, a według planów, ma to nastąpić jeszcze w tym roku.


Jeden z sześciu silników Pratt & Whitney /Stratolaunch (Dylan Schwartz) /Internet

Rozpiętość skrzydeł Stratolaunch wynosi ponad 117 m – o 37 m więcej od rozpiętości skrzydeł Airbusa A380, który jest największym samolotem pasażerskim świata. Obecnie największym problemem jest długość pasa startowego, który będzie niezbędny do wzbicia Stratolaunch w powietrze. Podczas gdy większości komercyjnie wykorzystywanych samolotów wystarczy pas o 2,5-kilometrowej długości, Stratolaunch będzie potrzebował minimum 1,5 km więcej. Twórcy cały czas pracują nad obejściem tej niedogodności.

Stratolaunch to nie samolot pasażerski. Ma być on wykorzystywany do przenoszenia rakiet satelitarnych, które następnie są wystrzeliwane w kosmos. W projekcie ma swój udział także Elon Musk. Prace nad Stratolaunch rozpoczęły się w 2010 roku, a oficjalnie został ogłoszony w 2011 roku. Przez lata doszło do kilku zmian, m.in. rakiet, jakie miały by być wynoszone przez ten samolot. Aktualną koncepcją jest wynoszenie kilku rakiet Pegasus XL. Ich nośność wynosi około 450 kg jeśli chodzi o niską orbitę okołoziemską (LEO).


23 września 2017 r.

RMF 24: Astronomowie odkryli w Układzie Słonecznym… coś dziwnego

Zespół niemieckich astronomów odkrył z pomocą teleskopu kosmicznego Hubble’a niezwykły obiekt, poruszający się w pasie planetoid między orbitami Marsa i Jowisza. Obserwacje prowadzone we wrześniu ubiegłego roku pokazały, że 288P jest planetoidą podwójną, która zdradza cechy… komety. Obiekt tworzą dwie krążące wokół siebie planetoidy, wokół nich widać charakterystyczną dla komety otoczkę gazową, zwaną komą. Jest też i warkocz.


Rysunek obiektu 288P, na którym zaznaczono orbitę, po której krązą wokół siebie dwie planetoidy /materiały prasowe

Jak pisze w najnowszym numerze tygodnik „Nature”, to pierwsza znana planetoida podwójna, którą można równocześnie klasyfikować jako kometę. Obiekt, określany w nomenklaturze planetoid jako 2006 VW139, a jako kometa nazywany 288P, składa się z dwóch planetoid o porównywalnych rozmiarach i kształcie, krążących wokół siebie w odległości 100 kilometrów. Obserwacje wskazują, że porównywalny do komety wygląd wiąże się z aktywnym procesem sublimacji wodnego lodu z ich powierzchni.

„Nasze obserwacje wskazują na sublimację wodnego lodu, związaną z rosnącym natężeniem promieniowania w chwili, gdy obiekt był bliżej Słońca” – tłumaczy pierwsza autorka pracy, Jessica Agarwal z Max Planck Institute for Solar System Research. To właśnie sprawia, że możemy go uznać równocześnie za podwójną planetoidę i kometę. Dotychczasowe obserwacje wskazują, że obiekt około 5000 lat temu był jeszcze pojedynczą planetoidą, rozpadł się prawdopodobnie na skutek silnego ruchu wirowego.

Planetoidę 2006 VW139 odkryto – jak sama nazwa wskazuje – w 2006 roku, w ramach projektu Spacewatch. Pierwsze oznaki kometarnej aktywności zauważono z kolei w 2011 roku, w ramach programu Pan-STARRS (Panoramic Survey Telescope And Rapid Response System). Wtedy nadano obiektowi oznaczenie 288P. Dopiero ubiegłoroczne obserwacje teleskopu Hubble’a pokazały, że mamy do czynienia nie z jedną, a dwiema krążącymi wokół siebie kosmicznymi skałami.

Zrozumienie procesów formowania się i ewolucji komet z głównego pasa planetoid ma kluczowe znaczenie dla badań losów Układu Słonecznego jako całości. Są nadzieje, że dzięki nim zrozumiemy mechanizm, dzięki któremu na Ziemi pojawiła się woda. 288P jako jedyny w swoim rodzaju tego typu obiekt będzie z pewnością ważnym celem przyszłych badań. Zrozumienie, co dokładnie dzieje się w układzie 288P, co daje mu tak unikatowe właściwości, będzie miało bardzo istotne znaczenie.

„Potrzebujemy więcej teoretycznej pracy i więcej obserwacji” – podkreśla Agarwal, przyznając, że przydałoby się znaleźć więcej takich obiektów. Problem w tym, że jego odkrycie było w dużej mierze dziełem przypadku i podobny przypadek może się długo nie powtórzyć.


Seria kolejnych zdjęć pokazujących ewolucję 288P we wrześniu 2016 roku /materiały prasowe


19 września 2017 r.

Co dalej z sondą New Horizons

Jest możliwe, że sonda New Horizons odwiedzi kolejne cele po przelocie obok planetoidy 2014 MU69.


Sonda New Horizons /materiały prasowe

14 lipca 2015 roku sonda New Horizons (NH) przeleciała w pobliżu planety karłowatej Pluton. Był to pierwszy przelot obok tego obiektu i symboliczny koniec pierwszej fazy eksploracji Układu Słonecznego. Oczom naukowców ukazał się niespodziewany widok: ślady ciągłej aktywności i w wielu miejscach młoda (w geologicznym sensie) powierzchnia Plutona. Przesył danych z przelotu zakończył się dopiero pod koniec października 2016.

Po minięciu Plutona sonda NH została skierowana ku planetoidzie 2014 MU69. Jest to bardzo ciekawy obiekt, który może być podwójną planetoidą. Przelot nastąpi 1 stycznia 2019, w minimalnej odległości albo ok. 3500 km (wariant podstawowy) albo ok. 10000 km (trajektoria alternatywna, na wypadek wcześniejszego wykrycia potencjalnego niebezpieczeństwa). Naukowcy przewidują, że maksymalna rozdzielczość zdjęć podczas tego przelotu może sięgnąć 35 metrów na piksel.

Czy New Horizons odwiedzi kolejne cele?

Jest możliwe, że po przelocie obok 2014 MU69 sonda NH zostanie skierowana ku kolejnej planetoidzie. Na początku września odbyło się spotkanie grupy Outer Planets Assessment Group (OPAG), na którym omówiono m.in. możliwości dalszych badań przy wykorzystaniu sondy NH.

Aktualnie misja NH jest zatwierdzona do 2021 roku. Sonda jest w świetnym stanie i jest gotowa do przeprowadzenia przelotu obok 2014 MU69. Oprócz tego (poza okresami hibernacji) trwają obserwacje innych obiektów. Do 2020 roku sonda przeprowadzi do 30 obserwacji innych planetoid z Pasa Kuipera (KBO). Możliwe są także inne obserwacje, w tym potencjalne przesłonięcia gwiazd przez KBO z perspektywy sondy.

Jeśli pod koniec 2020 roku sonda będzie nadal w dobrym stanie, prawdopodobnie nie będzie problemów by przekonać NASA do dalszego finansowania misji. Po 2021 roku możliwe są takie badania jak:

– przelot obok kolejnej planetoidy KBO – trwają obecnie poszukiwania potencjalnych celów,

– obserwacje różnych obiektów, w tym KBO,

– obserwacje gazowych gigantów naszego Układu Słonecznego z innej perspektywy niż ziemska,

– badania heliosfery,

– wykonanie zdjęcia Układu Słonecznego, w tym “błękitnej kropki”, czyli Ziemi.

Jak na razie nie wykryto żadnego celu, który znajdowałby się idealnie na trajektorii sondy NH. Trwają jednak poszukiwania, które powinny przynieść kilka odkryć. Możliwe jest także wykorzystanie kosmicznego teleskopu Hubble (HST). NH ma wystarczająco paliwa oraz zasilania ze źródła RTG, by funkcjonować aż do 2035 roku. Zespół naukowy misji NH zbierze się po raz kolejny w styczniu 2018 roku. Do tego czasu mogą powstać bardziej szczegółowe plany dalszych badań zewnętrznego Układu Słonecznego przy wykorzystaniu sondy New Horizons.


28 sierpnia 2017 r.

Bliski przelot asteroidy 2017 QQ17

26 sierpnia nastąpił bliski przelot meteoroidu 2017 QQ17. Obiekt znalazł się w odległości około 392 tysięcy kilometrów od Ziemi.


Średnicę 2017 QQ17 wyznaczono na około 9 metrów /©123RF/PICSEL

Moment największego zbliżenia 2017 QQ17 do Ziemi nastąpił 26 sierpnia około godziny 04:20 CEST. W jego momencie obiekt znalazł się w odległości około 392 tysięcy kilometrów od Ziemi. Odpowiada to około 1,02 średniego dystansu do Księżyca.

Średnicę 2017 QQ17 wyznaczono na około 9 metrów. Dla porównania bolid czelabiński, który 15 lutego 2013 roku rozpadł się nad Rosją, miał średnicę 17 – 20 metrów. 2017 OO1 jest zatem obiektem znacznie mniejszym i jego wtargnięcie w atmosferę prawdopodobnie nie wyrządziłoby większych szkód.

Jest to 27 bliski przelot planetoidy lub meteoroidu w 2017 roku. W 2016 roku wykryto przynajmniej 45 bliskich przelotów, w 2015 roku było takich odkryć 24, a w 2014 roku było ich 31. Do tych odkryć należy dołączyć te, które nie zostały dopisane do ogólnodostępnych baz danych.

W 2017 roku można się spodziewać kolejnych kilkudziesięciu odkryć meteoroidów i planetoid, które przelecą blisko Ziemi. Wciąż jednak bardzo dużo przelotów nie zostaje wykrytych. Dzieje się tak w szczególności w przypadku przelotów po stronie dziennej, kiedy niemożliwe lub bardzo trudne są naziemne obserwacje astronomiczne.


28 sierpnia 2017 r.

Wielki rozbłysk słoneczny w każdej chwili może zniszczyć naszą cywilizację

Astrofizycy ostrzegają ludzkość przed grożącym jej niebezpieczeństwem. Chodzi o wielki rozbłysk słoneczny, który może spowodować nawet zniszczenie naszej cywilizacji.


Burze słoneczne mogą być znacznie silniejsze niż nam się wydaje /NASA

Słońce nie jest przeważnie postrzegane jako siła niszcząca, ale to tylko złudzenie. Słońce już kilkukrotnie w dziejach ludzkości emitowało superrozbłyski, które wywoływały wiele negatywnych zjawisk na Ziemi.

Skalę niektórych zagrożeń trudno sobie uzmysłowić, a Słońce może nas zaskoczyć zachowując się niekonwencjonalnie. Burze słoneczne mogą powodować długotrwałe przerwy w dostawach prądu, zakłócić komunikację i działanie nawigacji GPS. Nasza cywilizacja jest dziś uzależniona od technologii, więc ekstremalny rozbłysk na Słońcu może wywołać chaos. Jeśli doszłoby do powtórki rozbłysku, który uderzył w Ziemię w 1859 roku, elektryczności nie byłoby przez wiele miesięcy, a straty dla samej gospodarki amerykańskiej mogłyby wynieść 2,6 biliona dolarów.

Ostatnie badania wykazały, że burze słoneczne mogą być znacznie silniejsze niż nam się wydaje. Odnaleziono ślady po takich wydarzeniach, analizując rdzenie lodowe pozyskane na Grenlandii i na Antarktydzie. Kilka lat temu badacze odkryli również ślady gwałtownego wzrostu ilości węgla radioaktywnego w słojach drzew z lat 774 – 775 i 993 – 994. Prawdopodobną przyczyną tego wzrostu mogły być ekstremalnie silne burze słoneczne, których intensywność znacznie przekraczała notowane dzisiaj poziomy.

Największy rozbłysk słoneczny w czasach nowożytnych wystąpił 1 września 1859 roku i od nazwiska astrofizyka amatora (Richarda Carringtona), który pierwszy go zauważył, zwany jest wydarzeniem Carringtońskim. Obserwował on metodą projekcji teleskopowej plamy słoneczne i zaobserwował rozbłysk, który został zapamiętany na wiele dziesięcioleci. Rozbłyskowi towarzyszył wielki koronalny wyrzut masy, a chmura plazmy poleciała prosto na Ziemię. Rozbłysk, którego skalę trudno oszacować został odczuty po osiemnastu godzinach. Ta bez wątpienia najsilniejsza burza magnetyczna naszych czasów rozpoczęła się 2 września 1859 roku. Pojawiły się zaburzenia ziemskiego pola magnetycznego, a zjawiska indukcji wywoływały rozległe awarie sieci telegraficznej. Są nawet doniesienia o eksplodujących telegrafach, które raniły obsługujących.

Zorze polarne były wtedy widoczne aż na Karaibach, a w USA w Górach Skalistych było z tego powodu jasno jak w dzień. Gdyby dzisiaj doszło do takiego rozbłysku, mielibyśmy do czynienia z sytuacją bez precedensu. Uszkodzone sieci energetyczne i telekomunikacyjne mogłyby pozostawać niedostępne przez wiele miesięcy, a może i lat. Uszkodzenia wszechobecnej elektroniki spowodowałyby nagły dramatyczny regres cywilizacyjny, który mógłby w konsekwencji zakłócić stosunki społeczne wywołując anarchię.

Wielki sztorm słoneczny wydarzył się też 13 marca 1989 roku. Wywołał wtedy rozległy blackout w kanadyjskiej prowincji Quebec. Indukcja magnetyczna odpowiadała za zniszczenie bardzo wielu transformatorów w wyniku czego doszło do przerw w dostawie prądu. Wtedy to zamieszanie wywołał jedynie rozbłysk o sile X15 i towarzyszący mu wyrzut masy.

Z kolei najpotężniejszy rozbłysk słoneczny w ciągu ostatnich 20 lat wystąpił w 2003 roku i miał siłę X28. Wtedy jednak obyło się bez większych uszkodzeń na naszej planecie. Za to bardzo niebezpiecznie było w lipcu 2012 roku, kiedy do zdarzenia doszło po drugiej stronie Słońca. Gdyby powstały wtedy koronalny wyrzut masy uderzył w Ziemię, już kilka lat musielibyśmy się przyzwyczajać do życia bez elektroniki i wszyscy zapamiętaliby rok 2012 jako wyjątkowy z zupełnie innych względów.

Eksperci z NASA od dawna przyznają, że zła pogoda kosmiczna ma potencjał do tego, aby unieruchamiać satelity. Może też utrudniać pobyt ludzi w kosmosie poprzez narażanie ich na niebezpieczne poziomy radiacji, a także, co potwierdzono praktycznie, jest w stanie wywoływać przerwy w dostawach energii elektrycznej.

Niestety, aktualny stan nauki jest taki, że nie pozwala przewidzieć rozbłysku, a już na pewno nie daje szans, aby ustrzec się przed skutkami pogody kosmicznej. Zagrożenie można jednak zminimalizować. Istnieje konieczność współpracy międzynarodowej w tym zakresie, bo tak, jak w przypadku innych zagrożeń, również w kwestii aktywności słonecznej ważne jest odpowiednio wczesne wykrycie rozbłysku.

Słońce obserwuje bardzo wiele urządzeń naziemnych i kosmicznych, więc jeśli znowu dojdzie do wielkiego rozbłysku, z pewnością zobaczymy go na kilkanaście godzin nim do nas dotrze. Potem pozostają procedury awaryjne polegające na uchronieniu jak największej ilości urządzeń elektronicznych kluczowych do normalnego funkcjonowania cywilizacji.

Nawet jednak jeśli przetrwamy pierwszy napór naładowanych cząstek ze Słońca, to nie wiadomo czy przetrwa nasza atmosfera, albo powłoka ozonowa. Skala problemów, jakie może wywołać Słońce jest na prawdę poważna i trzeba być na to przygotowanym.


25 sierpnia 2017 r.

Nocą na Marsie pada śnieg

Na Marsie nocą występują intensywne burze śnieżne.


Symulacja pokrywy śnieżnej na północnym biegunie Marsa /NAS

Pomimo, że atmosfera Czerwonej Planety jest znacznie cieńsza niż ziemska, to zaobserwowano w niej chmury. Ponadto na przestrzeni lat zauważono również okresowe opady śniegu głównie w postaci suchego lodu, czyli sprowadzonego do postaci stałej dwutlenku węgla.

Z najnowszego badania przeprowadzonego przez Francuskich i Amerykańskich astronomów wynika, że na Marsie występują opady w formie zamrożonych cząstek wody. Te opady pojawiają się tylko nocą, czyli w czasie w którym dochodzi do spadku temperatury. Występowanie burz i prędkość z jaką docierają do powierzchni planety, zmusza naukowców do ponownego przeanalizowania ogólnych warunków pogodowych na Marsie.

Zespół pod kierownictwem Aymeric Spiga z Uniwersytetu Piotra i Marii Curie w Paryżu, połączył dane dostarczone przez różne misje na powierzchnię Marsa jak i orbiterów Mars Global Surveyor i Mars Reconnaissance Orbiter by stworzyć nowy model atmosferyczny. Następnie przeprowadzone zostały symulacje numeryczne warunków pogodowych, regionów Marsa w których występuje zachmurzenie. Ich wyniki wykazały, że w tych obszarach mogą występować konwekcyjne burze śnieżne.

“W naszych symulacjach konwektywne burze śnieżne występują tylko podczas nocy marsjańskich i wynikają z niestabilności atmosferycznej spowodowanej radiacyjnym chłodzeniem przez zamarznięte cząsteczki wody. Generuje to silne prądy konwekcyjne pomiędzy dolną a górną warstwą chmur, czego rezultatem są obfite opady śniegu” – mówi Spiga.

Wyniki są sprzeczne z długoletnim przekonaniem, że chmury nisko położone powoli opuszczają śnieg na powierzchnię. Uważano tak, ponieważ Mars ma bardzo cienką atmosferę, a zatem nie występuje tam zjawisko gwałtownego przemieszczania się mas powietrza czyli tak zwanych wiatrów. Jednak symulacje wykazały, że cząsteczki lodu dotarłyby na powierzchnię w ciągu kilku minut, a nie jak uważano godzin.

Odkrycia te wykazują, że marsjańskie burze śnieżne mają również znaczący wpływ na transport pary wodnej i sezonowe odkładanie się warstw lodu. “Nocna konwekcja w lodowych chmurach Marsa i związane z tym opady śniegu prowadzą do transportu wody zarówno powyżej jak i poniżej warstw dobrze wymieszanych, a tym samym mają wpływ na cykl obiegu wody na Marsie” – stwierdził naukowiec.

Jednak jak wyjaśnia Spiga, śnieg na Marsie jest inny niż ziemski. Na Czerwonym Globie nie będzie możliwe ulepienie bałwana ani szusowanie na nartach. Marsjański śnieg przypomina bardziej warstwę szronu. Niemniej jednak symulacje wskazują na pewne podobieństwa pomiędzy zjawiskami meteorologicznymi Ziemi i Marsa.


19 sierpnia 2017 r.

Zaobserwowano supernową kilka godzin po wybuchu

Naukowcom udało się zaobserwować supernową zaraz po jej wybuchu. To pierwsza tak szczegółowa obserwacja umierającej gwiazdy w historii.


SN 2017cbv /NASA

10 marca David Sand z Uniwersytetu w Arizonie otrzymał wiadomość z teleskopu PROMPT w Chile, mówiącą, że w jednej z 500 monitorowanych przez niego galaktyk dostrzeżono nowe światło. Supernowa pojawiła się w NGC 5643, galaktyce spiralnej oddalonej o 55 mln lat świetlnych od Ziemi.

Sand uruchomił globalną sieć Obserwatorium Las Cumbres, na którą składa się 18 zautomatyzowanych teleskopów rozsianych na całym świecie.

– To była jedna z najwcześniejszych obserwacji w historii. Dostrzegliśmy obiekt w ciągu dnia, a może nawet godzin od eksplozji. W galaktyce takiej jak Droga Mleczna, supernowa wybucha średnio raz na wiek. Mieliśmy szczęście zobaczyć to zjawisko – powiedział Sand.

Astronomowie mogli zobaczyć materiał wyrzucany z umierającej gwiazdy. SN 2017cbv jest supernową typu Ia, która powstaje, gdy biały karzeł kradnie masę z gwiazdy towarzyszącej, dopóki nie zapadnie się w nią i nie wybuchnie.

Teraz naukowcy mają nadzieję zaobserwować większą liczbę podobnych przykładów.


15 sierpnia 2017 r.

Sonda Cassini rozpoczyna ostatni etap misji

Sonda Cassini rozpoczęła ostatnią fazę swojej misji, zanurzając się w atmosferze Saturna.


Sonda Cassini zakończy swój żywot we wrześniu /NASA

Sonda Cassini wykonała pierwszy z pięciu bliskich przelotów wokół Saturna, zbierając niezwykle cenne dane o składzie chemicznym planety. Ten przelot to także punkt wyjścia dla manewru sondy w przyszłym miesiącu, który zakończy się spektakularną kolizją z planetą nazywaną „władcą pierścieni”.

Sonda Cassini przemieszcza się obecnie w przestrzeni między atmosferą a pierścieniami planety. W poniedziałek nad ranem sonda zbliżyła się do chmur Saturna na odległość 1600 km – to znacznie bliżej niż jakikolwiek obiekt wcześniej. Ten przelot miał na celu pobranie próbek gazu atmosfery Saturna.

Według szacunków naukowców odpowiedzialnych za projekt Cassini w ESA, atmosfera Saturna w 75 proc. składa się z wodoru, a resztę stanowi hel.

– Saturn emituje więcej energii niż absorbuje od Słońca, co oznacza, że traci energię grawitacyjną. Uzyskanie precyzyjnych pomiarów wodoru i helu w górnych warstwach atmosfery utrudnia dystrybucja materiału we wnętrzu planety – powiedział Nicolas Altobelli, jeden z naukowców ESA odpowiedzialnych za badania.


Sonda Cassini /materiały prasowe

Wszystkie dane zebrane przez sondę Cassini zostaną wysłane we wtorek. Misja Cassini ma oficjalnie zakończyć się 15 września, gdy sonda zostanie spektakularnie pochłonięta przez atmosferę Saturna.


14 sierpnia 2017 r.

We wrześniu dwie planetoidy znajdą się bardzo blisko Ziemi

We wrześniu dojdzie do stosunkowo bliskiego przelotu dwóch planetoid: 3122 Fiona i 2001 QL142. Obie planetoidy należą do klasy obiektów potencjalnie zagrażających Ziemi.


Fizyka wciąż skrywa wiele tajemnic /materiały prasowe

Odkryta w marcu 1981 roku planetoida 3122 Fiona to jeden z największych obiektów, jaki regularnie przecina orbitę Ziemi. Średnica tej planetoidy szacowana jest na 4,3 km. Aktualnie znamy tylko trzy planetoidy większe od 3122 Fiony – są nimi 1999 JM8 (około 7,0 km średnicy), 4183 Cuno (około 5,6 km średnicy) i 3200 Phaeton (około 5,1 km średnicy).

Uderzenie 3122 Fiona w powierzchnię naszej planety wywołałoby potężne zniszczenia. Sam krater miałby średnicę przynajmniej kilkudziesięciu kilometrów i średnicę kilkuset metrów. Obszar o średnicy kilkuset kilometrów wokół krateru zostałby zniszczony. W przypadku uderzenia tej planetoidy w wodę tsunami mogłoby mieć amplitudę nawet ponad 200 metrów.

1 września 3122 Fiona przejdzie w bezpiecznej odległości około 7 milionów kilometrów. Odpowiada to dystansowi 18 razy większemu niż odległość od Ziemi do Księżyca. W momencie maksymalnego zbliżenia 3122 Fiona będzie jaśniejsza od +9 magnitudo – wystarczająco dużo, by można ją było dostrzec (jako wolno poruszającą się “gwiazdę”) przez amatorski teleskop. Planowane są obserwacje, w szczególności przy użyciu radioteleskopów, co pozwoli na wyznaczenie kształtu planetoidy oraz określenie, czy wokół Fiony krąży księżyc.

Ta planetoida jest typu S (występuje u niej prawdopodobnie krzem/krzemiany). Okres obrotu dookoła własnej osi wynosi około 2 godziny i 20 minut. 3122 Fiona jest uważana za obiekt potencjalnie zagrażający Ziemi (PHO, Potentially Hazardous Object), podobnie jak planetoida 2001 QL142.

2001 QL142

Dwa tygodnie później, 14 września, w odległości około 8,7 miliona kilometrów od naszej planety przeleci mniejsza planetoida o oznaczeniu 2001 QL142. Ta planetoida, odkryta w 2001 roku, ma szacowaną średnicę około 900 metrów.

O tej planetoidzie niewiele wiadomo. Nieznany jest typ spektralny, nieznany jest okres obiegu. Wiadomo jednak, że jest to wystarczająco duży obiekt, by zagrozić powierzchni Ziemi i naszej cywilizacji. Dlatego też ten przelot pozwoli na określenie podstawowych parametrów a jeśli obserwacje radarowe zakończą się sukcesem – również kształt obiektu.


7 sierpnia 2017 r.

Pierwsza taka detekcja neutrin

Naukowcy zaobserwowali atomowy rykoszet z powodu oddziaływania z neutrinem. Takie zdarzenie przewidziano teoretycznie już 43 lata temu, ale zaobserwować udało się je dopiero teraz.


Fizyka wciąż skrywa wiele tajemnic /materiały prasowe

Wyniki eksperymentu przeprowadzonego w Oak Ridge National Laboratory (ORNL) zostały opublikowane w „Science”. Zaobserwowane zjawisko to tzw. rozproszenie koherentne, gdy neutrino oddziałuje z całym atomem, nadając jego jądru trochę energii. Poprzednio obserwowano oddziaływanie neutrin tylko z pojedynczymi protonami lub neutronami.

– Jedyny w swoim rodzaju eksperyment fizyki cząstek stałych w ORNL był pierwszym, który dokonał pomiaru spójnego rozproszenia niskoenergetycznych neutrin poza jądro – powiedział Jason Newby, koordynator techniczny ORNL.

Zazwyczaj detektory neutrin są ogromne i poszukują neutrin emitowanych z dalekich źródeł kosmicznych. Im detektor większy, tym łatwiej można zmierzyć właściwości neutrin. W ORNL wykorzystano detektor, który waży zaledwie 14,5 kg, a emitowane neutrina są produktem ubocznym instrumentu o nazwie Spallation Neutron Source (SNS), który znajduje się zaledwie 20 m od detektora. W tym detektorze są wykrywane neutrina 100 razy częściej niż w detektorach badających neutrina słoneczne.

Poczynione obserwacje są zgodne z przewidywaniami Modelu Standardowego.


6 sierpnia 2017 r.

Rocznica zrzucenia bomby atomowej na Hiroshimę.

Dzisiaj mija 72. rocznica zrzucenia bomby atomowej na Hiroshimę.


1 sierpnia 2017 r.

Cząsteczki życia w atmosferze Tytana

Astronomowie wykryli cyjanek winylu w atmosferze Tytana, największego księżyca Saturna. Jeżeli występuje tam życie, to duża w tym zasługa właśnie cyjanku winylu.


Jedno z metanowych jezior na Tytanie – czy na księżycu Saturna istnieje życie? /NASA

Badania prowadzone przez Centrum Lotów Kosmicznych Goddard szacują, że w każdym centymetrze sześciennym atmosfery znajduje się ok. 100 000 miliardów cząsteczek. W ziemskich warunkach cyjanek winylu jest wykorzystywany do produkcji włókien syntetycznych i kauczuków, na Tytanie z kolei może stanowić podstawę półpłynnych błon komórkowych.

Przy temperaturze ok. -180oC i gęstej azotowej atmosferze, Tytan nie jest najbardziej przyjaznym światem. Mimo to naukowcy przeanalizowali, w jaki sposób proste formy życia mogłyby wyglądać na Tytanie. Na Ziemi błony komórkowe są zbudowane z lipidów, ale w tak mroźnym świecie jak Tytan, nie byłyby w stanie one powstać. Cyjanek winylu nadaje się do formowania błon komórkowych w takich warunkach wręcz idealnie.

To wciąż były tylko rozważania teoretyczne, dopóki sonda Cassini nie zaobserwowała wskazówek dotyczących cząsteczek, wprawiając naukowców w zaciekawienie. Dalsze symulacje wykazały, że cyjanek winylu może tworzyć stabilne membrany w środowisku podobnym do warunków panujących na Tytanie.


Satrun i jego księżyć Tytan /NASA

Astronomowie wykorzystali największy na świecie interferometr radiowy – Atacama Large Millimeter/submillimeter Array (ALMA) do analizy atmosfery Tytana. Dzięki temu zaawansowanemu radioteleskopowi udało się potwierdzić obecność cyjanku winylu. Cząsteczki namierzono głównie na wysokościach ponad 200 km, co potwierdza wcześniejsze przewidywania.

Jeżeli cząsteczki cyjanku winylu faktycznie znajdują się w atmosferze Tytana, prędzej czy później trafią do jednego z wielu jezior i mórz metanowych. A w takich warunkach mogą powstać proste organizmy żywe. Niezbędne są jednak dalsze badania i obserwacje.


30 lipca 2017 r.

12 października asteroida 2012 TC4 może się zderzyć z Ziemią

Wydłużona orbita asteroidy 2012 TC4 budzi obawy naukowców już od kilku lat. Obiekt odkryty w 2012 roku może zagrozić Ziemi już 12 października, kiedy spodziewamy się ekstremalnie bliskiego przelotu tej kosmicznej skały. Obiekt ma około 40 metrów średnicy i po wpadnięciu w ziemską atmosferę może wyrządzić szkody porównywalne do asteroidy, która w lutym 2013 roku eksplodowała nad Czelabińskiem w Rosji.


Wydłużona orbita asteroidy 2012 TC4 budzi obawy naukowców /©123RF/PICSEL

Alarmistyczna prognoza opiera się na danych zgromadzonych podczas poprzedniego przelotu 2012 TC4 w pobliżu Ziemi, który miał miejsce 12 października 2012 roku. Asteroidę odkryto zaledwie 8 dni wcześniej. W perygeum obiekt wielkości domu znalazł się w odległości zaledwie 0.2 LD od Ziemi, co odpowiada odległości jedynie 94 800 km. W warunkach kosmicznych to dosłownie muśnięcie.

Nie można wykluczyć, że kolejny przelot tego obiektu, do którego dojdzie za ponad 2 miesiące, może być jego ostatnim, jeśli asteroida trafi w naszą planetę. Skumulowana szansa na to, że do zderzenia dojdzie jest obecnie szacowana na 0,00055 proc. Wyliczona odległość przelotu wyniesie 0,034 LD do 1,127 LD czyli w zakresie od 13 200 km do 433 200 km od powierzchni naszej planety.

Rozstrzał ten wynika z tego, że trudno jest wyliczyć to, jak bardzo zmieniła się trajektoria 2012 TC4 w czasie, ponieważ oddziaływania grawitacyjne jakie spotyka taki obiekt podczas lotu, zwykle wpływają na jego hipotetyczną orbitę. Jednak po zaledwie 7 dniach obserwacji nie ma zbyt wielu danych, co przy obiektach o mocno wydłużonej orbicie powoduje duży zakres niepewności.


Ziemia nie jest przygotowana na uderzenie asteroidy /©123RF/PICSEL

Oczywiście zderzenie z tak niewielkim obiektem nie będzie oznaczało rozległej kontynentalnej katastrofy, lecz jeśli szczątki tej kosmicznej skały spadną z dużą prędkością np. do oceanu, to nie można wykluczyć tsunami, które mogłoby zagrozić kilku wybrzeżom jednocześnie. Zderzenie z lądem skutkować będzie lokalną katastrofą. Nie można też wykluczyć, że 2012 TC4 eksplodowałby w atmosferze dokładnie tak jak meteor czelabiński.


30 lipca 2017 r.

W Układzie Słonecznym jest więcej komet, niż przypuszczaliśmy

Najnowsze badania wskazują, że na obrzeżach Układu Słonecznego jest znacznie więcej komet o szerokiej orbicie wokół Słońca, niż do tej pory przypuszczaliśmy.


Takich komet w naszym układzie planetarnym jest znacznie więcej, niż szacowaliśmy /NASA

Tym masywnym, zbudowanym ze skał i lodu obiektom, może zająć całe setki lub tysiące lat zanim okrążą Słońce. Nic więc dziwnego, że tak niewiele o nich wiemy. Teraz naukowcy z Jet Propulsion Laboratory wykorzystali dane zebrane przez satelitę WISE (Wide-field Infrared Survey Explorer) do podejrzenia komet znajdujących się na rubieżach naszej galaktyki.

Po analizie danych, okazało się, że tzw. wieloletnie komety o rozmiarach przekraczających 1 km średnicy są 7 razy powszechniejsze, niż do tej pory przewidywaliśmy. Za wieloletnią kometę uznaje się obiekt, który potrzebuje co najmniej 200 lat do okrążenia Słońca.

Uważa się, że większość tych obiektów wyłoniła się z hipotetycznego Obłoku Oorta. To sferyczny obłok, składający się z pyłu, drobnych okruchów i planetoid obiegających Słońce w odległości od 300 do 100 000 j. a.

– Teraz wiemy, że istnieje znacznie więcej dużych kawałków starożytnych materiałów pochodzących z Obłoku Oorta – powiedział James Bauer z Uniwersytetu Maryland, główny autor badań.

Wieloletnie komety wykrywane dzisiaj przez astronomów zostały prawdopodobnie wyrzucone z Obłoku Oorta kilka milionów lat temu. Obiekty te mogą skrywać informacje o tym, jak kiedyś wyglądał Układ Słoneczny. Powszechnie uważa się, że komety poruszają się szybciej od asteroid, które tak znacząco wpłynęły na ziemskie życie.


26 lipca 2017 r.

Plany Lockheed Martin na orbitalną stację księżycową

Lockheed Martin opublikował szczegóły dotyczące budowy Deep Space Gateway (DSG), stacji kosmicznej orbitującej wokół Księżyca.


Wizja artystyczna Deep Space Gateway /NASA

Deep Space Gateway (DSG) będzie orbitującą wokół Księżyca bazą wypadową i serwisową załogowego statku kosmicznego Deep Space Transport (DST). Astronauci na pokładzie DST w kapsule Orion MPCV będą wysyłani na misje do systemu Marsa w celu eksploracji jego księżyców oraz powierzchni Czerwonej Planety.

Lockheed Martin jest jedną z sześciu firm, które przystąpiły do przetargu na konstrukcję komponentów do DSG. Prace są realizowane w ramach drugiego etapu kontraktu z NASA, Next Space Technologies for Exploration Partnerships (NextSTEP).

Ponieważ przez większość czasu będzie niezamieszkała, DSG ma być zautomatyzowaną stacją, której akcje będą kontrolowane z zewnątrz. Oprócz roli stacji bazowej dla misji marsjańskich będzie też wykorzystywana do księżycowych misji robotycznych i załogowych.

Założenia i wymagania

“Deep Space Gateway będzie wyposażona w magistralę zasilającą, część dokującą, śluzę powietrzną, mały habitat poszerzający przestrzeń dla załogi oraz logistyczne moduły badawcze” – informuje NASA. “Do napędzania stacji wykorzystywany jest elektryczny system napędowy zarówno do utrzymywania jej na orbicie oraz transferu DSG między orbitami księżycowymi. Trzy najważniejsze moduły: zasilający, habitat oraz moduły logistyczne zostaną wyniesione na pokładzie SLS w początkowych misjach, planowo od EM-2. Śluza powietrzna, która może poszerzać możliwości stacji będzie wysłana w kolejnych misjach. Budowa stacji DSG pozwoli inżynierom na wprowadzenie nowych rozwiązań oraz rozwinięcie doświadczenia przy projektowaniu ISS”.


Deep Space Gateway (DSG) będzie orbitującą wokół Księżyca bazą wypadową i serwisową załogowego statku kosmicznego Deep Space Transport (DST) /materiały prasowe

“Nie jest trudno stawić czoła problemom, które spotykają nas wszystkich na co dzień, zaś nowo wybrani astronauci staną przed zupełnie nowymi i unikatowymi wyzwaniami” – mówi Bill Pratt, manager projektu NextSTEP w Lockheed Martin. “Czynności tak proste jak zadzwonienie do swojej rodziny odbywają się kompletnie inaczej, gdy jest się poza niską orbitą ziemską”- dodaje. “Podczas budowy habitatu musimy zachować podejście, które pozwoli na wybranie rozwiązań zapewniających astronautom bezpieczną podróż na Marsa oraz zapewni im prawidłowy stan zdrowia i produktywność w tej długiej podróży”.

Plany na niedaleką przyszłość

Firma szacuje, iż uda się zbudować pełnowymiarowy prototyp modułu w ciągu 18 miesięcy modernizując Donatello, jeden z trzech Multi-Purpose Logistics Module (MPLM) używanych do transferu ładunku na ISS w programie wahadłowców kosmicznych. Inżynierowie chcą wykorzystywać techniki wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości w tworzeniu prototypu, by na bieżąco móc wychwytywać wszelkie błędy, niedociągnięcia, przyspieszyć prace i obniżyć koszty.

Lockheed Martin zbuduje też Deep Space Avionics Integration Laboratory w Houston w celu zademonstrowania systemów kontroli i komunikacji pomiędzy Orionem i Deep Space Gateway. Laboratorium pozwoli na minimalizację ryzyka związanego z krytycznymi interfejsami przesyłania danych pomiędzy modułami DSG oraz zapewni astronautom środowisko do ćwiczeń różnych scenariuszy misji.

Pozostałe 5 firm wybranych do stworzenia prototypów do stacji Deep Space Gateway to: Bigelow Aerospace of Las Vegas, Boeing of Pasadena, Orbital ATK of Dulles, Sierra Nevada Corporation Space Systems i NanoRacks of Webster.


20 lipca 2017 r.

Wkrótce testy Dream Chasera w locie

W Centrum NASA im Neila Armstronga w Bazie Edwards w California trwają ostatnie przygotowania do testów Dream Chasera w locie.


Dream Chaser podczas testów w 2017 roku /materiały prasowe

Budowany przez Sierra Nevada Corporation (SNC) Dream Chaser będzie niewielkim wahadłowcem, czyli pojazdem, który będzie łagodnie powracał z orbity dzięki sile nośnej skrzydeł i lądował jak samolot na pasie startowym w Kennedy Space Center na Florydzie. Projekt samolotu kosmicznego był rozwijany dla lotów załogowych na niską orbitę okołoziemską, konkurując z kapsułami Dragon 2 (SpaceX) i Starliner (Boeing).

Obecnie egzemplarz lotny znajduje się już w Bazie Edwards i wykonał udany test kołowania. Kilka zdjęć z testu zostało umieszczonych na koncie Twitterowym firmy Sierra Nevada Space Corporation. W ramach testów w bazie Edwards zespół SNC ponownie spróbuje wylądować konstrukcją. W październiku 2013 roku pierwszy egzemplarz został mocno uszkodzony, po tym jak nie wysunęła się część podwozia. Nagranie z wypadku nigdy nie zostało opublikowane.

Po wypadku SNC musiał wycofać się z programu Commercial Crew realizowanego pod auspicjami NASA, a konstrukcje konkurencji zostały wybrane na obsługę przyszłych lotów załogowych do ISS. Pomimo niepowodzenia, Sierra Nevada Space Corporation ponownie złożyła wniosek do NASA, tym razem na bezzałogowe misje logistyczne do stacji w ramach programu CRS 2 (Commercial Resupply Services). W tym przypadku udało się zdobyć kontrakt na przeprowadzenie co najmniej sześciu misji. Pierwsze orbitalne loty z ładunkiem powinny odbyć się około 2019 roku. W 2021 ma również zostać przeprowadzona misja dla ONZ.

Dream Chaser wynoszony będzie na rakiecie Atlas V. 19 lipca spółka podpisała kontrakt na pierwsze dwa starty z United Launch Alliance.


20 lipca 2017 r.

Czy życie odradza się w atolu Bikini?

W czasach zimnej wojny atol Bikini był miejscem prowadzenia przez Stany Zjednoczone prób jądrowych. W ciągu 9 lat zrzucono na niego 23 głowice jądrowe. Blisko 60 lat po ostatniej próbie naukowcy chcą sprawdzić, czy życie w atolu się odradza.


Tak wyglądała jedna z prób jądrowych (Castle Bravo) na atolu Bikini. Dwie próby nuklearne przeprowadzone przez USA były czwartą i piątą eksplozją bomby nuklearnej w historii (po teście na terenie USA, i zrzuceniu bomb w Japonii). /materiały prasowe

W latach 1946 – 1958 atol Bikini był miejscem licznych amerykańskich prób jądrowych, w tym detonacji największej amerykańskiej bomby wodorowej (Castle Bravo). Wszystko w ramach Operacji Rozstaje (z ang. Operation Crossroads).

Uczeni z Uniwersytetu Stanforda postanowili zbadać, jaki wpływ ma długotrwałe napromieniowanie na florę i faunę tego dawnego nuklearnego placu zabaw.

Atol Bikini znajduje się w archipelagu Wysp Marshalla w łańcuchu Ralik Chain. Ma powierzchnię ok. 6 km2 i składa się z 36 wysepek, które otaczają lagunę o powierzchni 594 km2. Przeprowadzane tu próby jądrowe doprowadziły do ewakuacji mieszkańców okolicznych wysp i poważnego napromieniowania tutejszej flory i fauny.

Najbardziej niezwykła jest zdolność do przetrwania rafy koralowej. Naukowcy mają nadzieję, że przetrwanie ekosystemu w całkiem dobrym stanie pomoże wyjaśnić, jak niektóre gatunki radzą sobie z promieniowaniem i czy udało się im uniknąć zmian nowotworowych. Ponadto chcą sprawdzić czy w organizmach zamieszkujących obszar atolu Bikini są jakieś ukryte wady genetyczne. Aby to sprawdzić, uczeni muszą zsekwencjonować DNA lokalnych korali, a następnie prześledzić wzorce i szybkość mutacji.


Operacja Crossroads, detonacja 21 kilotonowej bomby pod powierzchnią wody Fot. Departamentu Obrony Stanów Zjednoczonych /Wikipedia

– Straszna historia atolu Bikini jak na ironię może doprowadzić do rozwoju badań, które mogą pomóc ludziom żyć dłużej. Dzięki zrozumieniu, w jaki sposób korale mogły przetrwać w kraterach promieniotwórczych pozostawionych po bombach atomowych, możemy odkryć coś nowego na temat utrzymania nienaruszonego DNA – powiedział prof. Stephen Palumbi z Uniwersytetu Stanforda, jeden z inicjatorów badań.


Rok 1997. Te cztery kobiety po 50 latach wracają na wyspę, którą opuściły tuż przed rozpoczęciem prób nuklearnych /AFP

Jednak niewłaściwe byłoby stwierdzenie, że skutki napromieniowania nie odcisnęły piętna na tutejszej florze i faunie. Naukowcy odkryli wiele zmutowanych rekinów i innych gatunków ryb. Koralowce wydają się być jednak odporne na tak niekorzystne warunki środowiskowe.


Atol Bikini, dzisiaj. Zdjęcie wykonane przez UNESCO /materiały prasowe


20 lipca 2017 r.

W dniu dzisiejszym mija 48. rocznica pierwszego lądowania człowieka na Księżycu.


16 lipca 2017 r.

W dniu dzisiejszym mija 48. rocznica pierwszego startu załogowej wyprawy na Srebrny Glob. Pierwszymi ludźmi, którzy mieli wylądować na Księżycu byli Neil Armstrong oraz Edwin Aldrin. Trzecim członkiem załogi – pilotem modułu dowodzenia Columbia był Michael Collins.


16 lipca 2017 r.

Moon Express będzie pierwszą prywatną firmą, która poleci na Księżyc?

Moon Express chce być pierwszą prywatną firmą, która wyląduje na powierzchni Księżyca. Ma to się stać w ciągu najbliższych trzech lat.


Moon Express chce zbudować górniczą kolonię na Księżycu /materiały prasowe

Startup Moon Express ogłosił wielkie plany utworzenia na Księżycu stacji, która będzie bazą wypadową dla kosmicznego górnictwa, badań i dalszej eksploracji Układu Słonecznego.

Misja rozpocznie się za pomocą MX-1 Scout Class Explorer, czyli „najtańszego statku kosmicznego w historii”, nad którym prace wciąż trwają. Statek kosmiczny ma dolecieć do powierzchni Srebrnego Globu przed 2020 rokiem. Po tym wydarzeniu, zaczną dołączać do niego coraz większe pojazdy kosmiczne – MX-2, MX-5 i MX-9 – zdolne do łączenia się ze sobą jak klocki. Moon Express chce być pierwszą komercyjną firmą, która z powodzeniem pobierze próbkę pyłu księżycowego.

Startup Moon Express narodził się w 2010 r. jako odpowiedź na konkurs Google Lunar X Prize, którego celem było opracowanie księżycowego lądownika, który przebędzie drogę 500 m i prześle na Ziemię relację w wysokiej rozdzielczości. Do tej pory do konkursu zgłosiło się 5 prywatnych firm: SpaceIL, Synergy Moon, TeamIndus, HAKUTO i Moon Express. Każda z nich ma szansę na wygranie 20 mln dol.

Dla Moon Express Księżyc jest „ósmym kontynentem Ziemi”, który jest idealny do górnictwa. Wiele z nietkniętych księżycowych zasobów są łatwo dostępne, ponieważ znajdują się blisko powierzchni. Moon Express chce po nie sięgnąć.


15 lipca 2017 r.

Przełom w pracach nad silnikiem plazmowym nowej generacji

Silniki plazmowe nadal nie są gotowe do faktycznego użytku, choć obecne prototypy obiecują wiele – zwłaszcza w kwestii ekonomii spalania. Potrzeba jeszcze wielu udoskonaleń, ale ostatnio zespół naukowców z Uniwersytetu Tohoku (Sendai, Japonia) rozwiązał jeden z problemów.


Silniki plazmowe mogą być prawdziwą rewolucją /materiały prasowe

Plazma to zjonizowana materia o stanie skupienia przypominającym gaz, w którym większość cząstek jest naładowana elektrycznie. Dzięki temu można ją kontrolować przy pomocy pola magnetycznego. Silnik plazmowy wykorzystuje w działaniu dyszę magnętyczną, dzięki której plazma jest ściskana w taki sposób, by po opuszczeniu silnika osiągać jak największą prędkość. Niestety, pole magnetyczne wykorzystywane w dotychczasowych dyszach zakrzywiało tor emitowanej plazmy, która wracając w stronę silnika niwelowała uzyskany ciąg. Kazunori Takahasi i Akira Ando z Uniwersytetu Tohoku znaleźli sposób, który pozwolił rozwiązać ten problem.

Naukowcy zaproponowali rozwiązanie, w którym linie pola magnetycznego są rozciągnięte na tyle, aby plazma opuszczała silnik w bardzo wąskim strumieniu i nie zdołała zawrócić. Do zmiany pola magnetycznego w silniku posłużono się samą plazmą. Ruch naładowanych cząstek generuje pole magnetyczne, dlatego przy odpowiednim kontrolowaniu ruchu plazmy udało się odpowiednio rozciągnąć linie pola magnetycznego. Różnice w nowym podejściu wynoszą tylko kilka procent, ale jest to krok w dobrą stronę, aby silniki plazmowe stały się użyteczne.


Silniki plazmowe dla nanosatelitów będą testowane w Polsce /materiały prasowe

Odkrycie wypełnia ważną lukę w naszej wiedzy o plazmie. Większość materii we Wszechświecie znajduje się w stanie plazmy i chociaż jest ona rzadka na Ziemi to badania nad jej właściwościami mogą nie tylko dostarczyć nam nowych rodzajów napędu kosmicznego, ale także pomóc zrozumieć wiele zjawisk zachodzących w przestrzeni kosmicznej. Już teraz niektóre sondy kosmiczne korzystają z silników opartych na naładowanych cząstkach (np. sonda Dawn badająca Ceres korzysta z silnika jonowego) a zastosowanie silnika plazmowego może znacznie rozszerzyć ich możliwości.


11 lipca 2017 r.

Wielki Zderzacz Hadronów odkrył nową cząstkę elementarną

Naukowcy pracujący w CERN ogłosili odkrycie nowej cząstki elementarnej, której istnienie zostało przewidziane teoretycznie.


Barion Xi-cc ++ /materiały prasowe

Nowa cząstka nazywa się Xi-c ++. Jest zbudowana z jednego kwarka górnego (takiego, jakie budują protony i neutrony) oraz dwóch kwarków powabnych, które mają ten sam ładunek, co kwark górny, ale ważą 570 razy więcej. Istnienie cząstki Xi-cc ++ zostało przewidziane teoretycznie, ale dopiero teraz udało się potwierdzić jej istnienie.

– Znalezienie barionu składającego się z dwóch ciężkich kwarków jest bardzo interesujące, ponieważ dostarczy unikatowego narzędzia do dalszych analiz chromodynamiki kwantowej. Takie cząstki pomogą nam ugruntować nasze teorie – powiedział Giovanni Passaleva, rzecznik projektów związanych z Wielkim Zderzaczem Hadronów.

Do tej pory fizycy obserwowali bariony (cząstki zbudowane z trzech kwarków) składające się z co najwyżej jednego ciężkiego kwarka. Nowo odkryta cząstka jest zbudowana z dwóch kwarków ciężkich i jednego lekkiego. Xi-cc ++ jest cząstką wysoce niestabilną, istnieje jedynie ułamek sekundy.

– W przeciwieństwie do innych barionów, w których kwarki wykonują skomplikowany taniec wokół siebie, barion zbudowany z dwóch ciężkich kwarków powinien działać jak układ dwóch gwiazd, które krążą wokół siebie (kwarki ciężkie) z dodatkowym satelitą je otaczającym (kwark lekki) – powiedział Guy Wilkinson z Uniwersytetu Oksfordzkiego.

Dzięki pomiarom Xi-cc ++ fizycy będą w stanie sprawdzić, jak zachowuje się układ dwóch ciężkich kwarków i jednego lekkiego. Naukowcy mają nadzieję, że może to doprowadzić do wyodrębnienia nieznanej wcześniej grupy ciężkich barionów.


7 lipca 2017 r.

Koncern Kałasznikow umieści w swojej broni sztuczną inteligencję

Koncern zbrojeniowy Kałasznikow stawia na specjalne moduły sztucznej inteligencji. Za kilka lat produkowana przez rosyjską firmę broń będzie zdolna do podejmowania autonomicznych decyzji na polu walki.


Jedna z maszyn bojowych, która będzie korzystała z modułów sztucznej inteligencji
/materiały prasowe

– Niebawem planujemy zaprezentować całą linię sprzętu wojskowego korzystającego z technologii sieci neuronowych – powiedziała agencji prasowej TASS szefowa biura prasowego Koncernu Kałasznikow, Sofia Iwanowa. Sztuczne sieci neuronowe to technologia działająca na zasadzie podobnej do ludzkiego mózgu. System oparty na takich rozwiązaniach sam uczy się zleconego mu zadania. Jaką – w teorii – przewagę taktyczną mogą przynieść moduły neuronowe w sprzęcie wojskowym?

Przykładowo, ciężki karabin maszynowy z odpowiednim modułem mógłby podejmować decyzję o tym, czy należy otworzyć ogień znacznie szybciej niż operująca nim załoga. Sieć takich karabinów, wymieniająca się zdobytą wiedzą, potrafiłaby spełniać swoje zadanie z jeszcze większą precyzją, 24 godziny na dobę, bez miejsca na błąd. Tyle akademickiej teorii.

Praktyczne zastosowanie sieci neuronowych, a co za tym idzie, zdobywanie wiedzy przez maszyny, budzi duże wątpliwości naukowców i wojskowych. Sztuczna inteligencja posiadająca zbyt wiele autonomii staje się nieprzewidywalna, jej wzory zachowań mogą być sprzeczne z przyjętą strategią działań. Mówiąc bardziej dosadnie – istnieje ryzyko utraty kontroli nad maszynami, co może doprowadzić do tragedii.

Made in Russia


Czy moduły sieci neuronowych w sprzęcie wojskowym to dobry pomysł? Eksperci nie mają jasnej odpowiedzi /materiały prasowe

Nie ulega jednak wątpliwości, że sztuczna inteligencja w wielu scenariuszach radzi sobie podczas symulowanych walk lepiej niż człowiek. Rok temu maszyna wygrała powietrzne potyczki z najlepszymi amerykańskimi pilotami myśliwców, nawet będąc za sterami maszyn o parametrach gorszych niż te pilotowane przez ludzi. Dalsza implementacja modułów sztucznej inteligencji w broni konwencjonalnej jest zatem praktycznie nieunikniona. Pytanie natomiast brzmi: Czy za rozsądny można uznać kierunek polegający na zastosowaniu komponentów dających maszynie autonomię i możliwość zdobywania wiedzy?

Rosjanie, w wyścigu zbrojeń z USA, Europą i Chinami, nieustannie chcą udowodnić, że potrafią dostarczyć innowacyjne technologie, wyprzedzające o kilka lat sprzęt prezentowany przez inne nacje. W zeszłym tygodniu w Moskiewskim Instytucie Stali i Stopów (MISIS) zaprezentowano prototyp zbroi wyglądającej jak kostium żołnierza z filmu lub gry komputerowej. Został on wykonany z kombinacji lekkich, ale bardzo wytrzymałych materiałów. W skład zbroi wchodzi hełm z wbudowanym systemem łączności, a także specjalny silnik zewnętrzny, który ma ułatwiać żołnierzowi poruszanie się. „Pracujemy nad koncepcją walki w przyszłości. Oto nasza wizja uzbrojenia, którą chcemy rozwijać w ciągu najbliższych kilku lat ” – powiedział Oleg Chikarev, zastępca szefa systemów uzbrojenia w instytucie. Plany Koncernu Kałasznikow są podobne – pokazać, że jest on liderem technologicznym. Przynajmniej w teorii.

Oficjalne prezentacje broni Kałasznikowa z modułami sieci neuronowych mają odbyć się podczas targów sprzętu wojskowego ARMY-2017 w Moskwie.


7 lipca 2017 r.

Japończycy polecą na Księżyc

Japońska Agencja Kosmiczna (JAXA) ma ambitne plany wysłania załogowej misji na Księżyc ok. 2030 r.


Japonia chce wysłać załogową misję na Księżyc /NASA

JAXA po raz pierwszy publicznie wyraziła chęć wysłania astronautów poza Międzynarodową Stację Kosmiczną (ISS). Japonia chce w 2025 r. dołączyć do misji NASA, która planuje zbudować stację kosmiczną na orbicie Księżyca. Taki obiekt miałby być punktem przesiadkowym do Czerwonej Planety.

Japończycy mają nadzieję użyczyć swojej technologii w budowie stacji i dzięki temu wreszcie umieścić astronautę na Księżycu. Ambitne plany JAXA zostały przedstawione podczas panelu edukacyjnego. W przyszłym roku jest spodziewany oficjalny plan misji.

JAXA chce opracować technologie oczyszczania wody i chroniące astronautów przed promieniowaniem kosmicznym. Japończycy chcą także zaangażować się w pracę nad sondą umożliwiającą przemieszczanie się astronautów między stacją kosmiczną a powierzchnią Księżyca.

W 2019 r. na Srebrny Glob zostanie wysłana bezzałogowa japońska sonda. W 2022 r. JAXA chce wysłać na Księżyc próbnik, który będzie wyszukiwał zasoby naturalne. Chiny i Indie także chcą rozszerzyć swoje programy kosmiczne.


2 lipca 2017 r.

Samolot supersoniczny NASA i Lockheed Martin coraz bliżej

Samoloty naddźwiękowe nie są niczym nowym, ponieważ podróżujemy z takimi prędkościami już prawie 70 lat. Już niebawem NASA może wprowadzić loty supersoniczne na wyższy poziom.


Tak może wyglądać samolot naddźwiękowy NASA /materiały prasowe

NASA kilka lat temu rozpoczęła inicjatywę Quiet Supersonic Transport (QueSST), której celem było opracowanie cichego samolotu naddźwiękowego. Prototyp dla NASA wyprodukowała w 2016 r. firma Lockheed Martin, która miała być odpowiedzialna także za ostateczną wersję samolotu LBFD (Low Boom Flight Demonstration).

Model został przetestowany w tunelu aerodynamicznym w Glenn Research Center należącym do NASA. Wyniki były świetne. Głośny grom dźwiękowy towarzyszący przebiciu bariery dźwięku został zastąpiony miękkim odgłosem. Eksperci NASA i Lockheed Martin zgodnie przyznali, że projekt QueSST powinien być dalej rozwijany. W pełni sprawna wersja samolotu może wzbić się w powietrze już w 2021 r.

Naukowcy mają nadzieję, że nowy samolot naddźwiękowy nie będzie głośniejszy od komercyjnie dostępnych maszyn. Jeżeli tak faktycznie będzie, loty soniczne mogą stać się najbardziej popularnym środkiem transportu.


Tak może wyglądać samolot naddźwiękowy NASA /materiały prasowe

Samolot X to ogólny kryptonim dla eksperymentalnych samolotów supersonicznych, nad którymi pracuje NASA. LBFD jest tylko jednym z nich. NASA ma ambitne planty na przyszłość, które zakładają nie tylko podbój kosmosu, ale i „naszego” nieba.


1 lipca 2017 r.

XS-1: pierwszy lot w 2020?

Jest możliwe, że już w 2020 roku pojawi się się zupełnie nowy sposób wynoszenia ładunków na orbitę – suborbitalny rakietoplan XS-1.


Grafika prezentująca rakietoplan XS-1 /materiały prasowe

W kwietniu tego roku amerykańska Agencja Zaawansowanych Projektów Badawczych w Obszarze Obronności (DARPA) ogłosiła wykonawców projektu rakietoplanu XS-1. Głównym wykonawcą pojazdu zostanie firma Boeing, m.in. przy wsparciu firmy Aerojet Rocketdyne, która dostarczy silniki rakietowe.

Celem projektu jest budowa suborbitalnego rakietoplanu wielkości małego samolotu odrzutowego. XS-1 ma być zdolny do bezzałogowego lotu, podczas którego nastąpi uwolnienie mniejszego górnego stopnia. Ten ostatni będzie wynosić małe satelity na niską orbitę okołoziemską (LEO). Cały system ma być zdolny do wynoszenia ładunków o masie do około 1350 kg.


Grafika prezentująca rakietoplan XS-1 /materiały prasowe

Pojazd XS-1 ma być zdolny do wielokrotnego i częstego użytku. Pod koniec projektu powinien być gotowy do wykonania 10 lotów w ciągu 10 dni przy koszcie około 5 milionów dolarów za lot, wliczając w to koszt jednorazowego górnego stopnia. Dlatego też m.in. XS-1 ma być zdolny do autonomicznego lądowania na lotnisku po wykonaniu zadania. Pierwsze loty odbędą się z Florydy, gdzie dostępna jest infrastruktura z czasów programu wahadłowców.

Suborbitalny rakietoplan jako środek wynoszenia małych satelitów na LEO to popularny temat w wielu analizach rakiet. W ostatnich latach w Europie firma Swiss Space Systems (S3) próbowała osiągnąć ostatni cel, jednak niestety ostatecznie zbankrutowała. Wydaje się jednak, że dzięki DARPA firmie Boeing będzie w stanie osiągnąć ten cel, co może przyczynić się do zmiany kształtu tej części sektora kosmicznego.


30 czerwca 2017 r.

WODA MA DWA CIEKŁE STANY SKUPIENIA

Naukowcy odkryli, że woda ma dwie różne fazy ciekłe. Co z tego wynika?


Artystyczna wizja dwóch stanów skupienia wody o różnej gęstości /Fot. Mattias Karlen

Woda ma kluczowe znaczenie dla życia na Ziemi. Teraz naukowcy przyjrzeli się bliżej dwóm fazom wody zwanym bezpostaciowym lodem o wysokiej i niskiej gęstości. Odkryto, że gdy woda przechodzi z jednego rodzaju lodu do drugiego, przekształca się w dwa różne typy stanu ciekłego.

Badania opublikowane w „Proceedings of the National Academy of Sciences” śledziły ruch cząsteczek podczas zamiany stanu lodu bezpostaciowego – z wysokiej na niską gęstość. W swoich badaniach naukowcy wykorzystali dwa lasery rentgenowskie – jeden z Laboratorium Narodowego Argonne w okolicach Chicago, a drugi z laboratorium DESY w Hamburgu.

– Badałam bezpostaciowy lód przez długi czas w celu określenia, czy można go uznać za jedną z odmian wody w stanie stałym. Spełnieniem marzeń jest odkrycie, jak szklisty stan wody przeobraża się w lepką ciecz, która prawie natychmiast przekształca się w inną ciecz o znacznie niższej gęstości – powiedziała Katrin Amann – Winkel, autorka odkrycia.

Bezpostaciowy lód uzyskuje się, gdy cząsteczki wody są zamrażane w temperaturze poniżej 0oC. Ze względu na takie czynniki jak szybkie zamrażanie lub wysokie ciśnienie, lód może nie być krystaliczny. Bezpostaciowy lód znajduje się głównie w górnych warstwach atmosfery, a także obłokach międzygwiazdowych, co czyni z niego najpowszechniejszą odmianę wody we wszechświecie.


27 czerwca 2017 r.

Pole magnetyczne Urana zachowuje się w dziwny sposób

W przeciwieństwie do Ziemi, magnetosfera Urana otwiera i zamyka się każdego dnia, powodując niezwykłe zjawiska świetlne.


Pole magnetyczne Urana zachowuje się inaczej niż ziemska magnetosfera /NASA

Magnetosfera Urana, regionu wyznaczanego przez pole magnetyczne planety, jest codziennie włączana i wyłączana jak przełącznik światła. Naukowcy odkryli, że dzieje się to podczas ruchu obrotowego Urana. W jednym położeniu Uran jest „otwarty”, dzięki czemu wiatr słoneczny swobodnie wpływa do magnetosfery, a w innym zamyka się, tworząc tarczę przed naładowanymi cząstkami.

Ponad 30 lat po tym, jak sonda Voyager 2 minęła Urana, naukowcy z Instytutu Technologicznego w Georgii wykorzystali dane zebrane przez sondę do lepszego poznania tego lodowego świata. Najnowsze badania wskazują, że magnetosfera Urana ma naprawdę niezwykłe właściwości – otwiera i zamyka się każdego dnia, wraz z ruchem obrotowym planety.

To oznacza, że różni się znacznie od ziemskiej magnetosfery, która zazwyczaj otwiera i zamyka się w odpowiedzi na zmiany wiatru słonecznego. Pole magnetyczne Ziemi jest niemal równoległe do osi wirowania, co sprawia, że magnetosfera obraca się wokół własnej osi wraz z naszą planetą. To sprawia, że ziemska atmosfera jest cały czas pod takim samym kątem zwrócona ku Słońcu. Wiatr słoneczny docierający do magnetosfery gwałtownie rekonfiguruje pole magnetyczne naszej planety i je otwiera. To zdarza się podczas silnych burz słonecznych.

Pole magnetyczne Urana jest nierówne – jest zdecentralizowane i odchylone o 60o od osi. Te cechy powodują, że magnetosfera wariuje w trakcie pełnego obrotu planety trwającego 17,24 godziny.

– Uran jest geometrycznym koszmarem. Planeta zachowuje się jak dziecko kręcące się na piętach na wzgórzu. Kiedy wiatr słoneczny spotyka się z liniami pola magnetycznego zwróconymi w tym samym kierunku, magnetosfera przechodzi z otwartej na zamkniętą i odwrotnie – powiedział Carol Paty, główna autorka badań.

Przełączanie pól magnetycznych jest zjawiskiem powszechnym w całym Układzie Słonecznym. Astronomowie uważają, że poznanie Urana stanowi klucz do odkrywania kolejnych planet pozasłonecznych.


26 czerwca 2017 r.

Nemesis, bliźniaczka Słońca, mogła istnieć.
I wcale nie być morderczynią

Większość gwiazd rodzi się w towarzystwie – rzadko powstają pojedynczo. Ten argument pozwolił naukowcom Stevenowi Stahlerowi oraz Sarah Sadavoy stwierdzić, że taka sytuacja zaszła również w przypadku Słońca.


Słońce stanowi istotną rolę dla życia na Ziemi Foto: NASA

Od wielu lat naukowcy spekulowali na temat prawdopodobieństwa istnienia bliźniaczki Słońca. Jej siła grawitacji miałaby powodować spychanie komet z orbit i kierowanie ich wprost w kierunku Ziemi. Rezultatem zderzeń były masowe wymierania. Ma to wyjaśniać nazwę potencjalnej gwiazdy – Nemesis.

Wszystkie mają bliźniaków

Prawie wszystkie gwiazdy podobne do Słońca powstały wraz ze swoimi bliźniakami. Zwiększa to prawdopodobieństwo, że teoria na temat istnienia Nemesis jest prawdziwa.

– Tak, Nemesis prawdopodobnie istniała, dawno temu – mówił jeden z autorów badań Steven Stahler z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley.

Rezultatem nowych opracowań jest zdjęcie z Nemesis łatki „morderczyni”. Jak twierdzi Stahler, bliźniaczka prawdopodobnie oderwała się od Słońca i zniknęła w Drodze Mlecznej miliardy lat temu.

Najbliższy sąsiad Słońca, Alpha Centauri, to układ gwiazd wielokrotnych. Złożony jest z trzech gwiazd, co jest normalne dla Drogi Mlecznej. Faktycznie, ostatnie symulacje komputerowe dowodzą, że większość gwiazd, jeżeli nie wszystkie, rodzi się z towarzystwem.

Podpowiedzią obłok molekularny

Nowe badania popchnęły naukowców do przeprowadzenia obserwacji. Stahler i Sadavoy z Obserwatorium Astrofizycznego Smithsonian badali obłok molekularny Perseusza – ogromny obszar, w którym może utworzyć się gwiazda – położony około 600 lat świetlnych od Ziemi.

Obserwacje radiowe obłoku prowadzone w obserwatorium radioastronomicznym Very Large Array w Meksyku oraz przez teleskop Jamesa Clerka Maxwella na Hawajach, pozwoliły odkryć 55 nowych gwiazd w 24 układach gwiazd wielokrotnych (z czego większość była układem podwójnym), tak samo jak 45 gwiazd pojedynczych.

– Klucz tkwi w tym, że nikt wcześniej nie patrzył w sposób usystematyzowany na relacje między młodymi gwiazdami a obłokami molekularnymi, w których powstają – powiedział Stahler.

Sadavoy i Stahler wpadli na to, że wszystkie z obserwowanych układów gwiazd binarnych – tych, które są od siebie oddalone o przynajmniej 500 jednostek astronomicznych – były bardzo młode. Starsze układy były bardziej kompaktowe.


25 czerwca 2017 r.

W Chinach powstaje pierwsza kwantowa sieć satelitarna

Chiński satelita z powodzeniem dostarczył do stacji naziemnych pary splątanych fotonów. Powiązane ze sobą cząstki przebyły trasę o rekordowej długości od 1 600 do 2 400 kilometrów i wciąż pozostawały splątane. Sukces naukowców przyczyni się do stworzenia pierwszej kwantowej sieci satelitarnej.


Chiny stworzą pierwszą na świecie satelitarną sieć kwantową /materiały prasowe

W sierpniu 2016 roku Chiny wysłały na orbitę i uruchomiły pierwszego na świecie satelitę do telekomunikacji kwantowej Micius. Na jego pokładzie umieszczono kryształ, który generuje pary splątanych fotonów. 16 czerwca na łamach czasopisma „Science” opisano eksperyment, który pozwolił przesłać pary powiązanych ze sobą fotonów z orbity do trzech stacji naziemnych, oddalonych od siebie o około 1 200 kilometrów. W zależności od położenia satelity, pary cząstek przebyły od 1 600 do 2 400 kilometrów. Jest to wielkie osiągnięcie, biorąc pod uwagę, że dotychczasowy rekord dla takiej transmisji wynosił tylko 100 kilometrów.

W przypadku tak długich dystansów zachowanie splątania kwantowego między fotonami jest bardzo trudne, ponieważ środowisko może wpływać na ich wzajemne powiązanie. Troposfera to najniższa a zarazem najgęstsza warstwa atmosfery, która normalnie powinna wywierać silny wpływ na splątane cząstki. Okazało się jednak, że fotony wysłane dzięki wiązkom laserowym pozostawały splątane, zatem wykorzystana przez naukowców z Chin metoda jest jak dotąd najwydajniejsza ze wszystkich.

Osiągnięcie to pozwoli Chinom stworzyć pierwszą na świecie satelitarną sieć kwantową, jednak system ten musi jeszcze zostać dopracowany. Chiny planują w najbliższych latach wystrzelić na orbitę kolejne satelity, które posiadałyby na swoim wyposażeniu jeszcze potężniejsze wiązki laserowe, ponieważ satelita Micius może dostarczać splątane fotony tylko w nocy.

Quantum satellite achieves ‚spooky action’ at record distance

W zeszłym roku, w Chinach powstała również naziemna linia komunikacji kwantowej o długości około 2 tysięcy kilometrów, która w przyszłości zostanie połączona z satelitarną siecią kwantową. Nowa forma komunikacji będzie niemożliwa do zhakowania, ponieważ jakakolwiek próba odczytu poufnych informacji spowoduje jej bezpowrotne zniszczenie, natomiast nadawca wiadomości będzie wiedział o nieudanej próbie jej przechwycenia.


25 czerwca 2017 r.

Airbus wprowadza do samolotów nowe „czarne skrzynki”

Airbus we współpracy z L3 Technologies wprowadza do swoich samolotów pasażerskich nowe wbudowane i odłączane rejestratory parametrów lotu. Mogą one być kiedyś dostępne we wszystkich komercyjnych samolotach firmy Airbus. Urządzenia znacznie ułatwiają lokalizowanie samolotu i odzyskiwanie większej liczby danych.


Nowe „czarne skrzynki” w Airbusach będą zbierały jeszcze więcej danych /materiały prasowe

Airbus we współpracy z L3 Technologies opracuje nowe wbudowane i odłączane rejestratory parametrów lotu dla swoich samolotów pasażerskich. Nowe urządzenia będą dostępne w dwóch wersjach: montowany na stałe, chroniony przed zderzeniem rejestrator Cockpit Voice and Data Recorder (CVDR- Rejestrator dźwięku i danych lotu), który może nagrywać nawet 25 godzin głosu i parametrów lotu; oraz odłączający się rejestrator Automatic Deployable Flight Recorder (ADFR – Automatyczny, odłączany rejestrator parametrów lotu).

CVDR będzie lżejszy, mniejszy i zaoferuje nowe możliwości w porównaniu z bieżącą generacją rejestratorów, w tym wszechstronne interfejsy. Nowy CVDR spełnia zalecenia EASA i ICAO w zakresie wydłużenia czasu rejestrowania głosu do 25 godzin (obecne przepisy nakazują rejestrowanie dwóch godzin głosu). Dwa spośród nowych rejestratorów CVDR zostaną zainstalowane w samolotach pasażerskich A320 krótszego zasięgu. Znacznie zwiększy to redundancję rejestrowania głosu i danych w porównaniu z dzisiejszymi instalacjami, które składają się z jednego rejestratora parametrów lotu i jednego oddzielnego rejestratora głosu.

Druga wersja nowego systemu rejestrującego – AFDR – jest przeznaczona do samolotów dalszego zasięgu, które przez długi czas lecą nad wodą lub niezamieszkanymi obszarami, takich jak Airbus A321LR, A330, A350 XWB i A380. Dzięki ADFR samoloty komercyjne zyskają nową możliwość automatycznego wyrzucenia rejestratora w przypadku znacznej deformacji strukturalnej lub zanurzenia w wodzie. Chroniony przed zderzeniem, unoszący się na wodzie moduł pamięciowy, zawierający nawet 25 godzin nagrań głosu i parametrów lotu, będzie wyposażony we wbudowany nadajnik Emergency Locator Transmitter (ELT), który pomoże zespołom ratunkowym szybko zlokalizować i odzyskać rejestratory.

ADFR będzie instalowany w tylnej części kadłuba, a CVDR na przedzie samolotu, co znacznie zwiększy prawdopodobieństwo odzyskania głosu i danych w porównaniu ze współczesnymi systemami. ADFR wraz z mechanicznym systemem wyrzutowym zostanie zaprojektowany i zbudowany przez DRS Technologies Canada Ltd. (spółkę należącą do Leonardo DRS) oraz zintegrowany przez L3 we współpracy z działem inżynierskim firmy Airbus.

Nowe systemy rejestrujące będą dostępne w 2019 r., początkowo w samolocie A350 XWB, a następnie będą stopniowo wprowadzane w innych typach airbusów.


24 czerwca 2017 r.

Na granicach Układu Słonecznego istnieje Dziesiąta Planeta?

Najnowsze badania wskazują, że w Układzie Słonecznym może znajdować się także Dziesiąta Planeta. Hipotetyczna Dziewiąta Planeta, której istnienie jest bardziej niż prawdopodobne, może mieć bliźniaka.


Jak może wyglądać Dziesiąta Planeta? /materiały prasowe

Układ Słoneczny nie jest taki sam od momentu, w którym Pluton został uznany za planetę karłowatą. Decyzja ta pociągnęła za sobą poważne konsekwencje. Jakiś czas temu astronomowie zasugerowali, że na rubieżach Układu Słonecznego, znacznie poza orbitą Plutona, może ukrywać się Dziewiąta Planeta, która jest 10 razy większa od Ziemi. Astronomowie uznali istnienie Dziewiątej Planety za bardzo prawdopodobne. Szansa, że jest ona tylko błędem statystycznym wynosi zaledwie 0,001 proc.

Podobne badania przeprowadzono w odniesieniu do nowych planet karłowatych. Około 13,7 mld km od Słońca znajduje się obiekt oznaczony jako 2014 UZ224. Ma on średnicę ok. 530 km, a pełen obrót wokół naszej gwiazdy zajmuje mu aż 1100 ziemskich lat. Wiele wskazuje, że na granicach Układu Słonecznego mogą czekać kolejne niespodzianki.

Kathryn Volk i Renu Malhotra z Uniwersytetu Arizona zauważyli jakiś dziwny ruch w Pasie Kuipera, który może być śladem hipotetycznej Dziesiątej Planety.

Obiekty znajdujące się w Pasie Kuipera są wystarczająco daleko od innych głównych ciał Układu Słonecznego, że duże planety (takie jak Jowisz czy Saturn) nie oddziałują grawitacyjnie na nie. Ich ruchy można przewidzieć tylko dzięki żmudnym badaniom nieba.

Poszukiwania Dziewiątej Planety doprowadziły naukowców do przekonania, że okrąża ona Słońce w odległości 700 jednostek astronomicznych (j. a.). Volk i Malhotra uważają, że Dziesiąta Planeta mogłaby być znacznie bliżej, ok. 50 j. a. Planeta ta byłaby porównywalna z Marsem pod względem wielkości. Inni astronomowie nie są przekonani do tej koncepcji.

– Wątpię, że planeta może znajdować się tak blisko i tak długo pozostawać niezauważona – powiedział Alessandro Morbidelli z Obserwatorium Cote d’Azur w Nicei.

Astronomowie z Arizony nie wykluczają, że zamiast jednego dużego obiektu, za Dziesiątą Planetę uznaje się kilka mniejszych.


17 czerwca 2017 r.

Odkryto dwa nowe księżyce Jowisza

Naukowcy odkryli dwa nowe księżyce Jowisza. Największa planeta Układu Słonecznego ma ich zatem co najmniej 69.


Jowisz ma już 69 księżyców. Wkrótce odkryte zostaną kolejne? /NASA

Księżyce nie mają jeszcze swoich nazw własnych, ale dysponują numerami katalogowymi: S/2016 J1 i S/2017 J1. „S” w tej nazwie oznacza satelitę, a „J” planetę Jowisz.

Obiekty zostały namierzone przez zespół astronomów pod kierownictwem Scotta Shepparda z Carnegie Institution for Science. Oba mają średnicę 1-2 km. Okrążają Jowisza w odległościach 21 i 24 mln km.

Księżyce zaobserwowano po raz pierwszy w marcu 2016 i 2017 r., a ich istnienie zostało potwierdzone przez teleskop Subaru znajdujący się w obserwatorium Mauna Kea na Hawajach. Na obiekty natrafiono podczas poszukiwań tajemniczej Dziewiątej Planety.

S/2016 J1 potrzebuje 1,65 roku, by okrążyć Jowisza, podczas gdy S/2017 J1 zajmuje to 2,01 roku. Podobnie jak większość księżyców Jowisza, okrążają one planetę w kierunku przeciwnym do ruchu obrotowego planety (tzw. orbita wsteczna).

Księżyce mają duże nachylenie, które w przybliżeniu wynosi 140O – 149O (w zależności od pomiarów). Orbity obiektów są wysoce ekscentryczne. Wielkość naturalnych satelitów Jowisza jest zgodna z wieloma innymi księżycami tej planety. Cztery księżyce galileuszowskie: Ganimedes, Kallisto, Io i Europa są większe od nowo odkrytych obiektów.

Dzięki najnowszym odkryciom, Jowisz wyraźnie wysunął się na prowadzenie wśród planet pod kątem liczby posiadanych księżyców. Największy gazowy olbrzym ma ich już 69, podczas gdy Saturn „zaledwie” 62.


Nowo odkryte księżyce Jowisza w pełni chwały /NASA


8 czerwca 2017 r.

Kwantowa rewolucja polskich fizyków

Polacy opracowali nową metodę kwantowego sterowania fotonami. Czy to oznacza informatyczną rewolucję?


Czy już wkrótce powstaną komputery kwantowe? /©123RF/PICSEL

Dr hab. Magdalena Stobińska z Uniwersytetu Warszawskiego zaprezentowała na łamach prestiżowego czasopisma Physical Review Letters nową metodę kwantowego sterowania cząstkami światła (fotonami). Praca ta jest zwieńczeniem projektu europejskiego Marie Curie Career Integration Grant zrealizowanego przez nią na Uniwersytecie Gdańskim w latach 2012-2016. Zdaniem wielu naukowców, metoda ta może pomóc zrewolucjonizować m.in. sektor informatyczny, wprowadzając skuteczniejsze zabezpieczenia danych, czy też przyspieszać procesy generowania kodów losowych, wykorzystywanych np. w sektorze bankowym. Tematyka ta będzie kontynuowana przez dr hab. M. Stobińską w Warszawie, w ramach jej nowego projektu First Team Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej.

Do tej pory laboratoria na całym świecie wykorzystywały przede wszystkim tzw. nierówności Bella, metodę opracowaną w 1964 r. przez irlandzkiego fizyka, który podważył jedną z teorii Einsteina dotyczącą badań nad mechaniką kwantową. Zespół pod kierownictwem dr hab. M. Stobińskiej w którego prace istotny wkład wniósł dr Adam Buraczewski, oraz zespół prof. dr hab. Pawła Horodeckiego z Politechniki Gdańskiej i Krajowego Centrum Informatyki Kwantowej z dr Adamem Rutkowskim z Uniwersytetu Gdańskiego, dostarczył międzynarodowej społeczności łatwiejszą w implementacji metodę, która dostosowana jest do najnowszych układów doświadczalnych w laboratoriach optycznych i która przyczyni się do lepszego zrozumienia korelacji kwantowego sterowania.

Jak wyjaśnia dr hab. M. Stobińska, kwantowe sterowanie można porównać do zabawy marionetką, gdzie rolę niewidzialnych sznurków pełnią kwantowe korelacje, czyli splątanie dwóch lub więcej cząstek. Dzięki takim stanom splątanym, możliwa jest np. znana z filmów science fiction kwantowa teleportacja, czyli przeniesienie stanu cząstek (informacji) na odległość.

Opracowana w 100 proc. przez polski zespół metoda kwantowego sterowania fotonami została od początku zaprojektowana tak, aby była odporna na niedoskonałości implementacji. Dzięki temu jest znacznie prostsza w użyciu od metody Bella i pozwala na realizację zadań, które dotąd były poza zasięgiem laboratoriów na całym świecie.

Dr hab. M. Stobińska ma nadzieję na wykorzystanie polskiej metody w przyszłych technologiach kwantowych, m.in. w celu certyfikowania urządzeń pod kątem bezwarunkowego bezpieczeństwa przesyłania informacji lub użycia ich do obliczeń kwantowych. Dzięki temu nowa metoda kwantowego sterowania pomoże przeprowadzić tzw. drugą rewolucję kwantową, która zaowocuje zastosowaniami technologii kwantowych w życiu codziennym.


6 czerwca 2017 r.

Ruszają prace nad następcą Wielkiego Zderzacza Hadronów

CERN chce zbudować akcelerator cząstek trzy razy większy i siedem razy potężniejszy od Wielkiego Zderzacza Hadronów.


Następca LHC będzie większy i potężniejszy /materiały prasowe

Wielki Zderzacz Hadronów (LHC) wciąż ma jeszcze wiele do odkrycia w dziedzinie fizyki cząstek elementarnych, ale naukowcy już rozpoczęli prace nad jego następcą. Cały proces potrwa całe dziesięciolecia, dlatego uczeni nie chcą marnować czasu. Ich celem jest stworzenie akceleratora 7 razy potężniejszego od sprzętu, którym dysponujemy dzisiaj.

Niedawno w Berlinie spotkało się ponad 500 naukowców z całego świata, by debatować, jak może wyglądać LHC 2.0 nazywany także Future Circular Collider (FCC). Podczas gdy tunel stanowiący pętlę LHC ma 27 km długości, obwód FCC będzie mierzył 80-100 km. Sam akcelerator ma być zlokalizowany w pobliżu Wielkiego Zderzacza Hadronów, na granicy francusko-szwajcarskiej.

Z dwa razy mocniejszymi magnesami, FCC będzie w stanie rozbijać wiązki cząstek elementarnych z siłą wynoszącą 100 TeV (teralektronowoltów). Takie samo przyspieszenie cząstek można uzyskać dzięki 10 mln uderzeniom pioruna.

Dodatkowa energia pozwoli fizykom dostrzec ukryte cząstki elementarne, nawet te cięższe od bozonu Higgsa. Następca LHC pomoże nam w opracowaniu materiałów odpornych na promieniowanie, stosowanych zarówno w reaktorach jądrowych, jak i sieciach energetycznych.

Finalny projekt FCC ma być gotowy w 2018 r., ale uruchomienie akceleratora nastąpi nie wcześniej niż za 20 lat. Warto przypomnieć, że budowa Wielkiego Zderzacza Hadronów trwała blisko 30 lat.


Potencjalna lokalizacja FCC /materiały prasowe


5 czerwca 2017 r.

Bliski przelot asteroidy 2017 KQ27

6 czerwca nastąpi bliski przelot planetoidy 2017 KQ27. Obiekt ten znajdzie się w odległości około 392 tysięcy kilometrów od Ziemi. Czy mamy się czego obawiać?


Przestrzeń pomiędzy Ziemią a Księżycem często naruszają małe planetoidy /©123RF/PICSEL

Moment największego zbliżenia 2017 KQ27 do Ziemi nastąpi 6 czerwca około godziny 16:30. W tym momencie planetoida znajdzie się w odległości około 392 tysięcy kilometrów od Ziemi. Odpowiada to około 1,02 średniego dystansu do Księżyca.

Średnicę 2017 KQ27 wyznaczono na około 25 metrów. Dla porównania, bolid czelabiński, który 15 lutego 2013 roku rozpadł się nad Rosją, miał średnicę 17-20 metrów. 2017 JB2 jest zatem obiektem znacznie większym i gdyby uderzył w powierzchnię naszej planety, mógłby wyrządzić pewne szkody. Mogłyby być one stosunkowo duże, gdyby planetoida uderzyła w obszar zurbanizowany.

Aktualnie na półkuli północnej trwa okres krótkich nocy. Wiele obserwatoriów astronomicznych położonych dalej na północ od równika albo nie funkcjonuje albo wykonuje obserwacje jedynie przez kilka godzin. Oznacza to mniejsze szanse na wykrycie meteoroidów i planetoid przelatujących blisko Ziemi.

Jest to dwudziesty drugi wykryty bliski przelot planetoidy lub meteoroidu w 2017 roku. W 2016 roku wykryto przynajmniej 45 bliskich przelotów, w 2015 roku było takich odkryć 24, a w 2014 roku było ich 31. Do tych odkryć należy dołączyć te, które nie zostały dopisane do ogólnodostępnych baz danych. W 2017 roku można się spodziewać kolejnych kilkudziesięciu odkryć meteoroidów i planetoid, które przelecą blisko Ziemi. Wciąż jednak bardzo dużo przelotów nie zostaje wykrytych. Dzieje się tak w szczególności w przypadku przelotów po stronie dziennej, kiedy niemożliwe lub bardzo trudne są naziemne obserwacje astronomiczne.


5 czerwca 2017 r.

Niesamowite nagranie z Jowisza

Ze zdjęć wykonanych przez Sondę Juno krążącą wokół Jowisza wykonano niezwykłe nagranie, opatrzone muzyką z filmu „Odyseja Kosmiczna 2001”.


Artystyczna wizja sondy Juno w pobliżu Jowisza /NASA

Misja Juno (Jupiter Near-polar Orbiter) jest drugą sondą w historii, która weszła na orbitę największej planety naszego Układu Słonecznego. Start z Ziemi nastąpił w 2011 roku, zaś po trwającym pięć lat locie, w 2016 Juno weszła na orbitę Jowisza.

Ze zdjęć wykonanych podczas szóstego zbliżenia do planety wykonane zostało poniższe nagranie. Dołączona została eteryczna muzyka węgierskiego kompozytora György Ligetiego, która została użyta w filmie Odyseja Kosmiczna 2001. Nagranie zostało zrealizowane na podstawie danych z instrumentów JunoCam oraz SPICE przez Geralda Eichstädta oraz Seána Dorana. Zdecydowanie polecamy je obejrzeć w wysokiej rozdzielczości.


Juno Perijove 06


2 czerwca 2017 r.

RMF 24: Fale grawitacyjne zauważone po raz trzeci

Międzynarodowy zespół naukowców po raz trzeci zarejestrował fale grawitacyjne – charakterystyczne zmarszczki czasoprzestrzeni emitowane przez wpadające na siebie czarne dziury.


Wyobrażenie czarnych dziur, których zderzenie mogło doprowadzić do emisji fal grawitacyjnych /materiały prasowe

W raporcie opublikowanym na łamach czasopisma „Physical Review Letters” opisano wyniki analizy sygnałów zarejestrowanych 4 stycznia 2017 roku w dwóch detektorach obserwatorium LIGO. Do zderzenia doszło ponad 3 miliardy lat temu. W jego wyniku z dwóch czarnych dziur o masach 31- i 19 razy większych od masy Słońca powstała jedna o masie niespełna 49 mas naszej gwiazdy.

Ogłoszona 11 lutego 2016 roku pierwsza obserwacja fal grawitacyjnych była prawdziwym przełomem w fizyce i astronomii. Dokonano jej w obserwatorium LIGO (Laser Interferometer Gravitational – Wave Observatory) w Livingston w Luizjanie i Hanford w stanie Waszyngton i uznano ją za potwierdzenie jednego z kluczowych przewidywań ogólnej teorii względności Alberta Einsteina, zapowiedź nadchodzącej ery astronomii fal grawitacyjnych. Najnowsza obserwacja pokazuje, że nie była to zapowiedź na wyrost.

„Obserwacja i interpretacja zarejestrowanego przez LIGO kolejnego sygnału, oznaczonego jako GW170104, potwierdza sukces naszego teoretycznego programu do modelowania zachowania podwójnych układów czarnych dziur” – mówi prof. Alessandra Buonanno z University of Maryland w College Park, dyrektor Max Planck Institute for Gravitational Physics w Poczdamie.

Prof. Buonanno kierowała pracami nad stworzeniem modelu opisującego emisję fal grawitacyjnych, towarzyszącą ostatniej fazie procesu, w którym czarne dziury wirują wokół siebie, by w końcu się zderzyć. „Przy okazji trzeciego sygnału zarejestrowanego przez LIGO zebraliśmy dowody na to, że przynajmniej jedna z czarnych dziur wiruje wokół osi, która nie jest równoległa do osi ruchu orbitalnego ich obu” – dodaje.

Profesor Susan Scott z Australian National University Research School of Physics and Engineering (RSPE) podkreśla, że najnowsza obserwacja po raz pierwszy pokazała, że czarne dziury w takim układzie mogą nawet wirować w przeciwnych kierunkach. To rzuca zupełnie nowe światło na procesy tworzenia takich układów podwójnych.

Zarejestrowane zdarzenie to ślad połączenia czarnych dziur, które nastąpiło ponad dwa razy dawniej (i dalej), niż te, które doprowadziły do emisji fal grawitacyjnych zarejestrowanych w pierwszym i drugim przypadku. Porównanie czasu dotarcia sygnału do obu detektorów (w Hanford fala pojawiła się 3 millisekundy wcześniej niż w Livingston) pozwoliło z grubsza określić położenie źródła. Masa powstałej w zdarzeniu GW170104 czarnej dziury sytuuje się pomiędzy masami obiektów z pierwszej (62 masy Słońca) i drugiej (21 mas Słońca) obserwacji.

„W ten sposób zdobyliśmy kolejne potwierdzenie tezy o możliwości istnienia czarnych dziur o masie gwiazdowej, których masa przekracza 20 mas Słońca – to obiekty, o których istnieniu przed obserwacjami LIGO nie wiedzieliśmy” – mówi David Shoemaker, rzecznik LIGO Scientific Collaboration (LSC). „To niezwykłe, że potrafimy sformułować i przetestować hipotezę przebiegu tak dziwnych i ekstremalnych procesów, do których doszło nawet miliardy lat temu i miliardy lat świetlnych od nas” – dodaje.


1 czerwca 2017 r.

Stratolaunch pierwszy raz poza hangarem

Olbrzymi samolot Stratolaunch został wyprowadzony po raz pierwszy z hangaru. Jeśli testy wypadną pozytywnie – latająca maszyna może wywołać prawdziwą rewolucję w przestworzach.


Wyprowadzenie Stratolaunch z hangaru /materiały prasowe

W 2011 roku Paul Allen założył spółkę Stratolaunch Systems zajmującą się przemysłem kosmicznym. Od tego czasu firma pracuje nad maszyną Stratolaunch. Z pokładu samolotu mogłaby nie tylko startować rakieta, wynosząca na orbitę prom kosmiczny. Sprzęt miałby zostać wykorzystany do umieszczania na orbicie satelitów. Idea Stratolaunch jest ciekawa: samolot wynosiłby rakietę na pewną wysokość, gdzie nastąpiłoby uwolnienie rakiety i jej lot na orbitę z satelitą na pokładzie. Taki sposób wynoszenia satelitów pozwoliłby m.in. na zwiększenie masy ładunków, większą dowolność w wyborze miejsca startu oraz większą niezależność od czynników pogodowych.

Projekt rozpoczął się w 2010 roku a oficjalnie został ogłoszony w 2011 roku. Przez lata doszło do kilku zmian, m.in. rakiet, jakie miały by być wynoszone przez ten samolot. Aktualną koncepcją jest wynoszenie kilku rakiet Pegasus XL. Ich nośność wynosi około 450 kg jeśli chodzi o niską orbitę okołoziemską (LEO).

Na opublikowanych zdjęciach można zobaczyć samolot Stratolaunch i hangar. Samolot zdecydowanie nie jest jeszcze całkowicie gotowy, co widać m.in. na skrzydłach i obu dziobach konstrukcji. Niemniej jednak początek testów tego samolotu jest ważnym krokiem dla firmy Stratolaunch Systems. Po tych testach prawdopodobnie zakończona zostanie budowa samolotu, następnie wykonane zostaną próby naziemne a wreszcie – pierwszy lot.


Stratolaunch – grafika przedstawiająca wygląd samolotu /materiały prasowe


31 maja 2017 r.

To akcesorium umożliwi widzenie przez ściany

Izraelska firma Walabot wprowadziła do sprzedaży ciekawy wynalazek, który umożliwi zaglądanie wewnątrz ścian przy pomocy smartfonu.


Walabot to ciekawy gadżet, który może przydać się przy remontach /materiały prasowe

Walabot DIY to urządzenie, które przyda się przede wszystkim murarzom, elektrykom i majsterkowiczom. Jest to magnetyczna nakładka na smartfon z wbudowanym skanerem 3D, który potrafi wykrywać obiekty znajdujące się w betonowej lub gipsowej ścianie. Producent chwali się, że sprzęt jest w stanie wykryć plastikowe i metalowe rury, kable, a nawet ruchome obiekty, takie jak myszy czy inne szkodniki.

Co ciekawe, dzięki integracji ze smartfonem, producent umożliwia również zainstalowanie gier i innych aplikacji, wykorzystujących prześwietlanie wnętrza ścian. Twórcy gadżetu zapewniają, że technologia jest wciąż rozwijana i wkrótce pozwoli nawet na podglądanie obiektów znajdujących się za ścianą.

Walabot został wprowadzony do sprzedaży w Stanach Zjednoczonych i kosztuje 99 dolarów.


31 maja 2017 r.

Sonda NASA „dotknie” Słońca. „Będą tam niespodzianki”

NASA w przyszłym roku wyśle sondę, która doleci do Słońca. To pierwsza taka misja w historii. Cel jest jeden – znalezienie odpowiedzi na nurtujące nas pytania dotyczące tej gwiazdy.


Solar Parker Probe

Naukowcy z NASA chcą wysłać specjalną sondę, która wejdzie bezpośrednio w obszar atmosfery Słońca. To pierwsza taka misja w historii. Planowana jest na 2018 rok.

Sonda Parker Solar Probe ma się zbliżyć do Słońca na odległość niecałych 6,5 miliona kilometrów, czyli kilkukrotnie bliżej niż jakakolwiek wcześniejsza misja. Jak piszą naukowcy NASA, sonda wręcz „dotknie” gwiazdy.

Musi mieć specjalną konstrukcję ze względu na bardzo wysoką temperaturę w pobliżu Słońca. Wynosi ona około 1400 stopni Celsjusza i charakteryzuje się bardzo wysokim promieniowaniem. Sonda będzie miała osłonę o grubości 10 centymetrów złożoną z kompozytów węglowych, które mają chronić jej delikatną elektronikę.

Cel misji

Misja ma na celu znalezienie odpowiedzi, dlaczego korona Słońca ma ponad milion stopni Celsjusza, a jego powierzchnia zaledwie sześć tysięcy stopni. Dane pozwolą także lepiej zrozumieć słoneczne burze, podczas których w stronę Ziemi wyrzucane są cząsteczki, które mogą zakłócać pracę satelitów.

Zmiana nazwy

31 maja na konferencji NASA, która odbyła się na Uniwersytecie w Chicago, ogłoszono, że zmienia się nazwa sondy. Pierwotnie miała nazywać się Solar Probe Plus. Nowa nazwa (Parker Solar Probe) pochodzi od nazwiska Eugena Parkera, emerytowanego astrofizyka i astronoma. Po raz pierwszy w historii NASA nazwała sondę na cześć żyjącej osoby. To pokazuje jak ważne dla świata nauki były jego badania.

W 1958 roku Parker opublikował artykuł, w którym napisał, że na powierzchni Słońca istnieje materia o dużej prędkości i magnetyzm. To zjawisko jest teraz znane jako wiatr słoneczny.

– Sonda doleci w obszar przestrzeni, który nigdy do tej pory nie był badany – mówi Parker. – To bardzo ekscytujące, że nareszcie będziemy mogli tam spojrzeć. Chcielibyśmy bardziej szczegółowo sprawdzić, co dzieje się w wietrze słonecznym. Jestem przekonany, że będą tam jakieś niespodzianki. Zawsze są – dodaje.


28 maja 2017 r.

Przyczyna utraty EDM ustalona

ESA ustaliła przyczynę utraty lądownika marsjańskiego EDM Schiaparelli. Powinno to podnieść poziom bezpieczeństwa dla lądowania europejskiego łazika ExoMars na Czerwonej Planecie.


Krater po uderzeniu EDM oraz osłona i spadochron wraz z osłoną termiczną lądownika /NASA

19 października 2016 roku na powierzchni Marsa, na kilkanaście minut przed godziną 17:00 CEST, miał osiąść europejski lądownik EDM Schiaparelli. Pojazd ten odłączył się od orbitera Trace Gas Orbiter (TGO) trzy dni wcześniej. Schiaparelli wszedł prawidłowo w atmosferę i pierwsza część lotu już po otwarciu spadochronu hamującego przebiegała zgodnie z planem. Jednak około 50 sekund przed planowanym lądowaniem pojazdu na powierzchni, łączność została przerwana i nie udało się już jej wznowić. Wykonane wkrótce potem zdjęcia z Mars Reconnaissance Orbiter (MRO) – sondy NASA krążącej na orbicie Czerwonej Planety – wykryły nowy krater w rejonie lądowania. Wykorzystując dogodną orbitę MRO sfotografował po raz drugi rejon lądowania 25 października. Nowe zdjęcie zostało opublikowane 27 października.

Łączności z EDM nie udało się nigdy nawiązać. Zdjęcia przesłane z MRO wyraźnie wskazały, że doszło do rozbicia lądownika. Krater został utworzony wskutek uderzenia EDM z dużą prędkością w powierzchnię Marsa. Dookoła krateru występują asymetryczne smugi, sugerujące skomplikowany charakter interakcji z podłożem w momencie uderzenia.

Przyczyny awarii

Od czasów tej nieudanej próby lądowania Europejska Agencja Kosmiczna (ESA) próbowała wyjaśnić przyczynę utraty EDM. Raport niezależnej komisji (link zewnętrzny) został opublikowany przez ESA 18 maja 2017 roku. Przyczyną utraty EDM Schiaparelli było przedwczesne zakończenie procedury lądowania wskutek błędnych i sprzecznych informacji przetwarzanych przez komputer pokładowy.

Większość procesu przechodzenia przez atmosferę Marsa przebiegała prawidłowo. Uwolnienie spadochronu nastąpiło wg planu. Pojawił się jednak wówczas problem w odczycie orientacji EDM o mniej więcej 165 stopni względem prawidłowej pozycji – tak duża różnica oznaczałaby, że lądownik schodziłby w odwróconej pozycji przez atmosferę. Te odczyty pochodziły od czujników IMU i ich błędnego przetworzenia przez oprogramowanie komputera pokładowego.

40 sekund po uwolnieniu spadochronu nastąpiło prawidłowe uwolnienie osłony termicznej. Kilka sekund później zaczęły się kolejne problemy, gdyż radarowy wysokościomierz zaczął podawać zupełnie inne odczyty orientacji względem tych przetworzonych z czujników IMU. Z uwagi na różnicę kątów przekraczającą 90 stopni pomiędzy pomiarami z różnych instrumentów, komputer pokładowy wywnioskował ujemną wysokość nad powierzchnią Marsa. W konsekwencji komputer pokładowy postanowił wejść w tryb końcowego etapu lądowania, oddzielić spadochron, pozostałą część osłony lądownika i następnie włączyć silniczki rakietowe.

Silniczki działały zaledwie przez trzy sekundy, gdyż komputer pokładowy EDM zinterpretował warunki (w szczególności wysokość, która była “ujemna”) za odpowiednie do lądowania. W rzeczywistości wyłączenie silniczków nastąpiło na wysokości około 3,7 km nad powierzchnią Marsa. Po wyłączeniu silniczków nastąpiło około 34 sekundowy spadek swobodny, aż do uderzenia w powierzchnię Czerwonej Planety. Uderzenie nastąpiło z prędkością około 150 m/s. Prawidłowe lądowanie (ze wszystkimi etapami o odpowiedniej długości) miało nastąpić około 37 sekund później.


Wizja łazika ExoMars na powierzchni Czerwonej Planety /materiały prasowe

Konsekwencje dla przyszłych misji

Niezależna komisja badająca to “twarde lądowanie” przeanalizowała wszystkie elementy przechodzenia EDM przez atmosferę Marsa, czyli odczyty z IMU, obrót lądownika, wpływ spadochronów, wpływ czynników atmosferycznych oraz tor analizy danych przez komputer pokładowych. Łącznie zostało stworzonych osiem rekomendacji (siedem technicznych i jeden związany z zarządzaniem), które powinny zredukować ryzyko dla kolejnej europejskiej misji marsjańskiej.

W 2020 roku na powierzchni Marsa wylądować ma europejski lądownik ExoMars. Misja będzie realizowana przez ESA we współpracy z rosyjskim przedsiębiorstwem Roskosmos. Będzie to pierwsza misja lądownika marsjańskiego prowadzącego bezpośrednie (a nie pośrednie) badania dotyczące poszukiwania śladów życia na Czerwonej Planecie. W związku z opublikowaniem raportu Dyrektor Generalny ESA Jan Woerner podkreślił, że nieudane lądowanie EDM Schiaparelli pozwoliło na wychwycenie pewnych usterek, które mogły również zagrozić lądowaniu łazika.

Udane lądowanie na Marsie jest bardzo trudnym wyzwaniem, i aby mu sprostać konieczne jest przetestowanie wszystkich jego komponentów. Tym samym ESA zamierza wykorzystać lekcje z katastrofy EDM Schiaparelli aby przeprowadzić udaną misję ExoMars.


28 maja 2017 r.

Odkryto tajemniczy, jasny obiekt w galaktyce Cygnus A

Astronomowie odkryli nowy, jasny obiekt w pobliżu centrum galaktyki Cygnus A. Naukowcy wciąż nie mają pewności, czym on jest.


Wizja artystyczna nowo odkrytej hipotetycznej czarnej dziury orbitującej wokół centralnego obiektu /materiały prasowe

Tajemniczy obiekt został zaobserwowany przez Very Large Array (VLA). Znajduje się on w galaktyce Cygnus A, która została odkryta przez Grote Rebera w 1939 r. Galaktyka jest oddalona od nas o 800 mln lat świetlnych i była jednym z pierwszych obiektów, które zaczął obserwować VLA na początku lat 80. ubiegłego wieku.

– Nowo odkryty obiekt może nam wiele powiedzieć o historii tej galaktyki. Zdjęcia Cygnus A wykonane przez VLA w latach 80. stanowiły szczyt możliwości obserwacyjnych tamtych czasów. Przez długi czas nie obserwowaliśmy Cygnus A, aż nowa aparatura nie pozwoliła nam na obserwacje w nowych zakresach promieniowania radiowego. Modernizacja VLA w 2012 r. sprawiła, że dzisiaj mamy jeszcze silniejszy teleskop – powiedział Daniel Perley z Uniwersytetu w Liverpoolu, główny autor badań.

Zespół Perleya rozpoczął kolejne obserwacje Cygnus A w 2015 r. i to on odkrył niezwykły obiekt blisko centrum galaktyki.

– Odkryliśmy wyraźny nowy obiekt blisko jądra galaktyki, który nie pojawiał się na żadnych wcześniejszych zdjęciach. Jest on na tyle jasny, że z pewnością byśmy go zauważyli na poprzednich zdjęciach. To oznacza, że musiał on pojawić się tam w ciągu ostatnich 20 lat – dodał Perley.

Póki co, naukowcy nie mają pewności, czym jest nowo zaobserwowany obiekt. Astronomowie przypuszczają, że może być to eksplozja supernowej lub rozbłysk z drugiej supermasywnej czarnej dziury znajdującej się w pobliżu centrum galaktyki. Obiekt jest zbyt jasny, by jego naturę można było powiązać z jakimkolwiek znanym typem supernowej.

Mimo że tajemniczy obiekt jest oddalony od supermasywnej czarnej dziury znajdującej się w centrum Cygnus A o ok. 1500 lat świetlnych, ma wiele cech czarnej dziury. Astronomowie są zdania, że czarna dziura stała się widoczna dla VLA dopiero ostatnio, bo na jej drodze stanęło nowe źródło materii, stanowiące jej pokarm.

– Wiele wskazuje na to, że odkryliśmy drugą supermasywną czarną dziurę w galaktyce Cygnus A, co wskazuje na połączenie z inną galaktyką w niedawnej przeszłości. Jeżeli tak jest w rzeczywistości, byłaby to najciaśniejsza para supermasywnych czarnych dziur, którą znamy. Z czasem połączą się one w jedną czarną dziurę – powiedział Chris Carilli, inny z autorów odkrycia.

Naukowcy planują dalsze obserwacje tajemniczego obiektu, które być może rozwiążą zagadkę jego pochodzenia.


24 maja 2017 r.

Powrót silników Wankla? Mazda szykuje niespodziankę?

Jeszcze w ubiegłym roku szef Mazdy Masamichi Kogai zdradził, że firma nie planuje wprowadzenia do produkcji żadnego sportowego pojazdu większego niż nowa Mazda MX-5.


Silniki Wankla mogą wrócić, ale na pewno w innej formie /

W języku dyplomacji oznaczało to, że nie ma szans na uzupełnienie oferty o wyczekiwaną przez fanów kolejną generację sportowych samochodów wyposażonych w jednostkę napędową z wirującym tłokiem. Okazuje się jednak, że przyszłość silników Wankla nie jest jeszcze przesądzona. O możliwości ich powrotu czytamy na łamach oficjalnego magazynu Mazdy – „Zoom-Zoom”!

Niestety w obliczu zaostrzanych norm emisji spalin nie ma dziś szans, by tego typu konstrukcje wykorzystywano w roli jednostek trakcyjnych. Nie oznacza to jednak, że wkrótce po raz kolejny nie trafią one do samochodów.

„Silniki z wirującym tłokiem mogą wkrótce doświadczyć wielkiego powrotu. Jako główne źródło napędu, przy częstych zmianach prędkości obrotowych, są stosunkowo paliwożerne (czytaj: produkują duże ilości spalin – przyp. red.). Co innego, gdy pracują ze stałymi, optymalnymi obrotami. Idealnym pomysłem wydaje się więc zaprzęgnięcie ich do napędu generatorów prądotwórczych” – czytamy w magazynie.

Wygląda więc na to, że Japończycy poważnie zastanawiają się nad stworzeniem hybrydy, w której silnik Wankla stanowiłby rodzaj generatora energii dla elektrycznych silników trakcyjnych. Niestety, producent nie zdradza żadnych szczegółów dotyczących swoich najbliższych planów. Z nieoficjalnych informacji wynika, że kluczowe decyzje dotyczące przyszłości silników Wankla zapaść mają we wrześniu.


12 maja 2017 r.

Samoloty naddźwiękowe wrócą w 2020 roku

Już w 2020 r. hipersoniczne samoloty pojawią się nad naszymi głowami. Wszystko dzięki firmie Boom Technology, która planuje stworzyć naddźwiękowy samolot pasażerski.


Czy tak będzie wyglądał Baby Boom? /fot. Boom Technology /materiały prasowe

Pierwsze samoloty latające szybciej od prędkości dźwięku pojawiły się w połowie XX wieku. Ale restrykcyjne przepisy i wyzwania techniczne zatrzymały innowacje i rozwój tego typu maszyn. Już wkrótce ma się to zmienić. Firma Boom Technology, która ma siedzibę w Denver, pracuje nad nowoczesnym naddźwiękowym samolotem pasażerskim, który ma podróżować z prędkością 2,2 macha. To dwa razy więcej od prędkości dźwięku. Ponaddźwiękowy MIG-25 osiąga prędkość 3,2 macha, a wycofany Concorde poruszał się z prędkością 2,35 macha.

Z prędkością 2,2 macha pasażerowie będą mogli pokonać dystans dzielący Nowy Jork i Londyn w 3 godziny i 15 minut. Hipersoniczny samolot pokonałby także trasy San Francisco-Tokio w ciągu 5,5 godzin oraz Sydney-Los Angeles w 6 godzin i 45 minut.

– Budowanie samolotów naddźwiękowych nie jest łatwe. To, co nas naprawdę napędza, to potencjalna ogromna korzyść dla ludzkości. Pod koniec lat 50. i 60. ubiegłego wieku nastąpiła duża poprawa prędkości osiąganych w podróżach lotniczych. Odrzutowce umożliwiły wakacje na Hawajach skracając podróż z 15 – 16 godzin do 5 – 6 godzin – powiedział Blake Scholl, CEO i założyciel Boom Technology.

Firma Boom Technology niedawno pozyskała 33 mln dol. aby stworzyć swój pierwszy naddźwiękowy samolot pasażerski. Prototyp samolotu nazywany Baby Boom już powstał. Pierwsze jego loty testowe są szykowane na 2018 rok. Ostateczna wersja maszyny mogącej pomieścić 55 pasażerów ma zostać zaprezentowana w 2020 r.

Concorde – naddźwiękowa legenda


Concorde, trafimy na niego jadąc do paryskiego lotniska imienia Charlesa De Gaulle’a /©123RF/PICSEL

Concorde, legendarny naddźwiękowy samolot pasażerski o napędzie turboodrzutowym. Drugi po Tu-144 naddźwiękowy pasażerski odrzutowiec. Jego dziewiczy lot odbył się w 1969 roku. Pierwsi pasażerowie wsiedli na jego pokład w 1976 roku. Wyprodukowano jedynie 20 egzemplarzy, które latały w liniach Air France i British Airways. Ze względów ekonomicznych, od października 2003 roku zaprzestano jego eksploatacji


12 maja 2017 r.

RMF 24: Chiny planują schwytanie asteroidy i umieszczenie jej na orbicie Księżyca

Wyjątkowy pomysł chińskich naukowców. Planują … schwytanie asteroidy. Chcą przy pomocy silników rakietowych zmienić kierunek jej lotu i wprowadzić ją na orbitę Księżyca.


Chiny planują rozpoczęcie wyjątkowego programu kosmicznego już w 2020 roku /NASA

O planach przedsięwzięcia pisze „South China Morning Post”. Chiny planują rozpoczęcie tego wyjątkowego programu kosmicznego już w 2020 roku. Pierwszym jego etapem ma być lądowanie na jednej z asteroid. Następnie z pomocą silników rakietowych chcą zmienić kierunek jej lotu i wprowadzić na orbitę Księżyca.

Asteroida orbitująca wokół ziemskiego naturalnego satelity ma następnie służyć jako dostarczyciel surowców. Chińczycy chcą z niej wydobywać cenne metale i minerały.

Szacuje się, że zanim jednak Chiny zdobędą możliwości technologiczne do prowadzenia wydobycia minerałów z asteroidy, może minąć nawet 40 lat.

Podobny program przechwycenia asteroidy ma także amerykańska NASA. Koszty idą w miliardy dolarów, ale oba światowe mocarstwa liczą na to, że w perspektywie kilkudziesięciu lat te nakłady zwrócą się z nawiązką.


8 maja 2017 r.

Pierwszy lot nowego odrzutowca pasażerskiego

Nowy chiński dwusilnikowy odrzutowy samolot pasażerski C919, który ma być konkurencją dla Boeinga 737 i Airbusa A320, odbył swój pierwszy lot, odkładany od roku 2014 co najmniej dwukrotnie ze względu na opóźnienia produkcyjne.


C919 ma być konkurencją dla Boeinga 737 i Airbusa A320 /AFP

Start maszyny z międzynarodowego portu lotniczego w Szanghaju transmitowała na żywo chińska telewizja państwowa. Lot trwał 80 minut, prowadząc najpierw na północ nad deltą rzeki Jangcy i następnie na południe wzdłuż wybrzeża morskiego na macierzyste lotnisko. Według państwowych mediów, C919 leciał na wysokości około 3 tys. metrów z prędkością od 290 do 300 kilometrów na godzinę. Na pokładzie była tylko złożona z pięciu osób załoga, w przewidzianej dla 158 do 168 podróżnych kabinie pasażerskiej nie zamontowano jeszcze foteli.

Komunikat chińskiego ministerstwa przemysłu głosi, że lot przebiegł pomyślnie i wszystkie systemy samolotu funkcjonowały prawidłowo.

C919 zbudowała chińska państwowa firma lotnicza COMAC (Commercial Aircraft Corporation of China). Napęd samolotu stanowią silniki produkowane przez konsorcjum CFM International, które współtworzą amerykański General Electric i francuski Safran. Zagraniczne firmy lub ich joint – ventures z partnerami chińskimi są także dostawcami znacznej części wyposażenia pokładowego, w tym zwłaszcza elektronicznego.

COMAC twierdzi, że ma zamówienia na łącznie 570 samolotów C919 od 23 różnych użytkowników, niemal wyłącznie chińskich. Jak wskazuje Reuters, w obecnej chwili Boeing i Airbus daleko wyprzedzają swego chińskiego konkurenta, jeśli chodzi o rozmiary sprzedaży, techniczne know-how i liczbę zamówień. C919 może potrzebować jeszcze trwających lata testów zanim otrzyma certyfikację nie tylko w Chinach, ale również w USA i w Europie.


C919 ma być konkurencją dla Boeinga 737 i Airbusa A320 /AFP


5 maja 2017 r.

Warp Drive – nowy projekt statku kosmicznego od NASA

Pomysł na stworzenie supernowoczesnego statku kosmicznego, zdolnego do podróżowania 10 razy szybciej od prędkości światła bez faktycznego przekroczenia jego prędkości – czy agencji kosmicznej uda się złamać prawa fizyki, budując taki pojazd?


Tak mógłby wyglądać statek kosmiczny korzystający z Warp Drive (wizja Marka Rademakera) /materiały prasowe

Opinie ekspertów co do powodzenia idei Warp Drive są podzielone. Część z nich ciągle prowadzi badania na realność powodzenia misji, natomiast większość z nich jest przekonana, że taka forma podróży w kosmosie jest po prostu niemożliwa na skutek podstawowych praw fizyki naszego wszechświata. Nad projektem pojazdu kosmicznego pracował artysta Mark Rademaker i wspomniany już Harold White. Rademaker twierdzi, że przy tworzeniu projektu spędził ponad 1600 godzin. Statek został nazwany IXS Enterprise, odnosi się to do konceptu jego idei, przekroczenia prędkości światła. Pomimo zachwycającego designu pojazdu kosmicznego ważniejszy jest jednak jego faktyczny sukces w postaci przekroczenia praw fizyki.

W 1994 r. fizyk Miguel Alcubierre zaproponował nowy rodzaj technologii, która pozwoliłaby nam podróżować 10 razy szybciej niż prędkość światła. Biorąc pod uwagę, że zgodnie z dominującą doktryną nic na świecie nie może podróżować szybciej niż prędkość światła, sugestia Miguela Alcubierre’a uchodzi za paradoks. Klucz do idei fizyka leży w tym, że statek nie będzie faktycznie poruszać się w przestrzeni. Zamysł nie polega na faktycznym rozpędzeniu statku do prędkości przekraczającej prędkość światła. Zamiast tego miałby posłużyć się deformacją czasoprzestrzeni korzystając z ogólnej teorii względności, by odkształcić wszechświat dookoła obiektu. Zasadniczo, gdy napęd statku jest aktywowany czasoprzestrzeń za nim rozszerza się, natomiast przed nim kurczy. W związku z tym, droga podróży staje się podobna do czasu swobodnego spadania. Na takiej zasadzie miałby działać Warp Drive.


. /materiały prasowe

Taka podróż wymagałaby ogromnej ilości energii, na co uwagę zwraca inny fizyk Sean Carrol: „W skrócie, wymagałoby to negatywnej gęstości energii. która nie została ściśle obalona, ale prawdopodobnie jest niemożliwa do osiągnięcia; całkowita ilość energii może być równa energii masowej z astrofizycznym ciała; a wytwarzane pola grawitacyjne prawdopodobnie rozdarłyby każdy statek na strzępy. Moje osobiste szanse na to, że kiedykolwiek będziemy zdolni wykorzystać technologię Warp Drive oceniam na mniej niż 1 proc., a szanse, że stanie się to w następnych stuleciach szacuję na mniej niż 0.01 proc.”

Gdyby jednak Warp Drive odniósł sukces można tylko wyobrazić sobie jego możliwości. Zważając na to, że podróż na najbliższą gwiazdę – Proxima Centauri zajmuje normalnie 17 000 lat, z technologią Warp Drive wynosiłaby już tylko 5 miesięcy. Ludzie martwiący się 10-godzinną podróżą samolotem pewnie i tak mają wrażenie, że to sporo, ale jeśli mówimy o olbrzymich odległościach między Ziemią a najbliższą jej gwiazdą 5 miesięcy należałoby uznać za przełomowe osiągnięcie. Dla porównania pamiętajmy też, że podróż z Ziemi na Marsa Curiosity zajęło 8 miesięcy.


1 maja 2017 r.

Pokłady zamrożonego metanu mogą zmienić klimat na Ziemi

55 mln lat temu nastąpiła ogromna eksplozja metanu, który został uwolniony do ziemskiej atmosfery. Naukowcy znaleźli blizny po tym zdarzeniu i ostrzegają, że coś podobnego może się zdarzyć także dziś.


Pęcherzyki metanu zamknięte pod lodem /©123RF/PICSEL

Naukowcy z Uniwersytetu w Calgary opisali gigantyczną eksplozję pęcherzy wypełnionych metanem, która wydarzyła się na Wyspie Ellefa Ringnesa. Opierając się na otaczających osadach uczeni odkryli głębokie blizny terenu, które pojawiły się w tym samym czasie, co datowane zdarzenie. Wspomniane blizny są najprawdopodobniej geologiczną pamiątką po prehistorycznej eksplozji metanu.

„Odkrycie 137 wczesnych kredowych depozytów węglanowym w Arktyce wskazuje obecność rozległego pola metanowego, które obejmuje obszar ponad 10 000 km2„, czytamy w opisie odkrycia.

Metan jest 23 razy silniejszym gazem cieplarnianym niż dwutlenek węgla. Emisja 100 kg metanu odpowiada emisji 2300 kg dwutlenku węgla, czyli tyle, ile spalenie 1000 litrów benzyny. Za każdym razem, gdy duże ilości metanu są uwalniane do atmosfery, prowadzi to do nagłego ocieplenia. Najbardziej znane zdarzenie z udziałem metanu miało miejsce 55 mln lat temu, kiedy gwałtowna eksplozja metanowych bąbli doprowadziło do rozpoczęcia nowej epoki geologicznej.


. /©123RF/PICSEL

Najnowsze badania wskazują, że eksplozja metanu miała miejsce w kredzie, gdy średnia globalna temperatura była o 9oC niższa niż dzisiaj. To prawdopodobnie metan uwolniony z bloków lodowych doprowadził do podwyższenia temperatury. Niedawno naukowcy odkryli ogromne pokłady zamarzniętego metanu ukryte w Ameryce Środkowej. Oznacza to, że podobne zdarzenie może wystąpić niespodziewanie, także dziś.

Metan jest wytwarzany przez określone typy bakterii, które uwalniają jego związki podczas produkcji energii. Wytwarzanie metanu biogenicznego jest naturalnym procesem, którego nie da się zatrzymać. Z powodu stopniowego wzrostu temperatur, niebezpieczne są jednak pokłady zamrożonego metanu, które stopniowo są rozpuszczane i uwalniane do atmosfery.

Wciąż nie wiadomo, jak wiele zamrożonego metanu dostało się w ostatnich latach do oceanów i atmosfery. Istnieje jednak spora szansa, że w najbliższym czasie, ten gaz będzie pogłębiał efekty globalnego ocieplenia.


1 maja 2017 r.

Czym jest tajemnicza zimna plama? Jest nowy pomysł

Największa znana nam pustka we wszechświecie może nie być tym, za co ją uważaliśmy.


Zimna plama to wcale nie superpustka? /materiały prasowe

Tzw. zimna plama to bardzo zimny obszar na mapie mikrofalowego promieniowania tła, które jest pamiątką po Wielkim Wybuchu. Obszar ten jest o 0,00015oC chłodniejszy od otoczenia. Takie odchylenie doprowadziło naukowców do wniosku, że zimna plama może być wywołana masywną superpustką, która rozciąga się na ok. 1,8 mld lat świetlnych. To uczyniłoby ten obszar największą znaną nam pustką, składającą się z ok. 20 proc. mniej materii niż reszta wszechświata. Według astronomów z Uniwersytetu w Durham, zimna plama wcale nie musi być superpustką.

Używając Teleskopu Angielsko – Australijskiego (AAT) astronomowie zbadali przesunięcie ku czerwieni (ang. redshift) 7000 galaktyk, które oddalają się od Ziemi w miarę postępowania ekspansji wszechświata. Z ich analiz wynika, że we wszechświecie nie ma superpustki, która byłaby w stanie wyjaśnić zimną plamę zgodnie z założeniami kosmologii.

Zamiast jednej superpustki, naukowcy sugerują, że zimna plama jest złożona z licznych mniejszych pustych przestrzeni, które są otoczone przez galaktyki. Astronomowie porównują tę strukturę do pęcherzyków mydlanych.

– Wykryte przez nas pustki nie mogą wyjaśniać zimnej plamy w rozumieniu standardowej kosmologii. Istnieje możliwość, by zaproponować niektóre nietypowe modele, ale nasze dane stwarzają silne ograniczenia w każdej próbie – powiedział Ruari Mackenzie, jeden z członków zespołu.


. /©123RF/PICSEL

Naukowcy szacują, że istnieje ok. 50 proc. szans, że zimna plama mogła pojawić się na skutek przypadkowych zmian w standardowej kosmologii. Ale zanim nie zostanie to potwierdzone, musimy szukać bardziej egzotycznego wyjaśnienia.

– Najbardziej ekscytujące jest to, że zimna plama mogła powstać w wyniku kolizji między wszechświatami – naszym i innym – powiedział Tom Shanks, jeden z autorów odkrycia.

Póki co, idea multiwersum jest tylko teorią, na potwierdzenie której nie mamy szans w najbliższych latach.


22 kwiecień 2017 r.

Dwa nowe materiały magnetyczne

Naukowcy stworzyli dwa nowe materiały o właściwościach magnetycznych. Dzięki nowo opracowanym materiałom magnetycznym możliwe będzie stworzenie precyzyjnych magnesów, które mogą znaleźć zastosowanie choćby w świecie elektroniki. Używając modelowania komputerowego, naukowcy szybko wyeliminowali 236 115 potencjalnie obiecujących materiałów, skracając listę związków do zaledwie 14.


Nowe materiały magnetyczne mogą zrewolucjonizować elektronikę /©123RF/PICSEL

– Przewidywanie magnesów jest niezwykle trudnym zadaniem, a odkrycie nowych materiałów jest bardzo rzadkie – powiedział Stefano Curtarolo z Uniwersytetu Duke’a.

Zaledwie 5 proc. znanych związków nieorganicznych wykazuje choćby szczątkowe właściwości magnetyczne. Naukowcy coraz częściej opracowują nowe substancje w laboratoriach. Najnowsze badania skupiły się na rodzinie materiałów o nazwie stopów Heuslera, składających się z trzech różnych elementów ułożonych w jednej z trzech struktur przestrzennych. Łącznie jest 236 115 możliwych konfiguracji.

Korzystając z modeli komputerowych potencjalnych prototypów, w których wzięto pod uwagę m.in. interakcje zachodzące między atomami i energię potrzebną do oddziaływań magnetycznych, szybko skrócono tę listę do 14 pozycji. Spośród nich dwa już zostały wytworzone.

W przypadku pierwszego nowego materiału – Co2MnTi -składającego się z kobaltu, manganu i tytanu, naukowcy byli w stanie dokładnie przewidzieć jego właściwości magnetyczne, w tym temperaturę Curie (temperaturę, w której substancja traci swój magnetyzm). Ta wynosi 938 K, bardzo blisko przewidywanych 940 K, co czyni ten materiał potencjalnie użytecznym w wielu zastosowaniach komercyjnych.

Drugi materiał magnetyczny – Mn2PtPd – składający się z manganu, platyny i palladu – okazał się antyferromagnesem, w którym elektrony są równomiernie ułożone. Oznacza to, że materiał ten nie ma własnego wewnętrznego momentu magnetycznego, ale jego elektrony reagują na zewnętrzne pole magnetyczne. Materiał ten może znaleźć zastosowanie w dyskach twardych, pamięci RAM czy urządzeniach do wykrywania pola magnetycznego.

Już wkrótce możemy znaleźć te materiały przyszłości w stosowanych na co dzień produktach, nawet nie będąc tego świadomym.


13 kwiecień 2017 r.

Aktywność hydrotermalna na Enceladusie

Dzięki misji Cassini oraz kosmicznego teleskopu Hubble udało się wykryć aktywność hydrotermalną na dnie oceanu Enceladusa. Ma to duże znaczenie dla poszukiwań życia poza Ziemią.


Artystyczna wizja sondy Cassini zbliżącej się do Enceladusa /NASA

Misja Cassini rozpoczęła się w 1997 roku, kiedy sonda, wraz z próbnikiem Huygens, rozpoczęła swoją podróż w kierunku Saturna, znanej z gigantycznego układu pierścieni oraz drugiej po Jowiszu największej planety Układu Słonecznego. W 2004 r. dotarła do celu stając się pierwszym sztucznym satelitą Saturna. Cassini będzie krążyć wokół niego do września tego roku, po czym nastąpi “wielki finał” tej misji.

Enceladus jest jednym z najbardziej fascynujących obiektów w naszym Układzie Słonecznym. Jest to mały księżyc o średnicy około 500 km (dla porównania – nasz Księżyc ma średnicę prawie 3500 km) w całości pokryty lodem. Co ciekawe, na powierzchni Enceladusa można zaobserwować stosunkowo niewiele kraterów. Sugeruje to, że powierzchnia księżyca jest dość młoda.

W 2005 r. sonda trzykrotnie przeleciała w pobliżu Enceladusa, co pozwoliło odkryć cienką atmosferę księżyca. W okolicach bieguna południowego zaobserwowano również zjawiska przypominające ziemskie gejzery, z których na powierzchnię wydostawała się para wodna i cząsteczki materii organicznej. Wskazywało to na występowanie pod powierzchnią księżyca wody w stanie ciekłym.


Aktywne gejzery Enceladusa – 28.10.2015 /NASA

Wodny świat

Łącznie sonda wykonała 22 przeloty nad Enceladusem (ostatni z nich – 19 grudnia 2015). Podczas przelotu z 28 października 2015 sonda Cassini zbliżyła się na odległość zaledwie 50 km nad południowym biegunem tego księżyca. Ten i inne przeloty pozwoliły m.in. na ustalenie, że zaledwie 5 km pod lodową skorupą Enceladusa znajduje się woda w stanie ciekłym, a łącznie gejzerów jest niemal sto. Udało się także ustalić, że ocean na Enceladusie ma charakter globalny. Głębokość oceanu na tym księżycu szacowana jest na około 25 – 35 km.

Pomimo, że Cassini już nie wykona kolejnych przelotów obok Enceladusa, wciąż pojawiają się nowe odkrycia. NASA ma ogłosiś na specjalnej konferencji wyniki najnowszych badań z misji Cassini, wspartych obserwacjami z kosmicznego teleskopu Hubble (HST). Z dostępnych przed konferencją informacji wynika, że na Enceladusie powstaje metan wskutek aktywności hydrotermalnej. Udało się także wykryć duże ilości wodoru, uciekającego z gejzerów tego księżyca. Oznacza to, że jakiś proces na dnie oceanu Enceladusa tworzy wodór. Ilość wykrytego wodoru w składzie materiału wyrzucanego przez gejzery wyraźnie sugeruje aktywność hydrotermalną na dnie księżyca.


Prawdopodobny przekrój przez strukturę wewnętrzną Enceladusa /NASA

Aktywność hydrotermalna na Enceladusie

Najnowsze odkrycia sugerują, że na Enceladusie powinny znajdować się strefy odpowiednie dla powstania i utrzymania życia. Naukowcy podejrzewali już od 2015 roku, że takie obszary występują na Enceladusie, jednak dopiero w zeszłym roku udało się zebrać i przeanalizować więcej danych. Oczywiście nie jest to równoznaczne z rzeczywistym zaistnieniem życia. Warto jednak zauważyć, że na dnie ziemskich oceanów występują obszary z aktywnością hydrotermalną. Te rejony można nazwać „oazami”, gdyż gęstość różnych form życia jest tam nawet o 100 tysięcy razy większa niż w pozostałych częściach dna głębin oceanicznych. Co więcej, jest możliwe, że na Ziemi życie powstało właśnie wokół takich obszarów hydrotermalnych, z uwagi obecność różnych związków chemicznych i pierwiastków oraz wyższą temperaturę wody. Podobna sytuacja wydaje się być dość prawdopodobna na Enceladusie.

Wokół źródeł hydrotermalnych można także znaleźć proste organizmy zwane ekstremofilami. Te organizmy są zdolne do przetrwania bardzo wysokiej temperaturze, przy pH bardzo oddalonym od neutralnego i przy obecności niewielkiej ilości związków oraz pierwiastków potrzebnych do życia. Czy takie organizmy skrywają się na dnie oceanu Enceladusa, blisko gorącego źródła hydrotermalnego? Te pytania póki co pozostaną bez odpowiedzi, gdyż po zakończeniu misji Cassini w najbliższych latach żadna agencja kosmiczna nie planuje przeprowadzić misji do Saturna i jego księżyców.


9 kwiecień 2017 r.

Stworzono sztuczną synapsę

Każdy mózg ma miliardy neuronów i biliony synaps, które w wyjątkowy sposób kształtują to, kim naprawdę jesteśmy. Teraz naukowcom udało się stworzyć sztuczne synapsy, które są zdolne do autonomicznego uczenia.


Czy stworzenie sztucznej synapsy to krok w stronę lepszej sztucznej inteligencji? /©123RF/PICSEL

Sztuczne synapsy, zwane także memrystorami, od dłuższego czasu stanowią obiekt badań naukowców zajmujących się sztuczną inteligencją. Stworzenie sztucznej synapsy oraz sprawienie, by funkcjonowała autonomicznie, stanowi pierwszy krok w stronę w budowy myślących maszyn. Teraz francuskim naukowcom wreszcie się to udało.

Za budowę memrystora odpowiada francuskie Krajowe Centrum Badań Naukowych (CNRS) oraz uniwersytety w Bordeaux, Paris-Sud i Evry. Pomysł stworzenia sztucznej synapsy nie jest nowy, po raz pierwszy został zilustrowany w latach 70. ubiegłego, a wykonany w 2008 r. Najnowsze badania wkraczają na znacznie wyższy poziom.

Ideą budowy memrystora jest stworzenie elektronicznego odpowiednika neuronów i synaps – biologicznego „okablowania”, które potrafi przetwarzać i przechowywać informacje. Synapsa to połączenie między dwoma komórkami nerwowymi, które otwierają lub zamykają się w zależności od docierających do nich impulsów nerwowych.

Do stworzenia sztucznej synapsy naukowcy wykorzystali ultracienką folię ferroelektryczną umieszczoną pomiędzy dwiema elektrodami, których oporność może być dostrojona za pomocą impulsów elektrycznych o różnym napięciu. Memrystor swoją plastyczność osiąga dzięki przewodności. Naukowcy stworzyli model urządzenia „pokazujący, że nanosynapsy ferromagnetyczne mogą autonomicznie uczyć się rozpoznawać wzorce w przewidywalny sposób, otwierając drogę do nieskrępowanej nauki w sieciach neuronowych”.

Prace francuskich naukowców przybliżają nas do poprawy szybkości, z jaką uczą się i adaptują sztuczne sieci neuronowe, m.in. wykorzystywane przez DeepMind czy AlphaGoogle. Wyniki badań zostały opublikowane w „Nature Communications”.


9 kwietnia 2017 r.

Asteroida zbliży się do Ziemi. Ostatnio była tak blisko 400 lat temu

Niebawem w pobliżu naszej planety znajdzie się stosunkowo duża asteroida. Obiekt od ponad 400 lat nie był tak blisko Ziemi.


Trajektoria asteroidy 2014_JO25

Już niedługo – 19 kwietnia – w stosunkowo niedużej odległości od Ziemi przeleci asteroida 2014 JO25. Między naszą planetą a obiektem będzie niespełna 1,8 miliona kilometrów, co jest równe 4,6 razy takiego dystansu, jak pomiędzy Księżycem a Ziemią.

Z powodu niewielkiej odległości asteroida została zaklasyfikowana jako „potencjalnie niebezpieczna”, jednak naukowcy z NASA zaznaczają, że nie stanowi dla nas zagrożenia i nie ma możliwości, żeby doszło do zderzenia.

Obiekt ma długość 650 metrów, jednak obecnie poza jego rozmiarami i trajektorią lotu nie wiadomo o nim zbyt wiele. Najprawdopodobniej jednak zmieni się to po zbliżeniu się asteroidy do Ziemi. Astronomowie na całym świecie chcą go obserwować 19 kwietnia, by dowiedzieć się o nim jak najwięcej.

Spotkania z asteroidami

Podobnego rodzaju ciała niebieskie dość często przelatują w pobliżu Ziemi, jednak bardzo rzadko zdarza się, że mijają ją w tak niewielkiej odległości. Obiekt tych rozmiarów lub większy zbliży się do Ziemi tak bardzo po raz pierwszy od 2004 roku, kiedy obok naszej planety przeleciała planetoida Toutatis, mająca prawie 5 km. Następna asteroida podobnych rozmiarów (nazwana 1999 AN10) znajdzie się w pobliżu Ziemi dopiero za 10 lat, w 2027 roku.

2014 JO25 zbliży się do Ziemi tak bardzo po raz pierwszy od ponad 400 lat. Następnym razem znajdzie się niedaleko naszej planety za co najmniej 500 lat.

Odkryta w 2014 roku

Asteroida 2014 JO25 została odkryta w 2014 roku przez astronomów z amerykańskiego programu badawczego Catalina Sky Survey, w ramach którego poszukiwane są komety i planetoidy bliskie Ziemi, stanowiące dla niej zagrożenie. Ośrodek znajduje się niedaleko Tucson w Arizonie.

Powierzchnia obiektu jest dwa razy jaśniejsza od Księżyca, co umożliwi obserwowanie go przez zwykłe teleskopy. Szansę zauważenia asteroidy na niebie będziemy mieć przez dwie noce od 19 kwietnia.


20 lutego 2017 r.

Na Ceres odkryto związki organiczne

Ceres wciąż zaskakuje naukowców. Teraz na powierzchni tej planety karłowatej krążąca wewnątrz pasa planetoid między orbitami Marsa i Jowisza odkryto związki organiczne. Skąd pochodzą?


Planeta karłowata Ceres jest bogata w związki organiczne /NASA

Międzynarodowy zespół naukowców zidentyfikował w północnej części Ceres, blisko krateru Ernutet, obszar bogaty w materiały organiczne. Obejmuje on powierzchnie ok. 1000 km2 i jest wręcz po brzegi wypełniony alifatycznymi atomami węgla.

Związki organiczne występujące na Ceres zawierają metan i kilka rodzajów typowych węglowodorów. Uważa się je za cząsteczki prekursorowe aminokwasów budujących wszystkie organizmy żywe, więc ich obecność na planecie karłowatej jest niezwykle istotna.

Alifatyczne związki węgla są stosunkowo kruche, więc ich detekcja na Ceres wskazuje, że faktycznie powstały na powierzchni planety i nie pochodzą z innego ciała niebieskiego. Hipotezę tę potwierdza fakt, że ich rozkład na Ceres jest nierównomierny.

Okazuje się, że planeta Ceres jest bogata w amoniak, węglany, sole i lód. W połączeniu ze związkami organicznymi, Ceres wydaje się być środowiskiem sprzyjającym do powstania prostych substancji prebiotycznych.

Odkrycie związków organicznych było możliwe dzięki ogromnym możliwościom VIRMS, spektrometru mapującego powierzchnię Ceres w świetle widzialnym i podczerwieni, zamontowanego na pokładzie sondy Dawn badającej właśnie opisywana planetę karłowata.


14 lutego 2017 r.

Zaobserwowano supernową 3 godziny po eksplozji

Astronomom udało się zaobserwować najwcześniejszą dotąd fazę supernowej – zaledwie trzy godziny po eksplozji.


Supernowa SN 2013fs zaobserwowana 3 godziny po eksplozji /materiały prasowe

Astronomowie z Weizmann Institute of Science w Izraelu zaobserwowali eksplozję – typ 2. supernowej wywołany przez śmierć czerwonego nadolbrzyma. Zjawisko miało miejsce w galaktyce NGC7610, w gwiazdozbiorze Pegaza, 166 mln lat świetnych od Ziemi. Światło z umierającej gwiazdy potrzebowało ponad 160 mln lat, by dotrzeć na naszą planetę, a 6 października 2013 r. przypadkowo wychwyciły ją nasze teleskopy.

Naukowcom zależy na analizie wczesnych faz eksplozji, dzięki którym można wiele powiedzieć o masywnych gwiazdach, z których powstają. Ponieważ jest jednak niezwykle trudno przewidzieć, gdzie dojdzie do eksplozji, supernowe obserwujemy zazwyczaj dopiero z kilkudniowym poślizgiem, gdy większość odłamków ulegnie rozproszeniu.

Do tej pory obserwacja supernowej w tydzień po eksplozji była uważana za duże szczęście. Nowo zaobserwowana supernowa otrzymała oznaczenie SN 2013fs.


28 stycznia 2017 r.

RMF 24: Wszechświat rozszerza się szybciej

Najnowsze pomiary szybkości rozszerzania się wszechświata nie do końca pasują do obecnej teorii – informuje miedzynarodowy zespół astronomów. Wyniki ich badań, opublikowane na łamach „Monthly Notices of the Royal Astronomical Society”, mogą wskazywać na istnienie tak zwanej „nowej fizyki”, wykraczającej poza obecnie obowiązujący model kosmologiczny, opisujący to, co do tej pory wiemy i rozumiemy.


Kwazar HE0435-1223, widoczny w czterech obrazach w związku ze zjawiskiem ogniskowania optycznego na leżącej przed nim galaktyce /materiały prasowe

Astronomowie uczestniczący w pracach międzynarodowego projektu H0LiCOW dokonali najnowszego pomiaru tzw. stałej Hubble’a, która określa prędkość rozszerzania się wszechświata. Wykorzystali w tym celu przede wszystkim teleskop kosmiczny Hubble’a, ale tez inne teleskopy kosmiczne i naziemne. Z ich pomocą obserwowali odległe galaktyki, które działają jako kosmiczne soczewki i zakrzywiają światło biegnące od leżących za nimi odleglejszych obiektów. W tym przypadku chodziło im o kwazary, obiekty, których jasność zmienia się w czasie.

Ponieważ kwazary nie zawsze były ustawione dokładnie za galaktykami, a gęstość owych galaktyk nie była jednorodna, powstające wskutek ogniskowania obrazy były wynikiem mniejszego lub większego zakrzywienia i ich błyski pojawiały się w różnych obrazach z różnym opóźnieniem. Na podstawie analizy tych opóźnień można było wyznaczać stałą Hubble’a. Zespół H0LiCOW określił jej wartość na 71,9 ± 2,7 kilometrów na sekundę na Megaparsek. To dobrze zgadza się z otrzymaną w ubiegłym roku przez inny zespół wartością 73,24 ± 1,74 km/s/Mpc, która jest wynikiem obserwacji supernowych i gwiazd zmiennych, zwanych cefeidami.

Obie te wartości odbiegają jednak znacznie od wyników pomiaru wykonanego w 2015 roku z pomocą satelity Europejskiej Agencji Kosmicznej Planck. Na podstawie pomiarów mikrofalowego promieniowania tła ustalono wtedy, że stała Hubble’a wynosi zaledwie 66,93 ± 0.62 km/s/Mpc. Megaparsek to wielokrotność astronomicznej jednostki odległości, równy w przybliżeniu 3,26 miliona lat świetlnych.

Zgodność wartości ogłoszonych w obecnym i minionym roku zwiększa wiarygodność tych pomiarów, ale to wartość stałej Hubble’a z 2015 roku zgadza się z obowiązującą teorią. Te najnowsze już nie bardzo. To może sugerować, że zaczynamy widzieć tak zwaną „nową fizykę”, zjawiska, które każą nam obecny model kosmologiczny zmienić. Fizycy i astronomowie na takie, nie pasujące do obecnej układanki dane czekali od dawna. Już zacierają ręce.


Pieć obserwowanych kwazarów. Widać ich pomnożone wskutek ogniskowania obrazy /materiały prasowe

„Stała Hubble’a pozwala astronomom mierzyć rozmiary i wiek wszechświata, mierzyć odległość od najdalszych obiektów, które możemy dostrzec” – mówi jeden z autorów pracy, prof. Chris Fassnacht z University of California w Davis. „Ta stała ma dla współczesnej astronomii znaczenie podstawowe” – dodaje szefowa zespołu H0LiCOW, dr Sherry Suyu z Max Planck Institute for Astrophysics w Niemczech. „Może dać nam odpowiedź na pytanie, na ile nasz obraz wszechświata, składającego się z ciemnej energii, ciemnej materii i normalnej materii, jest poprawny, czy czegoś fundamentalnego nie przeoczyliśmy” – mówi.

Strong Gravitational lensing

W myśl obecnie obowiązującej teorii, nie obserwowana przez nas tak zwana ciemna energia napędza proces rozszerzania się wszechświata, a niewidoczna ciemna materia grawitacyjnie oddziałuje ze zwykłą materią i światłem. Być może faktycznie czegoś jeszcze nie wiemy. Na wszelki wypadek zespół H0LiCOW chce się upewnić i zamierza przeprowadzić pomiary dla w sumie około 100 ogniskowanych kwazarów.

PS: Wyraźnie żartobliwa nazwa zespołu H0LiCOW, to skrót od H0 Lenses in COSMOGRAIL’s Wellspring.


15 stycznia 2017 r.

Księżyc starszy niż nam się wydawało

Naukowcy zbadali księżycowe próbki zebrane podczas misji Apollo 14 i odkryli, że nasz naturalny satelita uformował się zaledwie 60 mln lat po narodzinach Układu Słonecznego. To znacznie wcześniej, niż dotychczas sądzono.


Księżyc powstał 68 mln lat po narodzinach Układu Słonecznego /NASA

Według najnowszych badań, skorupa Księżyca zestaliła się 4,51 mld lat temu, co oznacza, że nasz naturalny satelita jest niemal tak stary, jak Ziemia. Srebrny Glob powstał w wyniku kolizji z ciałem niebieskim wielkości Marsa lub – zgodnie z najnowszymi doniesieniami – w wyniku kilku drobniejszych kolizji.

Dokładne oszacowanie wieku Księżyca może być kluczowe dla lepszego zrozumienia procesu uformowania planet skalistych w Układzie Słonecznym. Aby tego dokonać, naukowcy zmierzyli stosunek uranu do cyrkonu we fragmentach skał pobranych podczas misji NASA (m.in. Apollo 14). Przez miliardy lat, uran rozpada się na radioaktywny ołów, więc obliczenie stosunku między tymi pierwiastkami, może pomóc oszacować wiek Księżyca. Aby utwierdzić się w swoich obliczeniach, uczeni postanowili zbadać także stężenie hafnu w próbkach.

Okazuje się, że Księżyc powstał 68 mln lat po narodzinach Układu Słonecznego. Część naukowców nie zgadza się z tymi obliczeniami i sugeruje, że Srebrny Glob nie jest aż tak stary, a ok. 60 mln lat młodszy. Ale nawet, gdyby nasz naturalny satelita faktycznie powstał 120 mln lat po narodzinach Układu Słonecznego, byłby starszy od dotychczasowych obliczeń. Do niedawna obowiązywała teoria powstania Księżyca 150-200 mln lat po uformowaniu Układu Słonecznego.


6 stycznia 2017 r.

Lucy i Psyche – dwie nowe misje NASA

NASA wybrała dwie misje bezzałogowe w ramach programu Discovery: Lucy i Psyche. Celem obu wypraw są planetoidy. To będzie szalenie skomplikowane przedsięwzięcie.


Grafika prezentująca sondy Lucy i Psyche /materiały prasowe

Amerykańska agencja kosmiczna NASA realizuje planetarne misje bezzałogowe w kilku klasach. Największymi są klasy Flagship (np. Cassini) i New Frontiers (np. New Horizons). Mniejszą jest klasa Discovery, w której całkowity koszt projektu nie powinien przekroczyć 450 – 500 milionów dolarów.

4 stycznia NASA rozstrzygnęła trzynasty konkurs na misję Discovery. Wieloetapowa selekcja projektów trwała kilka lat. W pierwszej połowie 2015 roku NASA otrzymała aż 28 propozycji na misję tej klasy. Z tej puli NASA wybrała pięć projektów do dalszych studiów, które trwały przez kolejny rok. Wreszcie NASA ogłosiła zwycięzców, którymi zostali:

– Psyche, czyli wyprawa ku planetoidzie 16 Psyche. Jest to największa metaliczna planetoida, typ obiektu, który jeszcze nigdy nie został odwiedzony przez żadną misję kosmiczną.

– Lucy, która ma przelecieć obok sześciu planetoid trojańskich Jowisza. Ta misja łącznie mogłaby trwać aż 11 lat, gdyż ostatni przelot planowany jest na 2032 rok.

W finale odpadły dwie misje wenusjańskie oraz NEOCam – poszukiwanie planetoid i komet bliskich Ziemi. Start Lucy ma nastąpić w 2021 roku, zaś start Psyche – w 2023 roku.

Obie wybrane misje to „podróż do początków Układu Słonecznego”. Obie wyprawy będą badać obiekty, których nigdy wcześniej z bliska nie obserwowano. Przykładowo, planetoida 16 Psyche mogła być niegdyś jądrem większej planety, być może nawet wielkości Marsa – ten obiekt stracił swoje zewnętrzne warstwy wskutek serii kolizji we wczesnym Układzie Słonecznym.


/©123RF/PICSEL

Ponadto, NASA wybrała misję Imaging X-ray Polarimetry Explorer (IXPE) w ramach mniejszego programu Small Explorer (SMEX). Ten program to małe misje badawcze, których koszt nie jest większy od 120 milionów dolarów. Pomiędzy 1992 a 2013 rokiem NASA z sukcesem rozpoczęła 11 misji w ramach programu SMEX. Pięć z nich (RHESSI, AIM, IBEX, NuSTAR i IRIS) nadal zbiera dane.

Celem misji IXPE będą obserwacje spolaryzowanego promieniowania rentgenowskiego od gorącej plazmy krążącej blisko czarnych dziur czy gwiazd neutronowych. Naukowcy uważają, że obserwacje promieniowania od tej plazmy przyniesie odpowiedź na wiele zagadek związanych z tymi obiektami.

Małe bezzałogowe misje NASA, choć często „w cieniu” wielkich programów, takich jak Międzynarodowa Stacja Kosmiczna (ISS) czy wielka rakieta SLS, przynoszą dużą ilość ważnych danych naukowych o Układzie Słonecznym i wszechświecie. To częściowo dzięki misjom klasy Discovery nasza wiedza o wewnętrznym Układzie Słonecznym znacznie zwiększyła się od lat 90. XX wieku.


4 stycznia 2017 r.

Astronauci na Marsie zamieszkają w igloo?

NASA przedstawiła niezwykły projekt marsjańskich habitatów. Według najnowszych badań, miałyby one mieć postać nadmuchiwanych igloo.


Czy tak będzie wyglądał lodowy habitat NASA? /NASA

Pierwsza załogowa misja na Marsa już niebawem. Zanim NASA wyśle na Czerwoną Planetę astronautów, będzie musiała przygotować im odpowiednie warunki do pobytu. Jednym z głównych problemów jest stworzenie astronautom odpowiednich warunków do odpoczynku i życia, gdy nie będą przebywali na powierzchni planety.

Najnowszy pomysł amerykańskich naukowców zakłada stworzenie nadmuchiwanej kopuły pokrytej lodem. Takie rozwiązanie zapewni astronomom ochronę przed ekstremalnymi temperaturami i promieniowaniem wysokoenergetycznym.

Czym tak naprawdę jest „lodowy habitat”? Projekt nazwany oficjalnie Mars Ice Home nasuwa skojarzenia z igloo budowane przez Inuitów nieprzypadkowo. Zgodnie z planami NASA, nadmuchiwany budynek będzie w całości pokryty grubą warstwą lodu, który zapewni odpowiednią ochronę przed niekorzystnym marsjańskim środowiskiem.

– Mars Ice Home ma kilka zalet, które sprawiają, że jest to interesująca koncepcja. Jest lekki – może być transportowany i składany za pomocą prostych robotów, jeszcze przed przybyciem załogi na Czerwoną Planetę – powiedział Kevin Vipavetz z Centrum Badań NASA w Wirginii.

Głównym zadaniem Mars Ice Home jest ochrona astronautów przed promieniowaniem wysokoenergetycznym, które może przedostać się przez marsjańską atmosferę. Promieniowanie to może doprowadzić do uszkodzenia komórek, podnosząc ryzyko wystąpienia różnych postaci choroby popromiennej. Ponieważ lód jest bogaty w wodór, działa jak tarcza ochronna przez wspomnianym promieniowanie.

– Materiały, które utworzą Mars Ice Home będą musiały wytrzymać wiele lat użytkowania w trudnych marsjańskich warunkach środowiska. Będą musiały oprzeć się promieniowaniu wysokoenergetycznemu, promieniom UV, tlenowi atomowemu, nadchloranom, a także burzom piaskowym – powiedziała Sheila Ann Thibeault, badaczka NASA.

Lodowy habitat spełni prawdopodobnie rolę tylko czasowego schronienia dla astronautów. Będzie on już gotowy, gdy pierwszy człowiek postawi stopę na Czerwonej Planecie. Ale docelowo najlepszym rozwiązaniem jest stworzenie podziemnej kryjówki, która zapewni odpowiednią ochronę przed wszystkimi szkodliwymi elementami marsjańskiego środowiska.



Print Friendly, PDF & Email
www.pdf24.org    Send article as PDF