Pozostałe aktualności

6 marca 2016 r.

Rosyjski silnik jądrowy skróci lot na Marsa do 6 tygodni

Rosja chwali się silnikiem jądrowym dla statków kosmicznych i przekonuje, że dzięki niemu lot na Marsa będzie trwał zaledwie 6 tygodni – donosi serwis Russia Times.


Zdjęcie ilustracyjne /AFP

Rosyjska korporacja Rosatom zapewnia, że testy silnika ruszą już w 2018 roku. Jeśli potoczą się zgodnie z planem, to kosmiczne podróże czeka prawdziwy przełom, ponieważ lot na Czerwoną Planetę będzie trwał zaledwie 6 tygodni. Przy obecnych rozwiązaniach zająłby aż 18 miesięcy.

Rosja pracuje nad tą technologią od 2010 roku, ale dopiero teraz dokonano bardzo ważnego usprawnienia, dzięki któremu silnik umożliwi również manewrowanie, a nie tylko przyspieszanie.


14 lutego 2016 r.

Fale grawitacyjne namieszały w nauce. Podręczniki trzeba napisać od nowa

Czwartkowe odkrycie fal grawitacyjnych wywołało poruszenie w świecie naukowym, a już wkrótce wywoła rewolucję w astronomii. Rozwój tej dziedziny może doprowadzić do napisania od nowa podręczników astronomii, a na rynek wprowadzić wyrafinowane nowinki technologiczne. Spokojnie można też mówić o Nagrodzie Nobla dla odkrywców.

11 lutego świat obiegła wiadomość o istnieniu „zmarszczek czasoprzestrzeni”, czyli fal grawitacyjnych, które są wynikiem połączenia i eksplozji czarnych dziur 1,3 mld świetlnych od nas.

– Fale grawitacyjne są konsekwencją teorii względności, którą Einstein sformułował ponad 100 lat temu. Zgodnie z tą teorią masy np. dwie gwiazdy, które obracają się wokół wspólnego środka masy będą wytwarzać fale grawitacyjne. Te fale możemy sobie wyobrazić jako zmarszczki czasoprzestrzeni dlatego, że zgonie z teorią Einsteina grawitacja ma charakter geometryczny i może być opisana jako krzywizna czasoprzestrzeni – dodaje prof. dr hab. Piotr Jaranowski z Wydziału Fizyki Uniwersytetu w Białymstoku, który brał udział w odkryciu.

Nowa dziedzina astronomii

Według naukowca to przełomowe odkrycie może zrewolucjonizować świat nauki.

– Fale grawitacyjne mają ogromne znaczenie dla rozwoju naszego rozumienia wszechświata. W czwartek powstała nowa dziedzina astronomii, którą nazywa się astronomią fal grawitacyjnych. Chodzi o to, że do tej pory astronomowie dysponowali informacjami, które docierają do ziemskich urządzeń za pomocą promieniowania elektromagnetycznego. Natomiast promieniowanie grawitacyjne jest zupełnie innym rodzajem promieniowania, które dostarcza informacji takich, których za pomocą innych metod nie da się otrzymać – wyjaśnia prof. Jaranowski.

Nagroda Nobla

W odkryciu fal grawitacyjnych brało udział ok. 1300 uczonych z całego świata, w tym 9 Polaków.

– Wkład Polaków był dość istotny. Liderem polskiej grupy był prof. Andrzej Królak z Instytutu Matematycznego PAN, który wraz ze mną był autorem metod statystycznych za pomocą których ten sygnał był wykrywalny w szumie detektora – mówi naukowiec.

Czy za odkrycie należy się Nagroda Nobla?

– Jest to całkiem prawdopodobne, dlatego że to odkrycie jest początkiem. Wierzymy, że po tym odkryciu nastąpią kolejne. Detektory fal grawitacyjnych zaczną wykrywać wiele różnych sygnałów, pochodzących od różnych bardzo ciekawych obiektów w kosmosie. I może tak na prawdę za kilka lat podręczniki astronomii trzeba będzie napisać od nowa – opowiada prof. Jaranowski.

Fale grawitacyjne w praktyce

Efektu działania fal nie zobaczymy gołym okiem, trzeba do tego bardzo czułych detektorów. Do ich budowy wykorzystano bardzo wyrafinowane technologie. Naukowiec nie ma wątpliwości, że szybko znajdą one zastosowanie poza nauką.

Ponadto dopiero rozpoczynamy badania nad falami grawitacyjnymi, a kolejne odkrycia mogą mieć praktyczne zastosowania. Podobnie było z falami elektromagnetycznymi.

– Jesteśmy u progu badań falami grawitacyjnymi i kto wie, czy następne pokolenia nie znajdą dla nich jakiś praktycznych zastosowań – mówi naukowiec.


11 lutego 2016 r.

Zauważono „zmarszczki czasoprzestrzeni”, teoria Einsteina potwierdzona. Polacy współautorami przełomu w astronomii

– Po raz pierwszy udało się zaobserwować na Ziemi fale grawitacyjne – ogłosili w czwartek polscy uczestnicy międzynarodowych badań, które pokazały, że we wrześniu przez naszą planetę przeszły zmarszczki czasoprzestrzeni, ślad kosmicznej katastrofy.

Wyniki eksperymentu ogłoszono na konferencjach odbywających się równolegle w USA i we Włoszech. Swoją zorganizowała też w Warszawie Polska Akademia Nauk. W badaniach brali udział naukowcy z kilkunastu krajów – w tym z Polski. To badacze związani z eksperymentami przy detektorach LIGO w USA oraz Virgo we Włoszech – łącznie ponad 1300 osób (w tym 15 Polaków).

To pierwszy raz

14 września ub.r. dwa detektory amerykańskiego obserwatorium LIGO oddalone od siebie o 3 tys. km (jeden w Waszyngtonie, drugi w Luizjanie) zarejestrowały niemal jednocześnie sygnał fal grawitacyjnych pochodzących ze zderzającego się układu dwóch czarnych dziur.

– To pierwsza bezpośrednia rejestracja sygnału grawitacyjnego na Ziemi – powiedział prof. Andrzej Królak z Instytutu Matematycznego PAN w Warszawie i Narodowego Centrum Badań Jądrowych. Prof. Królak jest liderem polskiej grupy naukowców uczestniczących w tym projekcie.

Naukowiec zaznaczył, że choć samo zderzenie czarnych dziur trwało krócej niż mgnienie oka i nastąpiło ponad 1 mld lat temu, to było naprawdę potężne. Prędkość, jaką czarne dziury osiągnęły tuż przed zderzeniem, to połowa prędkości światła (150 tys. km/s). Pochodząca z tej kosmicznej katastrofy fala grawitacyjna podróżowała z prędkością światła przez Wszechświat i dopiero w zeszłym roku dotarła do Ziemi.

– Sygnał, jaki zarejestrowaliśmy, trwał zaledwie 0,12 sekundy, ale był niezwykle wyraźny i zgadzał się bardzo dokładnie z modelami przewidzianymi przez ogólną teorię względności Einsteina – powiedział prof. Królak. Dotychczas odnaleziono jedynie pośrednie dowody na to, że fale grawitacyjne – przewidziane w teorii Einsteina – istnieją i że również ten punkt sławnej teorii był zgodny z prawdą.

Przełom w astronomii

– Otwiera się przed nami nowa dziedzina astronomii – astronomia fal grawitacyjnych. Jesteśmy w przełomowym momencie – zwrócił uwagę Królak. Wyjaśnił, że dalsze badania nad falami grawitacyjnymi być może rzucą światło na to, co się dzieje w czarnych dziurach.

Amerykańskie detektory, które wykryły „zmarszczki” w czasoprzestrzeni, to monumentalne interferometry laserowe. Ich tunele mają kształt litery L, a każde z ich ramion ma po 4 km długości. We wnętrzu tych ramion biegnie światło lasera. W uproszczeniu chodzi o sprawdzanie z niezwykłą precyzją (do tysięcznych średnicy protonu), czy długość jednego ramienia instalacji zmienia się w stosunku do długości drugiego ramienia. Mogłoby się wydawać, że wyniki będą zawsze takie same. A okazuje się, że nie. Przechodząca przez Ziemię fala grawitacyjna – którą ciężko wychwycić, bo na chwilę odkształca całą czasoprzestrzeń wokół nas – może się zdradzić właśnie poprzez wyniki pomiarów w interferometrze. To właśnie zaobserwowano 14 września.

– Polacy w tym projekcie nie tylko nosili halabardę, ale odegrali poważniejszą rolę – skomentował wiceprezes PAN prof. Paweł Rowiński. Jak wymienił, zadaniami Polaków w projekcie była analiza danych uzyskanych z amerykańskich detektorów LIGO, prowadzenie badań źródeł astrofizycznych fal grawitacyjnych, budowa modeli sygnałów fal grawitacyjnych oraz udział w rozbudowie detektora Virgo (to interferometr, który znajduje się we Włoszech i pracuje ramię w ramię z detektorami LIGO. Na razie przechodzi renowację, ale otwarty będzie pod koniec tego roku).

Jak powiedział Rowiński, w projekcie uczestniczyli badacze z Instytutu Matematycznego PAN, Centrum Astronomicznego im. Mikołaja Kopernika PAN, Narodowego Centrum Badań Jądrowych, a także Uniwersytetów: w Białymstoku, Mikołaja Kopernika w Toruniu, Warszawskiego, Wrocławskiego i Zielonogórskiego.

W marcu 2014 r. inny zespół naukowców badających fale grawitacyjne zaliczył sporą wpadkę i ogłosił odkrycie fal grawitacyjnych bazując na błędnych interpretacjach. Wtedy wyniki pochodziły z zupełnie innego typu badań – obserwacji mikrofalowego promieniowania tła za pomocą teleskopu BICEP2. Z czasem okazało się, że w badaniach tych jest pomyłka (nie uwzględniono pewnych istotnych czynników). Rok temu publikację publicznie odwołano.


Radość uczniów Słowaka z odkrycia fal grawitacyjnych (Tobiasz Witalis Klasa 1 „c”)


30 stycznia 2016 r.

Ogólnopolski Konkurs Galilego – Fizyka

Zapraszam uczniów gimnazjum do wzięcia udziału w Ogólnopolskim Konkursie Galileo z fizyki. Konkurs odbędzie się 07-03-2016 r. Oprócz konkursu z fizyki w dniach 02-03-2016 r. – 08-03-2016 r. odbędą się również konkursy z języka polskiego, języka angielskiego, języka niemieckiego, historii, chemii, matematyki, przyrody, biologii i geografii.

Konkurs ma formę testu składającego się z 26 pytań. Do każdego pytania podane są 4 odpowiedzi, z których jedna jest prawidłowa. Konkurs z fizyki trwa 60 minut + 10 minut sprawy organizacyjne.

Informacje ogólne
  1. Konkurs odbywa się w dniu 07-03-2016 r.
  2. Czas trwania jest przez organizatora określony i nie może być przedłużany. Konkurs z fizyki trwa 60 minut + 10 minut sprawy organizacyjne.
  3. Wymaga się, żeby uczniowie z tych samych klas siedzieli oddzielnie, aby zapobiec niesamodzielnej pracy.
  4. Nauczycielom nie wolno jest udzielać pomocy uczniom, która miałaby na celu zasugerowanie poprawnej(ych) odpowiedzi.
  5. Uczniowie na konkurs przynoszą tylko niebieskie lub czarne długopisy. Wyjątek stanowi konkurs z matematyki, na który uczestnik przynosi dodatkowo własną kartkę do obliczeń i linijkę. (Zabrania się używania kalkulatorów!).
  6. Szkolny organizator konkursu przed rozpoczęciem konkursu przy uczniach odpieczętuje kopertę z testami z odpowiedniego przedmiotu i rozda je uczestnikom. Rozda także karty odpowiedzi, które są wspólne dla wszystkich przedmiotów i klas.
  7. Istnieje możliwość odbicia na xero testów dla dodatkowych uczestników. Z przyczyn technicznych nie należy kopiować kart odpowiedzi!
Wskazówki do prawidłowego przeprowadzenia konkursu
  1. Uczeń po otrzymaniu karty odpowiedzi wpisuje na niej drukowanymi literami własne imię i nazwisko oraz nadany kod szkoły.
  2. Następnie uczeń musi zamalować kółko przy nazwie przedmiotu, z którego pisze konkurs oraz przy odpowiednim numerze klasy.
  3. Zobowiązany jest także do zakodowania swojego imienia i nazwiska. Kodowanie odbywa się poprzez zamalowanie kółka pod odpowiednią literą dla imienia w sekcji Imię, dla nazwiska w sekcji Nazwisko. Pierwszą literę imienia (nazwiska) zaznaczamy w pierwszej linii kółek, drugą w drugiej, …, szóstą w szóstej, itd.
  4. Pamiętaj!!! Wszystkie informacje na karcie odpowiedzi (tj. przedmiot, klasa, zakodowanie imienia i nazwiska uczestnika oraz prawidłowe odpowiedzi na pytania) zaznacza się poprzez ZAMALOWANIE kółek.
  5. Do każdego pytania w teście podane są 4 odpowiedzi od A do D. Uczeń po wypełnieniu testu odpowiedzi musi przenieść na kartę odpowiedzi, ponieważ to ona stanowi dokument uczestnictwa i podlega ocenie. Na karcie odpowiedzi nie dopuszcza się wprowadzania poprawek i odpowiedzi tam udzielone są ostateczne.
  6. Wszystkie poprawne odpowiedzi zaznacza się poprzez zamalowanie kółka. Kółka puste odpowiadają odpowiedziom niepoprawnym.
  7. Jeśli uczeń chce wstrzymać się od odpowiedzi na wybrane pytania zamalowuje kółko w kolumnie brak odpowiedzi.
  8. Wśród podanych do pytań odpowiedzi tylko jedna odpowiedź jest prawidłowa. Ocenie podlega każda z możliwych odpowiedzi i za poprawnie zaznaczoną odpowiedź uczestnik otrzymuje 1 punkt, a za błędnie zaznaczoną (-1) punkt.
  9. Każdy uczeń przed konkursem otrzymuje tyle punktów, ile jest pytań. Za każdą poprawnie zaznaczoną odpowiedź dopisuje się do otrzymanej sumy 1 punkt, za niepoprawnie (-1) punkt. W najgorszym więc przypadku uczeń z całego testu może otrzymać 0 punktów, w najlepszym podwoić początkowy stan punktów.
  10. Po zakończeniu pisania konkursu, każdy uczeń wkłada swoją kartę odpowiedzi do zbiorczej koperty. Po oddaniu wszystkich kart szkolny organizator konkursu w obecności uczniów zakleja kopertę.
  11. Szkolny organizator konkursu zobowiązany jest do odesłania listem poleconym zaklejonych w zbiorczej kopercie kart odpowiedzi, protokołu oraz xero odcinka wpłaty. Wysłać testy i dokonać wpłaty należy najpóźniej do dnia 09-03-2016 r.
  12. Organizator zobowiązuje się przekazać wyniki do 27-04-2016 r. (Reklamacje można składać do 30-09-2016 r. – po tym terminie materiały konkursowe ulegają zniszczeniu).
  13. Organizator zastrzega sobie prawo do przeprowadzenia dodatkowego testu sprawdzającego w przypadku wyników wskazujących na brak samodzielnej pracy uczestników konkursu, a w szczególnie rażących przypadkach dyskwalifikacji szkoły.
Uwaga!!! Błędnie wypełniona karta odpowiedzi nie może być podstawą do reklamacji.

 
 
 

Pozostałe informacje znajdziesz na stronach:
 
Zakres tematyczny
 
Arciwum


25 stycznia 2016 r.

Zaproszenie na zajęcia oraganizowane przez Politechnikę Ślaską


20 stycznia 2016 r.

Świat nauki wstrzymuje oddech. Układ Słoneczny może być bogatszy o planetę

Okazało się, że Układ Słoneczny ma najprawdopodobniej nową dziewiątą planetę. 20 stycznia dwóch naukowców ogłosiło dowody na istnienie jeszcze niewidzianego ciała niebieskiego o rozmiarach zbliżonych do Neptuna, które okrąża Słońce co 15 tys. lat.


Dziewiąta planeta Układu Słonecznego – wizualizacja

Na początku istnienia Układu Słonecznego, około 4,5 miliarda lat temu, gigantyczna planeta oddaliła się od obszaru, w którym blisko Słońca Tworzyły się planety. Spowolniona przez gaz osiedliła się na odległej eliptycznej orbicie, gdzie znajduje się do dziś.

Planeta X

Od wielu lat trwają poszukiwania Planety X, hipotetycznej planety, znajdującej się w Układzie Słonecznym. Miałaby ona być jeszcze bardziej oddalona od Słońca niż Neptun. Wszystko zaczęło się w 1821 roku, kiedy francuski astronom Alexis Bouvard opracował tablice astronomiczne zawierające precyzyjne wyznaczenie orbity Urana (którego odkryto 40 lat wcześniej). Obserwacje jednak były rozbieżne z obliczeniami i badacz doszedł do wniosku, że ruch Urana jest zaburzony przez inną planetę. Inni uczeni wyznaczyli nawet miejsce, w którym powinno znajdować się tajemnicze ciało niebieskie i w ten sposób odkryto Neptuna. Jednak po jakimś czasie uczeni doszli do wniosku, że i jego ruch jest zaburzany i uznali, że w Układzie Słonecznym istnieje jeszcze jakaś planeta.

Poszukiwania nieznanej planety rozpoczął Percival Lowell, który nadał jej słynną nazwę Planeta X. Wśród kolejnych badaczy, którzy się tym zajmowali był m.in. Clyde Tombaugh, który w 1930 roku odkrył Plutona, planetę karłowatą. Jednak badania sondy kosmicznej Voyager 2 doprowadziły do tego, że wkrótce uznano, iż Planeta X nie istnieje.

Planeta 9

Choć od dawna poszukiwana Planeta X dla niektórych była jedynie historią „wyssaną z palca”, obecnie zdaje się, że istnieje ona naprawdę. Dwóch badaczy z California Institute of Technology (Caltech) w Pasadenie w Kalifornii ma na to dowody. Nowo odkryta Planeta 9, bo tak ją nazwano, ma masę około 10 razy większą niż Ziemia, a jej orbita jest około 20 razy bardziej oddalona od Słońca niż Neptun.

– Pełne okrążenie Słońca zajęłoby tej nowej planecie od 10 do 20 tysięcy lat – twierdzą naukowcy z Caltech.

Konstantin Batygin i Mike Brown nie widzieli Planety 9, ale inne badania doprowadziły ich na jej trop. Odkryli oni, że pewne obiekty w Pasie Kuipera, obszarze Układu Słonecznego rozciągającego się za orbitą Neptuna, mają orbity, które wskazują w tym samym kierunku. Po wielu obliczeniach i symulacjach komputerowych badacze doszli do wniosku, że to planeta i jej grawitacja kształtuje orbity tych obiektów.

– Nadal istnieje dość znaczny fragment naszego Układu Słonecznego, który jest do odkrycia, co jest bardzo ekscytujące – twierdzi Brown.

To na pewno planeta

Ośrodek badawczy Caltech jest pewny, że Planeta 9 jest na tyle duża, by była prawdziwą planetą, nie tak jak Pluton, który okazał się planetą karłowatą.

– Wszyscy, którzy byli źli, że Pluton nie jest planetą, mogą być podekscytowani tym, że istnieje prawdziwa planeta, która wciąż jest do odkrycia. Teraz możemy znaleźć tę planetę i sprawić, że układ słoneczny znów będzie miał ich dziewięć – mówi Brown, który odegrał znaczną rolę w „zdetronizowaniu” Plutona.

Choć orbita Planety 9 jest dziwnie i nienaturalnie wydłużona, można ją wyśledzić przez teleskop. Badacze chcieliby sami odnaleźć nową planetę, jednak będą także zadowoleni, jeśli zrobi to ktoś inny. W końcu to oni ją odkryli i być może zainspirują kogoś do poszukiwań.


1 grudnia 2015 r.

Sonda ExoMars 2016 gotowa do drogi

Thales Alenia Space informuje, że sonda ExoMars 2016 wkrótce opuści pomieszczenia „cleanroom” w siedzibie firmy w Cannes, gdzie trwają pracę nad ostateczną integracją oraz testami systemu. Obiekt zostanie przetransportowany do kosmodromu Bajkonur. Rozpoczną się tam przygotowania do wyniesienia na orbitę, obejmujące zaopatrzenie w paliwo, finalne testy funkcjonalne oraz sparowanie z rakietą nośną. Start misji ExoMars 2016 zaplanowany jest na marzec 2016 roku.


ExoMars jest pierwszą misją w ramach eksploracyjnego programu ESA Aurora /YouTube

Misja ExoMars jest wspólnym przedsięwzięciem Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) oraz Rosyjskiej Agencji Kosmicznej (Roscosmos) ze szczególną rolą Włoskiej Agencji Kosmicznej (ASI), która jest liderem projektu z ramienia państw członkowskich ESA. Włoska ASI wspólnie z Narodowym Instytutem Fizyki Nuklearnej (INFN) dostarczyła laserowy mikro-reflektor o nazwie INRRI (Instrument for landing-Roving laser Retroreflector Investigations). Program ExoMars jest realizowany przez europejskie konsorcjum przemysłowe zrzeszające 134 przedsiębiorstwa kosmiczne z państw członkowskich ESA pod przewodnictwem Thales Alenia Space Włochy.

ExoMars jest pierwszą misją w ramach eksploracyjnego programu ESA Aurora, składającą się z dwóch oddzielnych misji kosmicznych. Pierwsza, w 2016, będzie badać atmosferę Marsa i przetestuje skuteczność technologii niezbędnych do wejścia w atmosferę, opadania i lądowania. Perfekcyjne dopracowanie tych kluczowych faz jest warunkiem dalszej eksploracji Marsa. Misja w roku 2016 zapewni również przekaźniki komunikacyjne umożliwiające przekaz danych pomiędzy Ziemią a łazikami z kolejnych marsjańskich misji. Druga misja tego programu, zaplanowana na rok 2018, będzie opierać się na autonomicznym europejskim łaziku, który będzie pobierał próbki gleby na głębokości dwóch metrów, analizował ich skład chemiczny oraz parametry fizyczne i biologiczne.

Włoski oddział Thales Alenia Space jest głównym dostawcą przemysłowym ExoMars. W misji 2016 odpowiada za moduł EDM, czyli demonstrator lądowania (Entry, Descent and Landing Demonstration Module), podczas gdy Thales Alenia Space Francja zaprojektowała i zintegrowała orbiter TGO (Trace Gas Orbiter). Głównym wkładem Roscosmos, oprócz dostarczenia sprzętu, eksperymentów naukowych oraz wsparcia naziemnego, jest zbudowanie głównej części modułu lądownika ExoMars 2018, a także udostępnienie rakiety nośnej Proton dla obu misji.

Sonda, która dotrze na marsa w październiku 2016, składa się z orbitera TGO i modułu demonstratora lądowania EDM. EDM przyjął nazwę „Schiaparelli”, na cześć włoskiego astronoma Giovanniego Virginio Schiaparelliego, uważanego za jednego z najważniejszych włoskich astronomów XIX wiecznych i wiodącego badacza antycznej astronomii i historii.

„Dla Thales Alenia Space, rola lidera w wyjątkowym programie ExoMars i producenta orbitera oraz lądownika EDM służących eksploracji Marsa, jest wielkim technologicznym wyzwaniem i wyzwaniem dla możliwości umysłu ludzkiego” – powiedział Donato Amoroso, wiceprezes Thales Alenia Space. „By sprostać temu wyzwaniu, Thales Alenia Space wykorzystała ponad 40 lat doświadczenia w programach kosmicznych, w szczególności to płynące z zakończonej sukcesem misji Cassini/Huygens, która zrealizowała odważne zadanie lądowania na Tytanie, jednym z księżyców Saturna. Czerpaliśmy również z doświadczenia we wszystkich dotychczasowych europejskich projektów dedykowanych Marsowi, Wenus, komecie Czuriumow-Gierasimienko i w przyszłości Merkuremu”.

https://www.youtube.com/watch?v=TPxdBG0XATY


1 grudnia 2015 r.

Przebiegunowanie. Czy jest się czego bać?

W świecie naukowców krąży opinia, że Ziemia dąży do przebiegunowania, co jest następstwem słabnięcia pola magnetycznego. Ostatnio badacze odkryli, że jedynie „powraca ono do średniej”.


Oddziaływanie wiatru słonecznego na pole magnetyczne Ziemi

Gdyby nastąpiłoby przebiegunowanie, czyli zamiana miejsc biegunów północnego i południowego, Ziemia mogłaby stracić pole magnetyczne. W rezultacie Błękitna Planeta byłaby bez ochrony przed groźnym promieniowaniem słonecznym.

Brzmi strasznie. I choć niektórzy badacze twierdzą, że taki scenariusz jest możliwy, to najnowsze analizy naukowców z uniwersytetu w kanadyjskim Nowym Brunszwiku wskazują, że Ziemia nie zmierza w kierunku odwrócenia się biegunów.

Eksperci ogłaszający czarne scenariusze wyciągali wnioski z faktu, że pole magnetyczne Ziemi jest obecnie 10 procent słabsze od momentu, w którym zaczęto je badać, czyli od 1800 roku. W geologicznej przeszłości takie osłabienie poprzedzało zamianę biegunów. Jednak najnowsze badania sugerują, że osłabienie pola magnetycznego Ziemi jest czymś normalnym, a planeta jedynie dąży do „wieloletniej średniej”.

Skąd ta teza?

Specjaliści z Kanady odtworzyli wielkość pola magnetycznego na przestrzeni ostatnich pięciu milionów lat. Odkryli, że pole magnetyczne naszej planety dawniej było znacznie słabsze niż dotychczas sądzono – ustalono, że średnia moc pola magnetycznego Błękitnej Planety stanowi 60 procent wartości, jaką notujemy w dzisiejszych czasach. Wniosek stąd, że obecnie pole magnetyczne jest większe od średniej z pięciu milionów lat.

Widać słabnięcie

Naukowcy zbadali pole magnetyczne, przypatrując się skałom pochodzenia magmowego z Wysp Galapagos. Minerały budujące te skały reagują na energię magnetyczną, dlatego podczas zastygania magmy i tworzenia się kamieni stają się namagnesowane przez pole naszej planety. Z tego powodu wiemy, jaką siłę miało pole magnetyczne w odległych czasach oraz gdzie znajdowały się bieguny.

Obecnie pole magnetyczne jest stosunkowo silne, w porównaniu do zeszłych epok geologicznych. Pomaga to wyjaśnić, dlaczego ziemskie bieguny nie zamieniły się miejscami od 780 tysięcy lat. Przebiegunowanie średnio odbywa się raz na 250 tysięcy lat, a silniejsze pola są mniej skłonne do tego.

– Pole magnetyczne Ziemi po prostu wraca do długoterminowej średniej i dlatego słabnie – powiedział Dennis Kent z Uniwersytetu w New Brunswick, współautor badań. – Nie mamy się czego obawiać – dodał.


18 listopada 2015 r.

Najbardziej oddalony od Ziemi obiekt w Układzie Słonecznym

Astronomowie odkryli miniaturową planetę, która wydaje się być najodleglejszym obiektem w Układzie Słonecznym.


Pas Kuipera może skrywać tysiące miniaturowych planet/©123RF/PICSEL

O obiekcie oznaczonym jako V774101 wciąż wiadomo niewiele. Ma 500-1000 km średnicy i jest oddalony od Ziemi o ok. 16 mld km, czyli 3 razy dalej niż Pluton. Prawdopodobnie jest to planeta karłowata, ale V774101 jeszcze nie sklasyfikowano.

– Nie możemy sklasyfikować tego obiektu, bo nie znamy jego orbity. Odkryliśmy go kilka tygodni temu – powiedział Scott Sheppard z Carnegie Institution for Science.

Do tej pory najbardziej oddalonymi obiektami przypominającymi planetę w Układzie Słonecznym były Sedna i VP113. Oba obiekty są oddalone od Ziemi 80 razy bardziej niż Słońce. To i tak mniej niż V774101, który od naszej planety jest 103 razy dalej niż Słońce.

Zajmie rok zanim naukowcy dowiedzą się czy V774101 przelatuje w pobliżu Pasa Kuipera. Obszar ten zlokalizowany poza orbitą Neptuna zawiera najprawdopodobniej tysiące niezidentyfikowanych małych planet.

– Jeżeli V774101 nie znajdzie się w pobliżu Neptuna, to będziemy mieli do czynienia z obiektem,, którego orbita nie jest zakłócana przez wielkie planety. Pozwoli nam to zrozumieć dynamikę obiektów pochodzących spoza Układu Słonecznego – dodał Sheppard.

Niestety, odnalezienie wszystkich miniaturowych planet nie jest możliwe. Naukowcy porównują tego do szukania igły w stogu siana.


16 listopada 2015 r.

Samoloty będą nawigować na podstawie pulsarów

Niederlande Aerospace Laboratory (NRL) rozwija zupełnie nowy i być może przełomowy system nawigacyjny dla statków powietrznych. Ma on być oparty o detekcję pulsarów, obracających się gwiazd neutronowych, które w tym przypadku mają pełnić funkcję stałych radiolatarni.


Nawigacja za pomocą pulsarów działa podobnie jak ta z wykorzystaniem GPS/©123RF/PICSEL

Obecnie samoloty cywilne i wojskowe poruszają się przy użyciu systemów inercyjnych, które obliczają położenie samolotu na podstawie jego ruchu śledzonego od punktu startu. W użyciu są również systemy satelitarne GPS i GLONASS. Nowy system do określania pozycji statku powietrznego zakłada wykorzystanie pulsarów, których fale elektromagnetyczne docierają do Ziemi w różnych, ale stałych częstotliwościach .

Kluczową właściwością pulsarów jest to, że ich impulsy elektromagnetyczne mają unikalną i precyzyjną częstotliwość. Nawigacja za pomocą pulsarów działa podobnie jak ta z wykorzystaniem GPS, z tą tylko różnicą, że nie jest znana dokładna pozycja tych pulsarów. Lokalizacja samolotu jest oceniana na podstawie sygnałów z trzech pulsarów i zmiany częstotliwości pulsacji w związku z ruchem samolotu. Aby skorygować obliczenia, naukowcy planują wykorzystać oddzielny sygnał od pulsara i emisji z innego pulsara, która będzie wykorzystywana do korekcji czasu. Dokładność obliczeń ma być też korygowana za pomocą inercyjnych systemów nawigacyjnych.

Promieniowanie elektromagnetyczne pulsarów obejmuje dość szeroki, ustalony zakres i dociera konsekwentnie do niemal każdego punktu na Ziemi. Aby korzystać z tego systemu nawigacji nie trzeba też tworzyć nowej infrastruktury naziemnej jak ma to miejsce w przypadku wspomnianych systemów GPS i GLONASS. Zaletą korzystania z pulsarów do nawigacji jest nietykalność systemu dla intruzów. Pulsarów nie da się zakłócić, ani strącić.

Naukowcy doskonalą obecnie projekt przełomowej nawigacji i opracowują szereg rozwiązań technicznych, na przykład anten, które mogłyby być włączone do konstrukcji statków powietrznych. Trwa również rozwój coraz mniejszych i skuteczniejszych odbiorników promieniowania elektromagnetycznego emitowanego przez gwiazdy neutronowe. Niektóre zespoły pracują też nad poprawą algorytmów przetwarzania.


Kluczową właściwością pulsarów jest to, że ich impulsy elektromagnetyczne mają unikalną i precyzyjną częstotliwość /©123RF/PICSEL

Wygląda na to, że wkrótce może się pojawić nowa metoda pozycjonowania, która będzie mogła być użyta zarówno w projektach wojskowych jak i cywilnych. Być może z czasem technologia ta trafi również na rynek, bo chyba każdy chciałby mieć w aucie nawigację opartą o dokładne latarnie elektromagnetyczne jakimi są pulsary.


20 października 2015 r.

Konkursy z fizyki. Zgłoszenia do końca października

Pracownia Fizyki Pałacu Młodzieży w Katowicach zaprasza uczniów do udziału w konkursach i konferencjach naukowych, które są drogą do Międzynarodowej Konferencji Młodych Naukowców 2016. Prosimy o zapoznanie się z regulaminami konkursów.

Zgłoszenia do konkursów przyjmowane są przez specjalne formularze zgłoszeniowe na stronie www.gtguark.pl

Zgłoszenia do konkursów powinny być dokonane w następujących terminach:

  • do 27 października 2015r. – zgłoszenia na Ogólnopolską Konferencję Młodych Naukowców – zawody w języku polskim (Konkurs „Efekt Motyla”)
  • do 30 października 2015r. – zgłoszenia do XXXVIII Wojewódzkiego Drużynowego Turnieju z Fizyki o Puchar Dyrektora Pałacu Młodzieży
  • do 15 listopada 2015r. – zgłoszenia do XXII Ogólnopolskiego Konkursu na Pracę „Fizyka a Ekologia”

REGULAMINY.

Ogólnopolska Konferencja Młodych Naukowców
XXXVIII Wojewódzki Drużynowy Turniej z Fizyki o Puchar Dyrektora Pałacu Młodzieży
XXII Ogólnopolski Konkurs na Pracę „Fizyka a Ekologia


15 października 2015 r.

BARDZO WAŻNE INFORMACJE

Już w piątek będzie rozgrywana I sesja internetowego fizycznego konkursu First Step to Nobel Prize. Uczestnicy rywalizują o indeks Politechniki Łódzkiej oraz cenne nagrody rzeczowe. Jednak najważniejszym w tym konkursie jest systematyczne powtarzanie materiału do matury z fizyki. I sesja konkursu rozgrywana jest na platformie e-matura.p.lodz.pl już w piątek 16.10.2015 w godz.19.00-21.00 w domu u ucznia.

REGULAMINY

FIZYKA Regulamin fizyka
MATEMATYKA Regulamin matematyka


28 września 2015 r.

Na Marsie jest woda w stanie ciekłym. To przełomowe odkrycie.

Na Marsie istnieje słona woda w stanie ciekłym. Naukowcy z NASA poinformowali o tym w poniedziałek na specjalnej konferencji prasowej, którą poprzedziła publikacja artykułu na temat tego przełomowego odkrycia. Wszystko dzięki najnowszej bardzo szczegółowej mapie składu chemicznego powierzchni Czerwonej Planety, na której potwierdzono obecność soli.


Smugi na Marsie, które wskazują na obecność wody

Naukowcy z amerykańskiej agencji kosmicznej NASA okryli pierwszy dowód, który świadczy o istnieniu słonej wody, w stanie ciekłym na powierzchni Marsa.

Występuje ona w letnich miesiącach Czerwonej Planety.

Nie wiadomo, co jest jej źródłem

Na razie badacze nie są w stanie sprawdzić, co jest źródłem wody i jaki ma ona skład. Jednak jej odkrycie niesie wiele nadziei w związku z możliwością istnienia mikroorganizmów na powierzchni Czerwonej Planety.

– Myślałam, że nie ma już nadziei na obecność wody – mówiła Lujendra Ojha, główna autorka badań. – Jednak Mars wciąż kryje wiele tajemnic – dodaje.

Okrycie potwierdził również planetolog Alfred McEwen z Uniwersytetu w Arizonie. Jak twierdzi, na razie nie wiadomo, skąd pochodzą smugi.

Publikacja materiału

Przełomowe odkrycie opublikowano w naukowym czasopiśmie „Nature Geoscience” w poniedziałek 28 września. Poza tym tego samego dnia NASA zwołała konferencję w sprawie „rozwiązania tajemnicy” Marsa.

Poprowadzili ją Jim Green, dyrektor Nauk Planetarnych (NASA), Michael Meyer, główny naukowiec z programu Mars Exploration, Lujendra Ojha z Instytutu Technologicznego w Atlancie, Mary Beth Wilhelm z centrum NASA Ames Research, Alfred McEwen, główny badacz z High Resolution Imaging Science Experiment.

Internauci mogli zadawać pytania używając hasztagu #AskNASA.

Penetracja Czerwonej Planety

Od przesłania pierwszych zdjęć Marsa na Ziemię minęło 50 lat. W 1965 roku wykonała je sonda Mariner 4, która przeleciała w nieopodal Czerwonej Planety. Przez kolejne lata światowe agencje kosmiczne prześcigały się w próbach eksploatacji Marsa.

Na początku XXI wieku w pobliżu Marsa znalazły się już orbitery, łaziki i lądowniki, które do tej pory są trakcie misji i dostarczają cennych danych.

Po powierzchni Czerwonej Planety wędruje m.in. łazik Opportunity, który ponad 11 lat pokonał ponad 42 kilometry. Jego zadaniem jest m.in. poszukiwanie i analiza składu marsjańskich skał. W trakcie swojej misji łazik natknął się na meteoryty Heat Shield Rock, Block Island, Shelter Island, Oilean Ruaidh.

Podczas swojej wędrówki wykonał już sporą serię zdjęć, które pokazują, jak wygląda powierzchnia naszego planetarnego sąsiada.

Marsa od 6 sierpnia 2012 roku penetruje również łazik Curiosity. Misja Curiosity rozpoczęła się jeszcze w 2011 roku, kiedy to pod koniec listopada rakieta z łazikiem wystartowała z Przylądka Canaveral. Urządzenie przygląda się powierzchni Czerwonej Planety pod względem możliwości utrzymania się na niej życia organicznego. W dniu 16 kwietnia 2015 roku łazik przekroczył 10 km łącznej jazdy licząc od jego lądowania na planecie.


19 września 2015 r.

Nowe zdjęcie zachodu słońca na Plutonie odsłoniło kolejne tajemnice


Zachodzące słońce na Plutonie /NASA

Amerykańska Agencja Kosmiczna udostępniła nowe zdjęcie Plutona. Fotografia została wykonana 14 lipca przez przelatującą w pobliżu sondę New Horizons. Zdjęcie, które dotarło do Ziemi 13 września, przedstawia niesamowity krajobraz Plutona, podświetlonego przez zachodzące słońce.

– To zdjęcie sprawia, że czujesz się, jakbyś był na Plutonie – powiedział Alan Stern, badacz pracujący przy misji New Horizons. – Zdjęcie przedstawia nieznane dotąd szczegóły atmosfery, gór, lodowców i równin Plutona – dodaje.

Pogoda na Plutonie

Zapierający dech w piersi widok przedstawia obszar rozciagający się na 1 250 km. Na zdjęciu widzimy część „serca” Plutona, które otoczone jest górami lodowymi. Na obszar ten naukowcy natrafili 7 lipca. Kamera zamieszczona na New Horizons z odległości 8 mln kilometrów wykonała fotografię, na której widać różniące się odcieniami obszary. Jaśniejszy swoim kształtem przypomina serce. Naukowcy szacują, że średnica tego terenu ma średnicę 2 tys. km. Region nazwono Tombaugh na cześć odkrywcy Plutona.

Wcześniejsze dane wykazały, że atmosfera bogata jest w azot. Na najnowszym zdjęciu widać kilkanaście warstw tworzących cienką i mglistą atmosferę, sięgającą 100 km. Według badaczy na Plutonie – podobnie jak na Ziemi – może zmieniać się pogoda.

Cykl hydrologiczny na Plutonie

Naukowcy uważają, że śnieg, który znajduje się na Plutonie, w rzeczywistości jest azotowym lodem. Najnowsze zdjęcia dostarczają również dowodów na to, że na Plutonie występuje cykl hydrologiczny, podobny do tego na Ziemi. Jednak zamiast zamarzniętej wody jest azotowy lód. „Serce” Plutona zbudowane jest z tego plutonowego śniegu. Obszar ten wystawiany jest na promienie słońca. Gdy robi się cieplej, azot paruje. Następnie na powierzchnię Plutona, w okolicznych górach opada w postaci śniegu. Do „serca” powraca w postaci płynących rzek azotowego lodu.

– Nie spodziewaliśmy się, że rozpoznamy cykl hydrologiczny na Plutonie, w zewnętrznej części Układu Słonecznego – powiedział Alan Howard, geolog i geofizyk z Uniwersytetu Wirginia.

Co kryje się na Plutonie?

Te zdjęcie to tylko część tego, co jeszcze przed nami. New Horizons będzie jeszcze przez 12 miesięcy przesyłał na Ziemie dane. Kto wie, co jeszcze przed nami?

Do tej pory uważane za niedynamiczne i pozbawione aktywności ciało niebieskie bardzo podobne jest do Ziemi.


Panorama Plutona o zachodzie słońca /NASA


12 września 2015 r.

Sonda LISA Pathfinder gotowa do startu

Już wkrótce start sondy LISA Pathfinder. Ma ona pomóc naukowcom rozwikłać tajemnicę fal grawitacyjnych.


Sonda LISA Pathfinder może rozwiązać tajemnice fal grawitacyjnych /materiały prasowe

Fale grawitacyjne to przemieszczające się z prędkością światła zmarszczki w czasoprzestrzeni. Mimo iż ich istnienie przewidział 100 lat temu Albert Einstein, to o falach grawitacyjnych wciąż wiadomo niewiele. Nadal nie udało się ich bezpośrednio zarejestrować, choć wszechświat powinien być nimi wypełniony.

Fale grawitacyjne są trudne do detekcji z Ziemi, gdyż przeszkadza w tym grawitacja naszej planety. Dlatego dobrym pomysłem jest wysłanie w kosmos sondy, wyposażonej w niezwykle czułą aparaturę. LISA Pathfinder będzie w stanie wykryć różnicę w grawitacji na poziomie milionowej milionowych części metra na odcinku o długości miliona km.

Mimo iż sonda LISA Pathfinder nie została jeszcze wyniesiona na orbitę, to ESA już planuje kolejną generację kosmicznego detektora na 2034 r.


24 sierpnia 2015 r.

New Horizons – podsumowanie dotychczasowej misji

New Horizons przeleciała obok Plutona. Kilkadziesiąt godzin misji diametralnie zmieniło nasze postrzeganie tej niewielkiej planety karłowatej.


Pluton z 14 lipca 2015 roku, z odległości około 450 tysięcy km. Na środku widoczne Tombaugh Regio /NASA

19 stycznia 2006 roku sonda New Horizons rozpoczęła swój lot do Plutona, osiągając jednocześnie największą prędkość ucieczki spośród wystrzelonych przez człowieka obiektów. Zaledwie 13 miesięcy później NH przeleciała obok Jowisza, wykorzystując efekt grawitacyjny do przyspieszenia i skrócenia o lata czas przelotu do Plutona. Na dzień przelotu wyznaczono 14 lipca 2015 roku. Ostatni nieznany “ląd” w Układzie Słonecznym doczekał się w końcu uwagi ziemskich odkrywców.

Zanim jednak NH zdążyła zbliżyć się do Plutona, kosmiczny teleskop Hubble dokonał kolejnych zdumiewających odkryć. Wykryto nowe księżyce: Nix, Hydra, Kerberos oraz Styx, przy czym ostatni księżyc odkryto zaledwie trzy lata temu. To także Hubble na wiele lat określił nasze postrzeganie Plutona, jako odległej planety, pokrytej zagadkowymi plamami oraz różnicami w jasności jego powierzchni. Wizję tę zmieniła dopiero misja NH w lipcu 2015 roku.

Przez większość lotu NH była w stanie elektronicznej hibernacji, przerywanej co kilka miesięcy z uwagi na diagnostykę instrumentów pokładowych. Ostatni stan hibernacji zakończył się 7 grudnia 2014 roku w odległości 260 mln kilometrów od Plutona. Wybudzenie sondy nastąpiło bez problemów, a miesiąc później rozpoczęły się intensywne obserwacje naukowe.

Wstęp do sukcesu

Pierwsza faza obserwacji naukowych rozpoczęła się 6 stycznia 2015 roku i zakończona została 4 kwietnia. Pod jej koniec NH znajdowała się w odległości około 120 mln kilometrów od Plutona. Druga faza zbliżenia zakończyła się 23 czerwca, gdy NH była już w odległości około 26 mln kilometrów od celu. Wówczas obrazy Plutona były już znacznie lepsze od uzyskiwanych przez kosmiczny teleskop Hubble, jednak wciąż wielkość planety nie przekraczała kilkunastu pikseli. Trzecia faza zbliżenia zakończyła się 13 lipca, kiedy sonda znajdowała się w odległości około 1,2 mln kilometrów, co odpowiada trzykrotnemu dystansowi pomiędzy Ziemią a Księżycem.

Największe zbliżenie

Główna faza przelotu obok Plutona nastąpiła pomiędzy 13 a 15 lipca. Wówczas NH przebywała w odległości mniejszej niż 1,2 mln kilometrów od celu swojej misji. Moment największego zbliżenia do Plutona nastąpił 14 lipca około godziny 13:50 CEST. Wówczas sonda znalazła się 13500 kilometrów od powierzchni Plutona, 29500 kilometrów od księżyca Charona, około 22000 kilometrów od księżyca Nix i 77600 kilometrów od księżyca Hydra.

W trakcie przelotu NH nie utrzymywała kontaktu z Ziemią. Pierwszy „ping” od sondy NH, świadczący o dobrym stanie technicznym po przelocie obok Plutona, został odebrany na Ziemi ponad 13 godzin po fakcie, czyli 15 lipca tuż przed 3 rano czasu CEST (a wysłany około 4 godzin i 25 minut wcześniej). Następnie sonda przesłała na Ziemię pierwsze (skompresowane stratnie) zdjęcia oraz wyniki obserwacji.

Okazało się, że pomimo olbrzymiej odległości od Słońca i skrajnie niskich temperatur, Pluton pozostał światem aktywnym, posiadającym stosunkowo młodą, niezwykle zróżnicowaną powierzchnię, która nie zawiera dużej ilości wyraźnie zarysowanych kraterów. Innymi słowy, Pluton okazał się światem tak samo żywym, jak krążący wokół Saturna Enceladus czy Europa krążąca wokół Jowisza. Jednak należy zaznaczyć, że mechanizm utrzymujący te procesy w ruchu musi być zupełnie inny. Układ Pluton-Charon nie podlega bowiem działaniu pływów – oba ciała obiegają się wzajemnie będąc zawsze skierowane ku sobie tą samą stroną, przy czym orbita Charona jest według wszelkich dotychczasowych pomiarów kołowa.

Mechanizm napędzający żywą geologię Plutona do tej pory pozostaje nieznany, chociaż zakłada się, że może być za to odpowiedzialny relatywnie ciepły ocean wody, skrywający się pod powierzchnią planety. Może on istnieć dzięki przejęciu energii z rozpadu materiałów promieniotwórczych z jądra tej planety. Procesy geologiczne Plutona są na tyle potężne, aby być w stanie wypiętrzyć ogromne, złożone głównie z lodu wodnego, masywy górskie na wysokość przekraczającą trzy tysiące metrów.

Zdjęcia przesłane przez sondę wskazują także na występowanie przemieszczającego się materiału na powierzchni planety. Sposób jego przemieszczania jest najprawdopodobniej zbliżony do zachowania lodu wodnego, wypływającego z ziemskich lodowców. Chociaż w tak odległym miejscu Układu Słonecznego jest to lód niezwykle egzotyczny, będący głównie zestalonym azotem (ale także metanem oraz tlenkiem węgla). Tworzy on część nowo odkrytych formacji, a zwłaszcza „serce Plutona” pokryte specyficznym rodzajem lodu i śniegu, znajdujących się w regionie nazwanym Tombaugh Regio – od nazwiska odkrywcy Plutona. To właśnie Tombaugh Regio jest prawdopodobną odpowiedzią na ponad 60- letnią zagadkę jasnej plamy na Plutonie, którą dopiero misja NH była w stanie zidentyfikować, poprzez zdjęcia z odpowiednią rozdzielczością. Wszystkie zebrane przez sondę dowody wskazują na to, że przynajmniej część powierzchni Plutona ma nie więcej niż 100 milionów lat, a prawdopodobnie jest znacznie młodsza. To bardzo niewiele jak na świat, który do tej pory uważaliśmy za zastygły kawałek lodu na granicy „cywilizowanej” części Układu Słonecznego.

Interesująca jest także relacja pomiędzy młodą, jasną powierzchnią Sputnik Planum (fragment powierzchni będący częścią Tombaugh Regio), złożoną właśnie z egzotycznego lodu, a ciemniejszymi regionami Cthulhu Regio, które wydają się o wiele starsze – prawdopodobnie stanowią najstarsze struktury geologiczne na powierzchni Plutona. W rejonie granicznym pomiędzy tymi formacjami widoczne są bowiem zerodowane kratery, częściowo wypełnione jasnym materiałem. Istnienie tego zjawiska może sugerować jakiś mechanizm transmisji materiału – być może na zasadzie przemieszczającego się lodu lub innych wypływów, tworzących właśnie tego typu formację sedymentacyjną wewnątrz istniejących wcześniej zagłębień.

Kolejnym intrygującym fragmentem powierzchni są także wielokątne struktury 20-30 kilometrowej szerokości, znajdujące się na jasnej powierzchni Tombaugh Regio. Mogą one świadczyć zarówno o aktywnych procesach geologicznych występujących wewnątrz planety, które napędzają zmiany na jej powierzchni, jak i być rezultatem ochładzania się i kurczenia samej lodowej pokrywy – procesu nieco przypominającego mechanizmy funkcjonujące na Księżycu, pochodzące z czasów, gdy po uformowaniu zaczął się on powoli ochładzać.

Niezwykła atmosfera Plutona

Również atmosfera Plutona okazała się być niespodzianką, rozciągając się znacznie dalej, niż zakładały to modele matematyczne z zaćmień. Analiza tego, w jaki sposób jasność gwiazdy wygasa podczas takiego przejścia, pozwala na wyznaczenie profilu atmosferycznego badanego ciała. W przypadku Plutona, krzywa jasności gwiazdy zmieniała się relatywnie powoli, co wskazywało na istnienie pewnej atmosfery tej planety. Jej bardziej precyzyjny skład określiła misja NH – pokazując, że atmosfera wykazuje zmiany w zależności od wysokości nad powierzchnią. W najdalszych regionach składa się niemal wyłącznie z azotu, a im niżej, tym pojawiają się coraz wyraźniejsze warstwy charakterystyczne dla węglowodorów – etylenu i acetylenu – powstałe w wyniku rozpadu metanu, sublimującego z powierzchni pod wpływem promieniowania ultrafioletowego pochodzącego ze Słońca. Ten sam wiatr słoneczny kształtuje również charakterystyczny, gazowy ogon, przypominający nieco kometarny, złożony z wywiewanego z Plutona w dużych ilościach azotu. Szacuje się, że w ciągu godziny ubywa go około pięciuset ton, co jest wartością bardzo dużą dla tak niewielkiego obiektu. Dotychczasowe modele sugerowały wielkości czterokrotnie mniejsze.


Zdjęcie atmosfery Plutona, wykonane już po przelocie /NASA

Wyjaśniło się także, że choć w ostatnich latach zmierzone (obserwacyjnie z Ziemi lub z orbity) ciśnienie atmosferyczne Plutona rosło, to w momencie przelotu okazało się być znacznie niższe niż zaledwie dwa lata temu. Czy na Plutonie następuje obecnie jakaś dramatyczna zmiana, której efektem jest zmiana ciśnienia atmosferycznego?

Część z obrazów powierzchni może nawet wskazywać na występowanie wiatrów w atmosferze Plutona lub pewnej interakcji pomiędzy sublimującym materiałem z powierzchni, a wiatrem słonecznym, wytwarzającym istotne różnice w albedo powierzchni planety. Być może jest to zjawisko nieco zbliżone do tego, co zaobserwowano na powierzchni Trytona, największego księżyca Neptuna, gdzie jest to efekt kriowulkaniczny, połączony z oddziaływaniem wiatru słonecznego.

Obserwacje Charona

Sonda NH obserwowała także największy księżyc krążący wokół planety. Układ Pluton-Charon nie bez przyczyny nazywano bowiem “planetą podwójną”. Różnica mas pomiędzy tymi ciałami jest na tyle niewielka, że obiegają się wzajemnie wokół wspólnego środka masy, który wypada już w przestrzeni kosmicznej pomiędzy tymi obiektami. Misja NH mogła zatem zbadać nie tylko Plutona, ale także innego przypuszczalnego przedstawiciela obiektów Pasa Kuipera – Charona.

W porównaniu do Plutona, Charon, który jest mniej więcej o połowę od niego mniejszy, okazał się obiektem zaskakująco odmiennym, ciemniejszym, złożonym głównie z lodu wodnego i skał. Wydaje się jednak, że Charon w niektórych miejscach może mieć młodą powierzchnię, która wskazywałaby na funkcjonowanie jakichś procesów geologicznych. Być może również Charon jest obiektem nadal geologicznie aktywnym.

Nawet jeśli ta aktywność obecnie zmalała lub nawet przestała kształtować powierzchnię księżyca, to w przeszłości Charona z pewnością musiały zaistnieć procesy, które doprowadziły m.in. do powstania olbrzymich klifów, w niektórych miejscach głębokich na ponad osiem kilometrów. W tym nie aż tak głęboki, ale za to długi na 900 kilometrów wąwóz, przebiegający przez środek tego księżyca. Inną niezwykłą strukturą okazała się formacja leżąca w przypominającym nieco krater zagłębieniu powierzchni, ale będącą jednocześnie górą, którą nazwano Kubrick Mons. Powstanie tego zagadkowego tworu jest trudne do wyjaśnienia w obrębie istniejących procesów geologicznych i stanowi nie lada wyzwanie dla naukowców.


Charon – zdumiewająco odmienny w porównaniu z Plutonem /NASA

Innym ciekawym obszarem na jego powierzchni jest Mordor Macula, region o ciemniejszej barwie, który do tej pory wymyka się identyfikacji – być może jest miejscem gdzie zbiera się materiał pochodzący z Plutona, ale może to być również jakaś pozostałość basenu uderzeniowego lub jeszcze inna formacja geologiczna.

Tajemnicze księżyce

Niejako przy okazji, NH mogła także zobrazować niewielkie księżyce Plutona, o których dotychczas nie było żadnych pewnych wiadomości. Nawet ich wielkość była zagadką, ponieważ opierano się jedynie na zaobserwowanej jasności i barwie powierzchni, szukając analogii. W praktyce oznaczało to, że margines błędu dla ich wielkości był bardzo duży.

Sonda podczas przelotu przez system Plutona wykonała najlepsze jakie tylko się dało zdjęcia księżyców Nix i Hydra, z dokładnością nieosiągalną dla jakiegokolwiek urządzenia znajdującego się na Ziemi lub w bliskiej przestrzeni kosmicznej. Nix okazała się ciałem o około 25 proc. ciemniejszym od Hydry i nieco mniejszym – ma około 42 na 36 kilometrów. Prawdopodobnie na powierzchni tego księżyca istnieją kratery, a jeden z nich jest na tyle ogromny, że prawdopodobnie został zarejestrowany na zdjęciu wykonanym z odległości 165 tysięcy kilometrów, gdzie widnieje jako rozmyty obraz przypominający oko.


Księżyce Nix i Hydra /NASA

Hydra tymczasem okazała się nieznacznie większa, posiadając wymiary mniej więcej około 55 na 40 kilometrów. Ciekawostką Hydry są nieregularności w jasności jej powierzchni, co może wskazywać na różnice w materiale występującym na powierzchni tego księżyca, chociaż nie wiadomo, czy byłby to efekt powiązany z systemem Pluton-Charon, czy też może po prostu rezultat procesów, które ukształtowały Hydrę.

Pozostałe dwa małe księżyce – Styx oraz Kerberos – dotychczas nie doczekały się publikacji zdjęć wykonanych podczas fazy bliskiego przelotu. Być może nie były one priorytetem lub ich zdjęcia dopiero zostaną sprowadzone na Ziemię w kolejnych sesjach komunikacyjnych. Jednakże nawet wtedy nie należy spodziewać się rewelacji – oba obiekty są tak małe i znajdowały się na tyle daleko, że ich rejestracja byłaby bardzo trudna, a wielkość na zdjęciach byłaby formatu pojedynczych pikseli. Dla naukowców te kilka pikseli pozwoli jednak na wyznaczenie wielu podstawowych cech tych księżyców.

Zaledwie kilkadziesiąt godzin przelotu w pobliżu Plutona, a nasza wiedza o zewnętrznym Układzie Słonecznym okazała się być bardzo niepełna. Warto tu zaznaczyć, że sonda przesłała jedynie 5 proc. danych z przelotu. Reszta zostanie przesłana w ciągu najbliższych kilku lub nawet kilkunastu miesięcy na Ziemię. Jakie jeszcze niespodzianki nas czekają?


25 lipca 2015 r.

Najnowsze zdjęcia przesłane przez sondę New Horizons




Zdjęcia: NASA.


25 lipca 2015 r.

Mgła i płynące rzeki azotowego lodu na Plutonie. Są też dwa łańcuchy górskie

Przelot sondy New Horizons nad równinami lodowymi na Plutonie oraz Górami Hillary

Zdjęcia z Plutona nie przestają zadziwiać! Te, które w piątek opublikowali naukowcy z NASA, przedstawiają rozległe strefy mgły w atmosferze i stosunkowo młode „rzeki” azotowego lodu. Znaleziono także drugie pasmo górskie, którego wysokość określa się na 1,5 kilometra.

– Jeżeli chodzicie do kardiologa, to lepiej wyjdźcie z tego pokoju – zażartował główny naukowiec projektu Alan Stern otwierając konferencję prasową w siedzibie agencji NASA na przylądku Canaveral. – Mamy kilka naprawdę przyprawiających o zawrót głowy odkryć – dodał.

Mglista atmosfera

Sonda New Horizons, która 14 lipca przeleciała w odległości zaledwie 12,5 tys. km od Plutona, planety karłowatej znajdującej się na dalekich peryferiach Układu Słonecznego, nadesłała nowe zdjęcia. Widać na nich rozległe warstwy mgły w atmosferze, sięgające 160 km wysokości. Naukowcy przypuszczają, że właśnie ta mgła nadaje Plutonowi czerwonawe zabarwienie.

Obserwator stojący na powierzchni Plutona i patrzący do góry, prawdopodobnie nie zauważyłby tej mgły – powiedział Michael Summers z Uniwersytetu George Mason. W istocie sonda wykryła mgłę dopiero po oddaleniu się od Plutona, kiedy Słońce schowało się za planetę i podświetliło jej atmosferę.

Tajemnicze „rzeki lodu”

Płynące „rzeki lodu” wydają się stosunkowo młode. William McKinnon z Washington University ocenił wstępnie ich wiek na zaledwie kilkadziesiąt milionów lat. Dla porównania Pluton i Układ Słoneczny liczą sobie ok. 4,5 mld lat. Dlatego tak niedawna aktywność na powierzchni jest tym bardziej zadziwiająca – powiedział naukowiec.

Temperatura na powierzchni Plutona wynosi minus 229 st. Celsjusza, a bardzo rzadka atmosfera złożona jest głównie z azotu, metanu i tlenku węgla. W tak niskiej temperaturze lód wodny nie mógłby się nigdzie przemieszczać. Jednak zdaniem McKinnona, „rzeki” składają się z lodu azotowego, który zachowuje się w takich warunkach jak lodowce na Ziemi.

Jeziora azotowe i śnieg

Niektóre z „rzek” wypełniły – jak się wydaje kratery uderzeniowe tworząc jeziora zamarzniętego azotu. Jeden z tych kraterów jest wielkości metropolitarnego Waszyngtonu – powiedział McKinnon. Na planecie pada też prawdopodobnie azotowy śnieg.

Zdaniem naukowca, ostatnie odkrycia wydają się potwierdzać, że pod zamarzniętą skorupą planety może istnieć płynny ocean.


Rzeki azotowego lodu na Plutonie

Dwa łańcuchy górskie

Naukowcy odkryli także na Plutonie dwa łańcuchy górskie. Obydwa liczą ponad 1500 m wysokości i znajdują się w charakterystycznej, jasnej strukturze o kształcie serca. Obszar ten nazwano Tombaugh Regio na cześć odkrywcy planety, amerykańskiego astronoma Clyde’a Tombaugha. Lewej części „serca” nadano nazwę Sputnik Planum (Równina Sputnika) nawiązując do pierwszego sztucznego satelity Ziemi.

Dwa łańcuchy górskie naukowcy z NASA nazwali Hillary i Tenzing, aby upamiętnić w ten sposób Nowozelandczyka Edmunda Hillary’ego i Szerpę Tenzinga Norgay’a, którzy jako pierwsi weszli na szczyt najwyższej góry Ziemi – Mount Everestu.

Pierwszy masy górski – Hillary – specjaliści dostrzegli już na pierwszych zdjęciach, które spłynęły na Ziemię po maksymalnym zbliżeniu sondy New Horizons do Plutona. Eksperci oszacowali, że wysokość gór wynosi około 3 tysiące metrów.

Appalachy na Plutonie

Drugi łańcuch górski – Tenzing – znajduje się w południowo-zachodniej części regionu Tombaugh. Góry usytuowane są pomiędzy jasną, lodową równiną Sputnika, a ciemnym obszarem pełnym kraterów.

Szacuje się, że nowo odkryte lodowe wzniesienia sięgają na wysokość 1,5 kilometra (mniej więcej tyle samo ile amerykańskie Appalachy). Szczyty leżą około 110 km na północny zachód od gór Hillary.

Młode geologicznie

Specjaliści starają się określić wiek i pochodzenie obszarów, które okrążają wzniesienia.

– Istnieją wyraźne różnice w strukturze pomiędzy młodszymi i zamarzniętymi równinami (Równiną Sputnika – przyp. red.), a obszarem, który ma wiele kraterów, znajdującym się po drugiej stronie gór – powiedział Jeff Moore, geolog z misji New Horizons.

Równiny Sputnika zdają się być młodym obszarem pod względem geologicznym. Specjaliści szacują ich wiek na mniej niż 100 milionów lat. Wiek ciemnych terenów określa się natomiast już w miliardach lat.

Obraz dotarł na Ziemię 20 lipca

Poniższe zdjęcie wykonała kamera panchromatyczna LORRI amerykańskiej agencji kosmicznej NASA, która znajduje się na pokładzie sondy New Horizons. Datuje się je na 14 lipca, dystans jaki dzielił maszynę i Plutona, określa się na 77 tysięcy km. Obraz dotarł na Ziemię dopiero 20 lipca. Na zdjęciu widoczne są nawet niewielkie obiekty o szerokości 1 km.


Drugi łańcuch górski w „sercu” Plutona

Dalsza trasa New Horizons

Sonda, która znajduje się już w odległości ok. 7,5 mln km od Plutona, dopiero teraz zaczęła przesyłać wykonane zdjęcia i uzyskane informacje. Przekazywanie danych zajmie ponad rok.

New Horizons zmierza teraz wgłąb Pasa Kuipera, na którego obrzeżach krąży Pluton. Naukowcy przypuszczają, że może tam znajdować się przynajmniej kilka ciał niebieskich zbliżonych rozmiarami do Plutona.


21 lipca 2015 r.

To powiedziałby Nixon, gdyby pierwsi zdobywcy Księżyca z niego nie wrócili

Właśnie mija 46 lat od pierwszego lądowania na Księżycu. Jak napisał Barack Obama po śmierci Neila Armstronga, lądowanie Apollo 11 było „ludzkim osiągnięciem, które nigdy nie zostanie zapomniane”. Teraz już wiadomo jakie słowa by padły, gdyby misja się nie powiodła.


Na zdjęciu: astronauci Neil Armstrong, Michael Collins i Buzz Aldrin. Zdjęcie: NASA

21 lipca 1969 r. o godz. 4.56 czasu polskiego Neil Armstrong jako pierwszy człowiek postawił stopę na Księżycu. Wraz z drugim astronautą Edwinem Aldrinem spędził na powierzchni Srebrnego Globu ponad 21 godzin, z czego 2,5 godziny poza lądownikiem.

A co by było, gdyby astronautom nie udało się wrócić na Ziemię?

Publikacja amerykańskich archiwów narodowych zdradza, co powiedziałby wtedy ówczesny prezydent Richard Nixon.

Mowa Nixona

Mowa zaczyna się od słów:

„Los chciał, żeby ludzie, którzy wyruszyli na Księżyc, aby go w spokoju eksplorować, pozostaną tam, aby w spokoju spoczywać. Ci dzielni ludzie, Neil Armstrong i Edwin Aldrin, wiedzą, że już nie ma nadziei, abyśmy ich odzyskali. Ale wiedzą też, że ich poświęcenie dało ludzkości nadzieję”.

W dalszej części możemy przeczytać:

„W dawnych czasach ludzie, patrząc w gwiazdy, widzieli w konstelacjach swoich herosów. W dzisiejszych czasach robimy tak samo, jednak nasi herosi są epickimi bohaterami z krwi i kości”.

Mowa została napisana przez Williama Safire’a, który później został felietonistą w „New York Times”.

Całość można przeczytać na stronie amerykańskiego archiwum.

Misja Apollo 11

Misja Apollo 11 była piątym z kolei lotem załogowym w ramach programu Apollo, który okazał się największym – jak dotychczas sukcesem – w historii bezpośredniej eksploracji Układu Słonecznego przez człowieka. Zakończyła też wyścig z ówczesnym ZSRR o to, kto pierwszy umieści człowieka na Księżycu i zrealizowała cel wyznaczony przez prezydenta Johna Kennedy’ego w 1961 r. W przemówieniu do Kongresu zapowiedział on wówczas, że „przed upływem obecnej dekady człowiek wyląduje na Księżycu i powróci bezpiecznie na Ziemię”.

Załogę stanowiło trzech astronautów: dowódca Neil Armstrong, pilot modułu dowodzenia (Command Module – CM) Michael Collins i pilot modułu księżycowego Lunar Module (LM) Edwin „Buzz” Aldrin. Trzeci człon serwisowy Service Module (SM) służył do zaopatrywania pozostałych w energię elektryczną i tlen. Do powrotu na Ziemię przewidziany był tylko moduł dowodzenia. Wszyscy astronauci mieli już za sobą loty na orbicie okołoziemskiej.

Trudności

Pierwsza podróż na Księżyc nie przebiegała bez trudności i niebezpieczeństw, które groziły nawet życiu astronautów. Apollo 11 wystartował z Centrum Lotów Kosmicznych im. Kennedy’ego na Merritt Island, na Florydzie, 16 lipca wyniesiony przez specjalnie skonstruowaną dla tego programu trzystopniową rakietę Saturn V.

Manewr lądowania na Księżycu okazał się wysoce ryzykowny. Po oddzieleniu się lądownika LM Eagle z Armstrongiem i Aldrinem od modułu dowodzenia komputer pokładowy kilkakrotnie wprowadzał astronautów w błąd, a ponadto sygnalizował przeciążenie zadaniami.

Improwizacja

W końcowej fazie schodzenia na powierzchnię Księżyca okazało się, że wybrane uprzednio miejsce lądowania na księżycowym stosunkowo płaskim Morzu Spokoju jest w rzeczywistości usiane głazami. Groziło to uszkodzeniem lądownika, lub nawet katastrofą.

Armstrong musiał przejąć stery i przy pomocy Aldrina, który podawał mu na bieżąco wysokość i szybkość schodzenia, zmienił miejsce lądowania i pomyślnie osadził lądownik na powierzchni 20 lipca o godz. 22.17 czasu polskiego.

Po wylądowaniu okazało się jednak, że dodatkowe manewry pochłonęły więcej paliwa niż przewidywał program. Rezerwy pozwalały na zaledwie 25 sek. pracy silnika przy starcie do drogi powrotnej. Gdyby coś poszło nie tak, Armstrong i Aldrin pozostaliby na Księżycu na pewną śmierć.

Najważniejszy krok w historii

Na szczęście start do krążącego po orbicie wokółksiężycowej modułu dowodzenia z Collinsem na pokładzie odbył się bez zakłóceń, ale zarówno astronauci podczas pobytu na Księżycu jak i kontrolerzy na Ziemi zdawali sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Przy kolejnych misjach programu Apollo inżynierowie NASA znacznie zwiększyli ilość paliwa w lądowniku, aby zapewnić astronautom margines bezpieczeństwa.

Schodząc po drabince lądownika Lunar Module (LM) Armstrong wypowiedział słynne już zdanie: „To mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości”.

Po zejściu na powierzchnię Księżyca Armstrong stwierdził, że jest pokryta warstwą drobnego pyłu „przypominającego proszek”.

Armstrong i Aldrin podczas 2 godzin i 31 minut, które spędzili poza lądownikiem wykonali wiele zdjęć, przeprowadzili eksperymenty i pomiary oraz rozstawili cały zestaw aparatury naukowej. Zabrali też ze sobą łącznie 21,5 kg próbek skał księżycowych.

Ostatnia chwila grozy

Podczas startu przeżyli kolejną chwilę napięcia, kiedy Aldrin przypadkowo uszkodził klawisz przycisku systemu niezbędnego do uruchomienia silnika. Uratowali się wciskając przycisk długopisem. Dalsza podroż powrotna odbyła się już, na szczęście, bez większych zakłóceń.


20 lipca 2015 r.

Plastikowe drogi zawstydzą asfalt


(fot. chip.pl)

Pierwsze drogi wykonane z tworzyw sztucznych pojawią się być może w Rotterdamie. Holenderskie miasto jest naprawdę zainteresowane takim rozwiązaniem – i ma ku temu powody.

Argumenty przemawiające za nawierzchniami wykonanymi z tworzyw sztucznych są naprawdę przekonujące. Po pierwsze, materiał pozyskiwany będzie z recyklingu, co przy okazji pomoże rozwiązać kilka problemów związanych z ochroną środowiska. Po drugie, „plastikowe” drogi mają być około trzykrotnie trwalsze, a przy okazji odporniejsze na znacznie większy zakres temperatur – od minus 40 do plus 80 stopni Celsjusza.

Nowy typ dróg, zachwalany przez firmę VolkerWessels, która je opracowała, ma też być bardziej odporny na pękanie pod wpływem ciężaru pojazdów czy pogody. Na dodatek da się je znacznie szybciej układać, a ich struktura zawiera puste przestrzenie, idealne do położenia w nich rur czy kabli.

Wygląda na to, że pierwsze testy „w realu” odbędą się w Rotterdamie, a jeśli wypadną pomyślnie, firma VolkerWessels ma nadzieję osiągnąć pełne możliwości produkcyjne w ciągu trzech najbliższych lat.

Wygląda więc na to, że gdy będziemy dziadkami, będziemy nie tylko opowiadać naszym wnukom bajki o samochodach, którymi trzeba było samodzielnie kierować, a na dodatek jeździło się nimi po asfalcie. Asfalcie? Co to asfalt dziadku?


14 lipca 2015 r.

New Horizons najbliżej Plutona. Historyczny moment

Dla wielu to najważniejsze wydarzenie w dziejach podboju kosmosu. To pierwszy raz, kiedy ziemska maszyna zbliżyła się do tak odległego obiektu. Sondę New Horizons dzieliło od Plutona 12,5 tysiąca kilometrów.

O 13.49 czasu polskiego sonda New Horizons minęła w odległości 12 500 km Plutona. Maszyna została wysłana w kosmos prawie 10 lat temu, bo 19 stycznia 2006 roku. Od tego czasu pędziła w stronę Plutona.

Badania Plutona

Sonda nie wkroczyła w atmosferę ciała niebieskiego, ale mimo to zrobi dużo pomiarów, między innymi ciśnienia i temperatury. Zostaną również przesłane zdjęcia Plutona i jego księżyców.

Zebrane dane do Ziemi będą docierać przez 4,5 godziny. Tyle potrzebuje sygnał radiowy, aby z oddalonego o 5,9 mld km Plutona mógł dotrzeć na Błękitną Planetę.

Pluton jest większy od Eris

Ostatnie dane jakie spłynęły na Ziemię potwierdzają, że Pluton jest jednak większy od Eris. Zaraz po starcie sondy, debaty astronomów na temat rozmiarów Plutona i Eris, doprowadziły do zdegradowania Plutona z planety na planetę karłowatą. Jest to więc największy znany obiekt w pasie Kuipera (zawiera on wiele małych obiektów powstałych po procesie powstawania Układu Słonecznego, a także co najmniej trzy planety karłowate, w tym Plutona).

Większa średnica oznacza więc mniejszą gęstość. Planeta karłowata zbudowana jest z większej ilości lodu niż skał. Dokładna średnica znana będzie za kilka dni, gdy naukowcy otrzymają zdjęcia znacznie wyższej rozdzielczości.

New Horizons zbadała również polarną czapę lodową na Plutonie. Okazało się, że jest zbudowana z metanu i azotu.

#PLuton

Miłośnik astronomii Karol Wójcicki z Centrum Nauki Kopernik zaprasza na swoim fanpage’u na Facebooku na wspólne oglądanie historycznego przelotu sondy.

„Już w najbliższy wtorek między 17.20 a 19.00 zapraszam Was na SPECJALNE „Z głową w gwiazdach LIVE”! Razem ze mną i specjalnymi gośćmi będziecie mogli śledzić pierwszy w historii przelot sondy New Horizons obok Plutona!”

New Horizons to sonda, która powstała w ramach programu NASA New Frontiers (pol. Nowe Granice). Naukowcy obrali sobie za cel projektu zbadanie Plutona, jego księżyca Charona i co najmniej jednego innego obiektu Pasa Kuipera.

W przestrzeni międzyplanetarnej sonda podróżuje już prawie 10 lat (wystartowała 19 stycznia 2006 roku). W momencie rozpoczęcia misji Pluton był jeszcze planetą. Pół roku po starcie Międzynarodowa Unia Astronomiczna, po burzliwych debatach, zaklasyfikowała go jako planetę karłowatą (obiekt pośredni pomiędzy planetami a niewielkimi ciałami niebieskimi).

Pomoc grawitacyjna Jowisza

Około dwie trzecie czasu lotu sonda New Horizons spędziła w hibernacji, pokonując przestrzenie międzyplanetarne.

Podczas podróży na Plutona na sondę stale oddziaływało Słońce. Im bardziej się oddalała od centrum Układu Słonecznego, tym bardziej malała prędkość lotu. Naukowcy zaplanowali więc trajektorię tak, by wykorzystać asystę grawitacyjną Jowisza. New Horizons zbliżyła się do tej planety 28 lutego 2007 roku. Oddziaływanie Jowisza ponownie zwiększyło prędkość i znacznie skróciło czas podróży sondy do obiektu docelowego, czyli Plutona.

Będzie pracować do 2020 roku

Pomimo że misja New Horizons jest skupiona na badaniu Plutona, to na nim się nie skończy. Sonda będzie pracować do około 2020 roku. W tym czasie zbada jeszcze jeden obiekt z Pasa Kuipera, potem zamilknie.

Prochy odkrywcy Plutona

Na pokładzie sondy znajduje się specjalna płyta CD z nazwiskami 435 tys. osób, które chciały, by ich godność znalazła się na pokładzie New Horizons. Wpis na listę był darmowy. Chętni zgłaszali się przez internet. Prócz tego New Horizons ma również niewielki aluminiowy pojemnik, w którym znajdują się prochy odkrywcy Plutona Clyde’a Tombaugha, który odkrył planetę karłowatą w 1930 roku.


13 lipca 2015 r.

Co mają wspólnego Pluton i Walt Disney?

Pluton jest jednym z najodleglejszych obiektów naszego Układu Słonecznego. Dzisiaj naukowcy określają go mianem planety karłowatej. Od odkrycia (1930 r.) wciąż niewiele wiemy na jego temat. By poznać więcej faktów o Plutonie, NASA niemal 10 lat temu wysłała sondę New Horizons, której zadaniem jest zbadanie tajemniczego obiektu. Finał tej misji już jutro (14 lipca)!

Od odkrycia Plutona minęło już 85 lat. Najjaśniejszy obiekt pasa Kuipera (pas asteroid za orbitą Neptuna) został dostrzeżony w 1930 roku przez amerykańskiego astronoma Clyde’a Tombaugha.

Wtedy naukowcy zaklasyfikowali go jako dziewiątą planetę Układu Słonecznego. Jednak przez wiele lat Pluton był praktycznie niezbadany. Ze względu na dużą odległość od Ziemi (około 5.9 mld km), badacze nie mogli dokładnie określić m.in. rozmiarów, czy topografii Plutona.

Dzisiaj jest uważany przez naukowców za planetę karłowatą. 9 lat temu Międzynarodowa Unia Astronomiczna zdegradowała go ze statusu „dziewiątej” planety Układu Słonecznego. Do dziś ten fakt budzi wiele kontrowersji.

1. Planeta X

Po odkryciu Urana (1781 r.) oraz Neptuna (1846 r.) okazało się, że położenie tych planet nie zgadza się z obliczeniami naukowców. Badacze zaczęli podejrzewać, że na ruch tych obiektów po orbicie wpływa najprawdopodobniej inna planeta, który wędruje po orbicie za Neptunem. W 1915 roku amerykański przedsiębiorca, naukowiec Percival Lowell rozpoczął poszukiwania tajemniczego globu. Nadał jej nazwę Planeta X.

Kiedy w 1930 roku Clyde Tombaugh odkrył Plutona, naukowcy bardzo szybko połączyli fakty, że najprawdopodobniej to on jest Planetą X i oddziałuje na Urana i Neptuna. Jednak po jakimś czasie okazało się, że jest zbyt mały by mieć wpływ na większe globy.

Wątpliwości naukowców rozwiała sonda Voyager 2, która w pod koniec lat 80. przeleciała w pobliżu Neptuna. Okazało się, że jego masa jest o 0,5 proc. mniejsza niż wcześniej zakładano. Po uwzględnieniu dokładniejszych rozmiarów Neptuna, okazało się, że zaburzeń ruchu tej planety nie ma.

2. Planeta, czy nie?

Od odkrycia przez Clyde’a Tombaugha w 1930 roku do 2006 roku Pluton był uważany za dziewiątą, ostatnią planetę Układu Słonecznego. Naukowcy przez dłuższy czas sądzili, że jest to największy obiekt transneptunowy. Dodatkowo krąży on wokół Słońca po orbicie, w tym samym kierunku co inne planety. Wokół osi obraca się w inną stronę (z wyjątkiem Wenus i Urana).

Oszacowanie masy i średnicę Plutona było bardzo trudne. Dopiero po odkryciu jego pierwszego satelity – Charona – badaczom udało się określić ostateczne rozmiary. W trakcie obserwacji teleskopowej zakrycia tarczy przez satelitę, wyliczyli rozmiary tych odległych obiektów. Okazało się, że Pluton jest mniejszy od m.in.: Księżyca, Ganimedesa (satelita Jowisza), Tytana (satelita Saturna). Wciąż jednak był największy z obiektów transneptunowych. Jednak 5 stycznia 2005 roku odkryto Erisa (planeta karłowata), który swoją masą przewyższał Plutona.

Nowa teoria planety

24 sierpnia 2006 roku Międzynarodowa Unia Astronomiczna stworzyła nową definicję słowa „planeta”. Według nowej teorii żeby obiekt otrzymał status planety musi spełniać trzy warunki:

1. Wędrować po orbicie wokół Słońca.

2. Posiadać wystarczającą masę, by swoją grawitacją wytworzyć kształt odpowiadający równowadze hydrostatycznej (prawie kulisty).

3. Oczyścić sąsiedztwo swojej orbity z innych względnie dużych obiektów.

Ostatniego, trzeciego warunku Pluton nie spełnił. W związku z tym Międzynarodowa Unia Astronomiczna zaliczyła go do grupy planet karłowatych.

3. Nazwę nadała 11-latka

Pomysłodawczynią nazwy „Pluton”, była 11-letnia mieszkanka Oxfordu, Venieta Burney. Dziewczynka stwierdziła, że jest to bardzo odległy obiekt, na którym najprawdopodobniej jest bardzo zimno, więc powinien nosić imię od rzymskiego boga zaświatów – Plutona. Dodatkowo dwie pierwsze litery tej nazwy ( P i L) były inicjałami Percivala Lowella, który zapoczątkował poszukiwania planety karłowatej.

Nazwę jednomyślnie przyjęto. Decyzja została oficjalnie ogłoszona 1 maja 1930 roku.

4 . Orbita Plutona

Rok na Plutonie (pełne okrążenie Słońca po orbicie) trwa bardzo długo. Pełen obieg wokół naszej dziennej gwiazdy zajmuje mu 248 lat. Od momentu odkrycia planety karłowatej, nie udało się jej zrobić jeszcze całego okrążenia.

5. Pluto

Kilka miesięcy po odkryciu Plutona, na cześć odkrytej przez Amerykanina wówczas planety, w słynnych komiksach Walta Disney’a pojawił się pomarańczowy pies, z czarnymi uszkami, o imieniu Pluto.

6. Symbol Plutona

Symbolem Plutona jest monogram liter PL od inicjałów Percivala Lowella, który zapoczątkował poszukiwania planety karłowatej i wyznaczył dwa możliwe położenia tego obiektu obserwując ruch Neptuna.

7. Nowe Horyzonty

O dokładnym zbadaniu tajemniczej planety naukowcy marzyli, jeszcze przed odkryciem Plutona (1930 r.), wierząc że gdzieś za orbitą Neptuna znajduje się tajemnicza Planeta X. O potencjalnej misji naukowcy zaczęli rozmawiać pod koniec lat 80. Jednak dopiero w 2001 roku amerykańska agencja kosmiczna NASA ogłosiła, że podejmuje wzywanie i zamierza eksploatować Plutona.

W ramach programu NASA New Frontiers (pol. Nowe Granice) powstała sonda New Horizons, której celem stało się zbadanie planety karłowatej oraz jej księżyca Charona. Wystartowała 19 stycznia 2006 roku. W przestrzeni międzyplanetarnej sonda podróżuje już prawie 10 lat.

W momencie rozpoczęcia misji Pluton był jeszcze planetą. Pół roku po starcie Międzynarodowa Unia Astronomiczna, po burzliwych debatach, zaklasyfikowała go jako planetę karłowatą.

Maszyna została piątą sondą w historii, która znalazła się na trajektorii ucieczkowej z Układu Słonecznego poza orbitą Saturna. Wcześniej naszą galaktykę opuściły: Pioneer 10, Pioneer 11 i Voyager 1, Voyager 2.


W lipcu sonda New Horizons przeleci obok Plutona

8. Hibernacja

Około dwie trzecie czasu lotu sonda New Horizons spędziła w hibernacji, pokonując przestrzenie międzyplanetarne. „Zasypiała” i „budziła” się 18 razy podczas swojego lotu po trajektorii transferowej do Plutona. Najkrócej „spała” 36 dni. Najdłużej „drzemała” przez 202 dni.

Ostatnie wybudzenie (grudzień 2014) przed rozpoczęciem realizacji głównego celu misji w odległości około 260 mln km od Plutona New Horizons powitał głos angielskiego tenora Russella Watsona. Zaśpiewał sondzie piosenkę „Where My Heart Will Take Me”.

9. Piekielnie szybki pojazd

New Horizons została wystrzelona w 2006 roku z przylądka Canaveral na Florydzie. Wyniosła ją rakieta nośna Atlas V 551. Po około 47 minutach sonda opuściła okolicę naszej planety z (największą w historii) prędkością startu 16,26 km/s (58 536 km/h). By dotrzeć do Księżyca, potrzebowała zaledwie 9 godzin. Loty programu Apollo (1966-1972) na Księżyc trwały trzy doby.


Misja New Horizons trwa już prawie 10 lat

10. Asysta grawitacyjna

Ale jak pokazuje historia, to nie najszybsza prędkość jaką uzyskała sonda.

Po starcie, podczas transferu na Plutona, na sondę stale oddziaływało Słońce. Im bardziej się oddalała od centrum Układu Słonecznego, tym bardziej malała prędkość lotu. Naukowcy zaplanowali więc trajektorię tak, by wykorzystać asystę grawitacyjną Jowisza.

New Horizons zbliżyła się do Jowisza 28 lutego 2007 roku. Podczas przelotu obok tej planety, sonda uzyskała maksymalną prędkość podczas całej misji, czyli 22,85 km/h, czyli 82 260 km/h. Dzięki temu udało się skrócić czas podróży do obiektu docelowego, czyli Plutona.

11. Serce Plutona

Sonda New Horizons zbliżając się do Plutona nie próżnuje. Za pomocą specjalnej kamery LORRI (Long Range Reconnaissance Imager) przesyłała wiele zdjęć. Każde kolejne obrazowało coraz więcej szczegółów tej odległej planety karłowatej. Dzięki temu naukowcy mogli poznać m.in. topografię tego tajemniczego obiektu.

7 lipca LORRI wykonała fotografię z odległości około 8 mln kilometrów, na której widać różniące się odcieniami obszary. Ten jasny swoim kształtem przypomina serce. Naukowcy szacują, że ten obszar ma średnicę 2 tys. km.

12. Prochy w kosmosie

Na pokładzie sondy, która po raz pierwszy zbada bliżej to ciało niebieskie, znajduje się amerykański znaczek pocztowy o nominale 29 centów z 1991 r. z wizerunkiem planety i napisem „Pluton jeszcze nie zbadany” oraz dwie 25-centowe monety – jedna z Florydy, skąd sonda wystartowała 19 stycznia 2006 r. i druga ze stanu Maryland, gdzie mieszkają jej konstruktorzy i gdzie znajduje się centrum dowodzenia misji.

Sonda wiezie również dwie flagi USA oraz dwie płyty CD, na których znajdują się zdjęcia zespołu naukowców, którzy zaprojektowali i nadzorują misję oraz nazwiska 434.738 osób, które w odpowiednim czasie zgłosiły się i zarejestrowały online.

Prócz tego New Horizons ma również niewielki aluminiowy pojemnik, w którym znajdują się prochy odkrywcy Plutona Clyde’a Tombaugha, który odkrył planetę karłowatą w 1930 roku.

Córka astronoma Annette Tombaugh-Sitze oraz jej młodszy brat Alden (oboje po siedemdziesiątce) zamierzają być we wtorek 14 lipca, podczas historycznego przelotu, w centrum dowodzenia misji sondy na uniwersytecie Johnsa Hopkinsa, w Laurel, w stanie Maryland.

Ich matka i wdowa po astronomie zmarła w 2012 r. w wieku 99 lat.

– Myślę, że mój tata byłby bardzo przejęty misją New Horizons. Zresztą kto by nie był? Kiedy patrzył na Plutona przez teleskop był on zaledwie jasną plamką – powiedziała Annette.


6 czerwca 2015 r.

Wkrótce ruszą testy hipersonicznego spadochronu NASA

NASA przeprowadzi test największego spadochronu, jaki kiedykolwiek skonstruowano. W przyszłości będą z niego korzystać lądujące na Marsie statki kosmiczne.


Low-Density Supersonic Decelerator będzie spowalniany przez Supersonic Ringsail Parachute

Pierwszy załogowy lot na Marsa jest dla NASA ogromnym wyzwaniem. Chcąc przeprowadzić go możliwie najbezpieczniej, konieczne będzie opracowanie systemów, które wyhamują wchodzący w atmosferę lądownik. Amerykanie mają w tym temacie pewne doświadczenie, ponieważ umieszczali na Czerwonej Planecie łaziki, ale tym razem pojazd będzie ponad dwukrotnie cięższy, a jego prędkość wchodzenia w atmosferę wyniesie 2 Ma.

Wyhamowanie do prędkości poddźwiękowej w cienkiej atmosferze Marsa będzie bardzo trudne, dlatego konieczne jest skonstruowanie potężnego i bardzo wytrzymałego spadochronu. Taki właśnie ma być Supersonic Ringsail Parachute, którego testy ruszą już za kilka dni.

NASA opisuje swój spadochron, jako „największy w historii”. Nic dziwnego – przymocowany do niego pojazd będzie ważył ponad 3 t.

Zaplanowany test zakłada wyniesienie pojazdu i spadochronu na wysokość 37 km przy pomocy pokaźnych rozmiarów balonu. Tam nastąpi uruchomienie silników rakietowych maszyny, która wzniesie się z prędkością ponaddźwiękową – trzykrotnie większą od prędkości dźwięku – na wysokość 55 km. W odpowiednim momencie lotu spadochron zostanie uwolniony i będzie musiał wyhamować pojazd, aby ten bezpiecznie wylądował w wodach Pacyfiku.


17 maja 2015 r.

Sukces misji sondy Stardust. Po 15 latach wiadomo, co jest w pyle komety

Cząsteczki, które znajdują się na komecie Wild 2, dawniej budowały cały Układ Słoneczny. Do takich wniosków doszli specjaliści po analizie próbek, które zebrała sonda kosmiczna Stardust.

Ostatnie badania nad pozyskanym materiałem z komety Wild 2 opublikowano w czasopiśmie „Geochimica et Cosmochimica Acta”. Przeprowadził je Ryan Ogliore wraz ze swoim zespołem z Hawajskiego Instytutu Geofizyki. Zebrany z komety Wild 2 kurz przedstawia całą gamę znanych izotopów tlenu, które są powiązane z obiektami z wnętrza układu słonecznego (od Słońca do pasa asteroid).

Kosmiczny pył

Co ciekawe, okazało się, że procesy zachodzące wewnątrz Układu Słonecznego z drobnych cząsteczek lotnych pyłów, które krążą wokół Słońca, wytwarzają inne, większe obiekty, które znajdują się w kosmosie.

– Jeżeli ten drobnoziarnisty materiał jest wzbogacony w ziarna i lotne substancje, które krążą wokół Słońca, możemy z całą pewnością stwierdzić, że patrzymy na pierwotne cząstki, które budowały nasz Układ Słoneczny, gdy ten powstawał – powiedział Ogliore.

– To, że próbka pochodzi z komety upewnia nas, że jest ona materiałem, który znajdował się wewnątrz układu Słonecznego w czasie jego formowania. Oznacza to, że wszystkie planety, asteroidy, planetoidy i gwiazdy w Układzie Słonecznym dawniej były jedną chmurą mikroskopijnego kurzu, lodu i gazów, które krążyły wokół młodego Słońca – powiedział Ogliore.

Misja trwa od 1999 roku

Wild 2 to okresowa kometa, należąca do rodziny komet Jowisza. Została odkryta w 1978 roku, a jej wiek określa się na 4,5 mld lat. 2 stycznia 2004 roku z komy komety (czyli pyłowo-gazowej „atmosfery” o zazwyczaj kulistym kształcie, otaczająca jądro komety) Wild 2 próbki pyłu pobrała sonda kosmiczna Stardust, która zbliżyła się na odległość 236 km od jądra komety. Całkowita masa pobranych próbek wynosi 0,0001 grama. Głównym celem misji jest określenie pochodzenia komet i Układu Słonecznego.

Kapsuła lądownika została wystrzelona 7 lutego 1999 z przylądka Canaveral na Florydzie, a powróciła na Ziemię 15 stycznia 2006 roku.


1 maja 2015 r.

Stało się. Messenger zakończył swój „żywot”. Roztrzaskał się o Merkurego

Amerykańska sonda Messenger, która jako pierwszy obiekt wysłany z Ziemi, krążyła przez 4 lata na orbicie wokół planety Merkury, zakończyła w czwartek swoją misję rozbijając się – zgodnie z programem – o powierzchnię tej planety.

Sonda wyczerpała całkowicie zapasy paliwa i pod wpływem sił grawitacyjnych tej planety oraz Słońca stopniowo zsuwała się z orbity aby w końcu spaść na powierzchnię Merkurego przy szybkości 14.081 km/h.

Jak podała agencja NASA, sonda wybiła na powierzchni planety krater o szerokości ok. 16 metrów.

Liczne zasługi

Messenger okrążył Merkurego, planety znajdującej się najbliżej Słońca, 4.105 razy i wykonał ponad 277 tys. zdjęć.

– Dzisiaj pożegnaliśmy jeden z naszych najbardziej niezawodnych i skutecznych statków kosmicznych, jakie kiedykolwiek badały sąsiednie planety – powiedział Sean Solomon z Uniwersytetu Columbia, który kierował zespołem naukowców nadzorujących badania sondy.

Dotarcie do Merkurego

Aby dotrzeć do Merkurego sonda pokonała skomplikowaną trajektorię przelatując raz w pobliżu Ziemi, dwukrotnie koło Wenus i trzy razy wokół Merkurego, zanim w końcu weszła na trwałą orbitę wokół tej planety. Solomon zwrócił uwagę, że po drodze sonda musiała przetrwać zarówno „niezwykle wysokie temperatury jak i ekstremalne dawki promieniowania”.

Kontrolerzy na Ziemi zdołali przedłużyć okres funkcjonowania sondy o dodatkowe kilka tygodni wykorzystując znajdujący się na jej pokładzie hel jako paliwo, chociaż pierwotnie gaz ten nie był przewidziany do tej roli. Jednak w końcu i ten zapas wyczerpał się.

Sonda rozbiła się po niewidocznej z Ziemi półkuli Merkurego i dopiero pewnym czasie naukowcy z NASA potwierdzili katastrofę, bowiem Messenger zamilkł.

Dostarczył licznych danych

Messenger, który wystartował z przylądka Canaveral na Florydzie w 2004 r., wykrył m. in., że w strefach biegunów Merkurego znajduje się lód wodny a jego pole magnetyczne wykazuje nieprawidłowości. Ponadto sonda wykryła ślady dawnej intensywnej działalności wulkanicznej na Merkurym oraz dowody kurczenia się jego skorupy. Dane przekazane przez sondę wystarczą naukowcom do badań przez najbliższy rok.

Przed Messengerem Merkurego odwiedził jedynie amerykański Mariner 10 w latach 70. ub. wieku. On jednak jedynie przeleciał w pobliżu planety.

Pojawią się następcy

Następcami Messengera mają być dwa satelity BepiColombo przygotowywane przez Europejską Agencję Kosmiczną (ESA) oraz Japonię. Ich start przewidziany jest na rok 2017 a osiągnięcie Merkurego na rok 2024.


29 kwietnia 2015 r.

Brytyjczycy rozpoczynają przemysłową produkcję grafenu

Cambridge Nanosystems otworzyła w angielskim Cambridge nowy zakład produkcyjny grafenu. Możliwości ośrodka pozwolą na wytwarzanie grafenu na skalę przemysłową – firma deklaruje, że jest gotowa dostarczać rocznie na rynek pięć ton tego materiału o najwyższej


Firma założona przez naukowców z University of Cambridge opracowała unikalną metodę wytwarzania grafenu na bazie gazów cieplarnianych. /©123RF/PICSEL

„Jesteśmy bardzo zadowoleni z faktu, że udało nam się otworzyć nowy zakład produkcyjny w Cambridge. Traktujemy to wydarzenie jako zwieńczenie ponad dekady prac badawczych prowadzonych na University of Cambridge. Chcielibyśmy uczynić z Cambridge Nanosystems wiodącego dostawcę grafenu na skalę globalną, tak, by stał się on istotnym materiałem udoskonalającym dzisiejsze produkty, ale także pozwalającym na rozwój nowych rynków i branż” – wyjaśnia dr Krzysztof Koziol, CEO i jeden z założycieli Cambridge Nanosystems.

Firma założona przez naukowców z University of Cambridge opracowała unikalną metodę wytwarzania grafenu na bazie gazów cieplarnianych. Dzięki wykorzystaniu kuli plazmy możliwe jest „łamanie” gazów takich jak metan i dwutlenek węgla i otrzymywanie wysokiej jakości grafenu. Firma planuje niebawem uruchomić sklep internetowy, za pośrednictwem którego będzie można kupić duże ilości grafenu, przynajmniej pięć ton rocznie w bliskim horyzoncie czasowym. Planowane jest zwiększenie produkcji w kolejnych latach.

Cambridge Nanosystems planuje także współpracę z kluczowymi przedsiębiorstwami z branży motoryzacyjnej, energetycznej, budowlanej, lotniczej. Swoją technologię oraz plany rozwoju zaprezentowała na konferencji Graphene Europe 2015, będącej częścią targów IDTechEx Europe odbywających się w Berlinie w dniach 28-29 kwietnia 2015 r.


29 kwietnia 2015 r.

Nowe dowody potwierdzające, że nasz wszechświat to hologram

Najnowsze badania austriackich naukowców wskazują, że wszechświat potrzebuje mniej wymiarów niż pierwotnie przypuszczaliśmy. Okazuje się, że może być to jedna z fundamentalnych właściwości naszego uniwersum.


Czy żyjemy w holograficznym wszechświecie? /materiały prasowe

Na pierwszy rzut oka, wszechświat wygląda tak jakby posiadał trzy wymiary. Jednak zasada holograficzna opisuje uniwersum w sposób matematyczny jako byt dwuwymiarowy. Trójwymiarowy wszechświat może być po prostu dwuwymiarową strukturą informacyjną znajdującą się na horyzoncie kosmologicznym. Uczeni porównują go do hologramów, jakie znajdują się na kartach kredytowych – w rzeczywistości są one dwuwymiarowe, choć my widzimy je jako trójwymiarowe.

W 1997 roku fizyk Juan Maldacena zaproponował pojęcie, według którego z jednej strony istnieje zgodność między teorią grawitacji w tzw. zakrzywionej przestrzeni anty-de Sittera, a z drugiej strony istnieje zgodność teorii pola kwantowego w przestrzeni o jeden wymiar mniejszej. Zjawisko grawitacji jest opisywane w tej teorii w trzech wymiarach, natomiast zachowanie cząsteczek kwantowych obliczane jest już w dwóch wymiarach. Dla naukowców zgodność ta jest zaskakująca – na temat korespondencji AdS/CFT Maldena opublikowano już ponad 10 tysięcy prac naukowych.

Daniel Grumiller z Uniwersytetu Technologicznego w Wiedniu powiedział, że my nie żyjemy w przestrzeni anty-de Sittera. Jego zdaniem nasz Wszechświat jest dość płaski i posiada dodatnią krzywiznę. Jednak naukowiec podejrzewa, że zasada korespondencji może okazać się prawdziwa również w przypadku naszego uniwersum. Aby zbadać tę hipotezę, należałoby stworzyć teorie grawitacyjne, które nie brałyby pod uwagi przestrzeni anty-de Sittera, ale płaskiej powierzchni. Jego zespół badawczy przy współpracy z naukowcami ze Szkocji, USA, Indii i Japonii pracowali nad tym przez trzy lata.

Na łamach czasopisma „Physical Review Letters” pojawił się artykuł który potwierdził zasadę korespondencji w płaskim wszechświecie. Grumiller wyjaśnia, że jeśli grawitacja kwantowa w płaskiej przestrzeni pozwala na holograficzny opis poprzez standardową teorię kwantową, to muszą być również wielkości fizyczne, które można obliczyć w obu teoriach – a wyniki muszą być zgodne. Zwłaszcza jedna kluczowa cecha mechaniki kwantowej – splątanie kwantowe – musi pojawić się w teorii grawitacji.

Gdy cząsteczki kwantowe są splątane, nie można opisywać ich indywidualnie. Tworzą one jeden kwantowy obiekt, nawet jeśli znajdują się daleko od siebie. Za pomocą entropii kwantowej można obliczyć liczbę splątań w układzie kwantowym. Naukowcy wykazali, że entropia splątań przyjmuje taką samą wartość w płaskiej grawitacji kwantowej oraz w teorii niskowymiarowego pola kwantowego.

Max Riegler powiedział, że dzięki dokonanym obliczeniom potwierdzono iż zasada holograficzna może być również realizowana w płaskich przestrzeniach. Uczeni zdobyli dowód na ważność tej korespondencji w naszym wszechświecie. Przeprowadzone badania jeszcze nie udowadniają, że żyjemy w hologramie, lecz teoria ta staje się coraz bardziej prawdopodobna.


21 kwietnia 2015 r.

Astronomowie zaobserwowali pole magnetyczne w pobliżu czarnej dziury

Astronomowie odkryli, że pole magnetyczne w pobliżu czarnej dziury znajdującej się w jednej z odległych galaktyk jest znacznie intensywniejsze niż przypuszczano.


Naukowcy dokonali pierwszego takiego pomiaru pola magnetycznego /©123RF/PICSEL

Do tej pory naukowcy byli w stanie dokonać pomiarów tylko szczątkowych pól magnetycznych, odległych od czarnych dziur o całe lata świetlne. Tym razem astronomowie z Chalmers University of Technology wykorzystując Teleskop Alma zmierzyli pole magnetyczne tuż przy horyzoncie zdarzeń czarnej dziury w galaktyce PKS 1830-211.

Co ciekawe, pole magnetyczne jest obecne w przestrzeni wokół czarnej dziury w galaktyce PKS 1830-211, w której materia jest gwałtownie przyspieszana. Obserwacji dokonano wykorzystując polaryzację światła, a dzięki drobnym modyfikacjom była ona możliwa już w zakresie 0,3 mm. Warto podkreślić, że jest to rekordowo krótka fala, dzięki której możliwy stał się pomiar pola magnetycznego blisko czarnej dziury.

– Dokonaliśmy obserwacji sygnałów rotacji polaryzacji, setki razy silniejszej od dotychczasowych pomiarów. Dzięki Teleskopowi Alma mogliśmy obserwować pole magnetyczne odległe od horyzontu zdarzeń o zaledwie kilka dni. To pozwoli nam lepiej zrozumieć, co dzieje się w bezpośrednim sąsiedztwie czarnych dziur – powiedział Sebastian Mueller, jeden z autorów badań.


20 kwietnia 2015 r.

Sonda MESSENGER zderzy się z Merkurym

NASA szacuje, że sonda MESSENGER zderzy się z Merkurym 30 kwietnia.


Sonda MESSENGER /materiały prasowe

Zbliża się nieuchronny koniec jednej z najbardziej znaczących misji kosmicznych XXI wieku – amerykańskiej sondy merkuriańskiej MESSENGER (Mercury Surface, Space Environment, Geochemistry and Ranging). Wystrzelonemu w 2004 roku statkowi powoli kończy się paliwo konieczne do utrzymania pozycji na orbicie. NASA szacuje, że stanie się to pod koniec miesiąca i 30 kwietnia statek zderzy się z planetą. Do kolizji dojdzie z prędkością ok. 3,9 km/s. Niestety, miejsce uderzenia będzie położone po niewidocznej z Ziemi stronie planety. Nie będzie można więc w czasie rzeczywistym oglądać upadku sondy.

We wtorek 14 kwietnia operatorzy statku z Laboratorium Fizyki Stosowanej Johns Hopkins University (APL JHU) wykonali czwartą z pięciu korekt orbity, mających opóźnić zderzenie sondy z Merkurym. Ostatni z tych manewrów zaplanowany jest na 24 kwietnia.
Manewr ten ma zużyć praktycznie całe paliwo, jakie jeszcze zostanie w zbiornikach statku. Po jego wykonaniu operatorzy uznają, że statek pozostał bez paliwa i jego lot będzie podlegał już tylko siłom grawitacji.

MESSENGER jako pierwszy statek kosmiczny dostarczył “twardej” naukowej wiedzy o pierwszej planecie Układu Słonecznego – jest pierwszym sztucznym satelitą Merkurego i drugim statkiem kosmicznym jaki się zbliżył do tej planety (po sondzie Mariner 10 w 1974 r.). Okrążał ją od 18 marca 2011. Jego misja była dwukrotnie przedłużana. Jednym z ważniejszych dokonań naukowych sondy jest wsparcie hipotezy mówiącej, że stale zacienione kratery na jego powierzchni mogą być miejscem występowania lodu wodnego i innych substancji lotnych. Pomiary sondy wskazują, że w takich miejscach na Merkurym zgromadzone są pokaźne ilości wody.


15 kwietnia 2015 r.

RMF 24: Bez magnetycznej osłony życie nie powstanie

Nikt nie zna jeszcze dokładnie warunków, które musi spełnić planeta, by mogło się na niej pojawić życie. Najnowsze wyniki badań naukowców NASA i ESA wskazują, że pozostawanie w tzw. strefie zamieszkiwalnej, gdzie woda może istnieć w stanie ciekłym, nie wystarczy. Nie mniej istotne jest posiadanie pola magnetycznego, chroniącego przed materią wyrzucaną z macierzystej gwiazdy. Pisze o tym w najnowszym numerze czasopismo „Journal of Geophysical Research”.


Zapis koronalnego wyrzutu masy (CMS) z 19 grudnia 2006 roku. /NASA

Ten wniosek to wynik analizy skutków burzy słonecznej z 2006 roku, która poczyniła spore spustoszenie w atmosferze Wenus – planety, która swojej magnetosfery nie ma i nie jest przed wiatrem słonecznym chroniona. Do koronalnego wyrzutu masy CME (coronal mass ejection) doszło na Słońcu 19 grudnia. Cząstki poruszały się ze względnie małą, jak na takie zjawisko, prędkością ponad 300 kilometrów na sekundę i cztery dni później dotarły do Wenus. Jak się okazuje, wyrwały z jej atmosfery znaczne ilości tlenu i rozproszyły je w przestrzeni kosmicznej.

Grupa pod kierunkiem pierwszego autora pracy, Glyna Collinsona z Goddard Space Flight Center w Greenbelt, przeanalizowała dane dostarczone przez europejską sondę Venus Express, która od 2006 roku przez 8 lat prowadziła badania Wenus. Okazało się, że 23 grudnia 2006 roku planeta traciła tlen z atmosfery w olbrzymim, bardzo rzadko obserwowanym tempie.

Wcześniej obserwowano wpływ na atmosferę planet potężniejszych wyrzutów CME, nie wiedziano jednak, jakie są skutki zjawisk o względnie małym natężeniu. Okazuje się, że mogą być potężne. „Planeta zareagowała tak, jakby dotknął ją poważny kataklizm” – zauważa Collinson. „Okazało się, że różnica między wrzuceniem homara do wrzątku a wrzuceniem go do zimnej wody i jej podgrzewaniem nie jest taka wielka. W obu przypadkach kończy się to dla homara źle” – mówi obrazowo.

Ta obserwacja nie dowodzi, że efekt każdego niewielkiego CME byłby dla atmosfery Wenus podobnie niszczący, ale pokazuje, że i tak dotkliwe skutki są możliwe. Wygląda na to, że brak magnetosfery sprawia, że atmosfera planety jest na wpływ kosmicznej pogody bardzo wrażliwa. To oznacza, że liczba planet, które w stabilny sposób mogą zapewnić życiu korzystne warunki – by mogło powstać, rozwinąć się i przetrwać, może być istotnie mniejsza, niż się ostatnio spodziewano.


15 kwietnia 2015 r.

HD 189733 b – piekielna planeta

Szwajcarskim naukowcom udało się zbadać atmosferę planety pozasłonecznej HD189733b z niespotykaną dotąd dokładnością. Na podstawie wyników obserwacji i pomiarów stwierdzono, że jest ona jednym z najmniej przyjaznych światów, jakie kiedykolwiek odkryto.


HD189733b na tle swojej gwiazdy – grafika ilustracyjna /materiały prasowe

Pomiar astronomów ze szwajcarskich uniwersytetów w Genewie i Bernie połączył dwie metody. Po pierwsze HARPS, czyli spektrometr mierzący widma gwiazd, który służy do poszukiwania planet pozasłonecznych. Druga polegała na zupełnie nowej metodzie interpretacji linii sodu.

Nowatorskie podejście i umiejętne połączenie obu technik umożliwiły określenie warunków panujących na egzoplanecie HD189733b z ogromną dokładnością. Okazało się, że wiejące tam wiatry osiągają prędkość ponad 1 000 km/h a temperatura przekracza 3 000 stopni Celsjusza.

HD189733b znajduje się w odległości 60 lat świetlnych od Ziemi i należy do kategorii gorących Jowiszy. Jej masa wynosi około 1,14 masy Jowisza a średnica 1,14 średnicy Jowisza. Okrąża swoją gwiazdę HD 189733A w odległości 0,0313 jednostek astronomicznych. Jeden okres orbitalny HD 189733 b trwa około 2,219 dnia.


14 kwietnia 2015 r.

Czy asteroida 2012 TC4 w 2017 r. uderzy w Ziemię?

Zgodnie z obecnym stanem wiedzy, 12 października 2017 r. asteroida 2012 TC4 przeleci niebezpiecznie blisko Ziemi. Astronomowie nie znają jej dokładnego toru lotu ani wielkości. Czy coś nam zagraża?


Istnieje prawdopodobieństwo na poziomie 0,00055%, że asteroida 2012 TC4 w 2017 r. uderzy w Ziemię /materiały prasowe

Astronomowie cały czas obserwują niebo w poszukiwaniu obiektów NEO (Near-Earth Object), które mogą być potencjalnie niebezpieczne dla naszej planety. Jednym z nich jest planetoida 2012 TC4, o której tak naprawdę wiadomo niewiele. Na podstawie obserwacji przeprowadzonych w październiku 2012 r., gdy obiekt minął naszą planetę, oszacowano jej średnicę na 12-40 m. Warto zaznaczyć, że meteor, który eksplodował nad Czelabińskiem w lutym 2013 r. mierzył zaledwie 20 m średnicy. Rannych zostało wtedy 1500 osób i uszkodzonych 7000 budynków. Nietrudno się domyślić, że potencjalne wejście planetoidy 2012 TC4 może wywołać znacznie poważniejsze konsekwencje.

– Ta planetoida to coś, na co musimy mieć oko. Widzieliśmy co może zrobić eksplozja meteorytu w powietrzu, a przecież wszystko zależy od miejsca trafienia – powiedziała Judit Györgyey-Ries, astronom z University of Texas McDonald Observatory.

Planetoida wielkości domu została odkryta 4 października 2012 r. przez obserwatorium Pan-STARRS na Hawajach. Tydzień później obiekt minął Ziemię o 94 800 km. Nie było to pierwsze zbliżenie planetoidy do naszej planety. Teraz uczeni starają się określić dokładny tor lotu głazu i prawdopodobieństwo ewentualnego wejścia w ziemską atmosferę.

– Istnieje prawdopodobieństwo na poziomie 0,00055%, że planetoida uderzy w Ziemię. Fakt że minimalna odległość orbity przecięcia wynosi tylko 30 367 km zapala lampkę alarmową. Ale to tylko najmniejsza możliwa odległość między orbitami Ziemi i wspomnianej planetoidy – dodała Györgyey – Ries.

Makoto Yoshikawa z Japanese Aerospace Exploration Agency (JAXA), który na co dzień zajmuje się poszukiwaniem NEO, jest przekonany, że asteroida nie stanowi zagrożenia dla Ziemi.

– Odległość jest bardzo mała. Ale to nie jest jednoznaczne z kolizją – powiedział Japończyk.

Na ten moment wydaje się, że jesteśmy bezpieczni, ale są potrzebne dalsze obserwacje nieba, by w przypadku wykrycia zagrożenia mieć wystarczająco dużo czasu na działanie. Do dnia obecnego naukowcy odkryli 1572 potencjalnie niebezpieczne asteroidy (PHA). Żadna z nich nie znajduje się na kursie kolizyjnym z Ziemią, choć każdego dnia są odnajdywane nowe obiekty.


12 kwietnia 2015 r.

Dzisiaj mija 54. rocznica pierwszego lotu orbitalnego. Pierwszym kosmonautą został Jurij Gagarin.


11 kwietnia 2015 r.

RMF 24: Początek Księżyca był naprawdę brutalny

Teoria o powstaniu Księżyca w wyniku zderzenia Ziemi z tajemniczym ciałem niebieskim o rozmiarach Marsa, zyskuje kolejne potwierdzenie. Najnowsze wyniki badań naukowców z Uniwersytetu Maryland wskazują na tak potężną kolizję, że materiał, który po nim pozostał wymieszał się dokładnie, zanim jeszcze utworzył Srebrny Glob. Pisze o tym w najnowszym numerze czasopismo „Nature”.


Zderzenie, które doprowadziło do powstania Księżyca mogło być nawet bardziej gwałtowne, niż to wyobrażenie rysownika. /NASA

Ziemia powstała około 4,5 miliarda lat temu. Do powstania Księżyca miało dojść około 150 milionów lat później. To wtedy tajemnicza planeta Thea uderzyła w Ziemię i doprowadziła do wyrzucenia w przestrzeń potężnej ilości materiału, który uformował się w Księżyc. Ta tak zwana teoria wielkiego zderzenia została sformułowana w latach 70. ubiegłego wieku i zyskała sobie dość powszechną akceptację. Był tylko jeden problem.

Większość modeli opisujących to zderzenie szacowało, że Księżyc powinien zawierać około 60 procent materiału z Thei i w związku z tym jego skład chemiczny powinien znacząco odbiegać od składu Ziemi. Niestety badania skał księżycowych pokazały zadziwiające podobieństwo składu izotopowego pierwiastków na naszej planecie i jej naturalnym satelicie. Trudno było to wytłumaczyć, ale Księżyc najwyraźniej nie nosi na sobie izotopowego „odcisku palca” tamtej planety.

Badacze z Uniwersytetu Maryland podeszli teraz do problemu w nieco inny sposób. Skoncentrowali się na składzie izotopowym wolframu i na podstawie jego analizy doszli do wniosku, że teorię wielkiego zderzenia i podobieństwo chemiczne Ziemi i Księzyca da się pogodzić pod warunkiem, że kolizja była odpowiednio potężna. Powstała chmura materii musiała się potem przed utworzeniem Srebrnego Globu dokładnie z Ziemią wymieszać.


6 kwietnia 2015 r.

Superpotężna maszyna do poznawania świata wraca do pracy

Po dwóch latach przerwy w niedzielę uruchomiono Wielki Zderzacz Hadronów (ang. Large Hadron Collider). Ma osiągnąć prawie dwa razy większą energię zderzeń niż dotąd.


Detektor ATLAS w trakcie montażu.

Wielki Zderzacz Hadronów – największy na świecie akcelerator cząstek, znajdujący się w Europejskim Ośrodku Badań Jądrowych CERN w pobliżu Genewy – jest najbardziej skomplikowanym urządzeniem skonstruowanym przez człowieka. To rodzaj mikroskopu pozwalającego badać świat w bardzo małych skalach. Dochodzi w nim do zderzeń dwóch poruszających się w przeciwne strony wiązek cząstek – protonów lub jąder ołowiu.

Od lutego 2013 r. LHC miał przerwę – urządzenie było naprawione i modernizowane tak, by móc osiągnąć większą niż dotąd energię zderzeń. Dzięki temu będzie można lepiej badać naturę cząstek elementarnych.

Imponujące możliwości

Naukowcy przewidują, że energia zderzeń wyniesie dwukrotnie więcej niż wcześniej – ma to być 13 TeV (teraelektronowoltów). Oprócz energii zwiększona ma być dwukrotnie tzw. świetlność, czyli intensywność zderzeń (z 20 milionów razy na sekundę do 40 mln razy na sekundę).

Michał Bluj, fizyk z Narodowego Centrum Badań Jądrowych, zaangażowany w eksperyment CMS prowadzony przy LHC, wyjaśnia, że wiązki protonów przyspieszane są akceleratorach w tzw. paczkach. W LHC po nowym otwarciu zwiększona ma być nie tylko liczba takich paczek na sekundę, lecz takż liczba protonów w paczce. Poza tym zderzenia mają być skuteczniejsze dzięki zmianie geometrii przecięć wiązek protonów.

– Dzięki temu w ciągu trzech lat chcemy zebrać pięć razy więcej danych niż w latach 2011 i 2012 – podsumował Bluj.

Czy wszystko pójdzie dobrze?

Naukowcy nie są w stu procentach pewni, czy urządzenie będzie prawidłowo pracować z docelowymi ustawieniami. Dlatego badacze chcą do nich dochodzić małymi krokami. Po kalibracji urządzeń rozpędzana będzie początkowo tylko jedna wiązka cząstek, w dodatku o małej liczbie paczek protonów, później dopiero – jeśli działanie LHC będzie stabilne – rozpędzane będą dwie wiązki, a liczba paczek protonów będzie zwiększana aż do uzyskania docelowych ustawień.

– Kiedy przygotowuje się bolid Formuły 1 do udziału w wyścigu, nie wiadomo, czy wszystko zadziała. Może się na przykład okazać, że w pewnym momencie zgaśnie silnik albo urwie się koło. Żeby zminimalizować to ryzyko, przed wyścigiem dokonuje się wielu testów, dodatkowo różne udoskonalania wprowadza się stopniowo. W przypadku LHC jest podobnie, przy czym znacznie trudniej, bo to jedyne tego rodzaju urządzenie na świecie i nie zawsze da się przewidzieć, co może pójść nie tak – zaznaczył fizyk.

Docelowe parametry LHC powinien osiągnąć jesienią 2015 r.

– Nie oznacza to jednak, że wcześniej zebrane dane będą nieużyteczne dla badaczy – podkreślił Bluj.

To i tak był pracowity czas

Badacze związani z eksperymentami przy LHC w ciągu ostatnich dwóch lat przeprowadzali bardzo dokładne analizy zebranych już danych oraz przygotowywali eksperymenty, które będą prowadzone po kolejnym uruchomieniu akceleratora – m.in. modernizowali sposób przechwytywania i selekcjonowania danych z akceleratora. W takich działaniach brali udział również Polacy z zespołu luja.

– Nie mieliśmy wakacji – zapewnił badacz.

Fizycy na szychtach

Dodał, że po nowym uruchomieniu LHC zmieni się charakter pracy fizyków biorących udział w eksperymentach. Teraz będą oni musieli m.in. uczestniczyć w tzw. szychtach, czyli zmianach w pracy przy detektorze, by nadzorować proces zbierania danych, dbając o jakość jego pracy. Poza tym będą prowadzili wstępną analizę nowych danych. We wszystkie te działania zaangażowani będą również Polacy.


Detektor ATLAS w trakcie montażu


4 kwietnia 2015 r.

Nowe silniki jonowe kluczem do przyszłych misji NASA

NASA pracuje nad nową generacją silnika Halla, kluczowego elementu przyszłych misji kosmicznych USA i Europy. Czym dokładanie jest ta jednostka i jak działa?


Demonstracja działania silnika Halla o mocy 6 kW w JPL NASA /NASA

Silnik Halla jest jednym z rodzajów silnika jonowego. Najważniejszym elementem tej jednostki jest komora w kształcie pierścienia, na danie której znajduje się anoda. Przez nią do komory przedostaje się paliwo – gaz – którego atomy ulegają jonizacji w wyniku zderzeń z elektronami. Napięcie elektryczne przyłożone pomiędzy anodą a katodą przyspiesza jony i kieruje je w storę wylotu.

Za paliwo służy najczęściej ksenon, ponieważ jest nieaktywny chemicznie w otoczeniu wody i tlenu, ma dużą masę atomową, niską energię jonizacji oraz duży przekrój czynny jonizacji. Kluczowe jest również źródło energii – panele słoneczne lub reaktor – tworzące pole elektryczne.

Silniki jonowe mają niewielki ciąg, ale są w stanie działać bardzo długo i tym samym rozpędzić statek do ogromnych prędkości – nawet 180 tys. km/h. Właśnie ta cecha jest kluczowa dla przyszłych misji kosmicznych.

Silniki tego typu nie są niczym nowy i niezwykłym. Służą bowiem do podtrzymywania właściwej orbity satelitów, zmiany ich pozycji czy napędzania sond.

Plany NASA zakładają wykorzystanie silników jonowych nowej generacji do misji przechwycenia asteroidy i umieszczenia jej na orbicie Księżyca. Pracuje nad nimi również Europejska Agencja Kosmiczna.


29 marca 2015 r.

Firma Boeing stworzyła i opatentowała ochronne pole siłowe

Koncern Boeing opatentował technologię, która może pozwolić na wyposażenie pojazdów i budynków w coś w rodzaju ochronnego pola siłowego. Idea ta znana była dotychczas głównie z prozy i filmów science fiction. Okazuje się, że stworzono technologię o bardzo podobnych funkcjonalnościach.


Ochronne pole siłowe to idea, która znana była dotychczas głównie z filmów science fiction. /YouTube

Boeing to przede wszystkim producent samolotów dla potrzeb awiacji cywilnej i wojskowej. Tym razem korporacja zainwestowała w rozwój technologii ochrony pojazdów i budynków za pomocą systemu który jest w stanie zminimalizować ryzyko ich zniszczenia. Opatentowane rozwiązanie nazywa się „systemem tłumienia fali uderzeniowej za pomocą łuku z fali elektromagnetycznej”. Pole siłowe ma być w stanie chronić nie tylko obiekty stacjonarne, ale też będące w ruchu jak czołgi, samoloty czy okręty.

System zawiera specjalne czujniki, które wykrywają wybuch w bardzo wczesnej jego fazie i natychmiastowo aktywują pole ochronne stworzone za pomocą impulsów promieniowania mikrofalowego, energii elektrycznej i laserów. Dochodzi wtedy do szybkiego podgrzania i zjonizowania powietrza, które przez kilka chwil jest w stanie pełnić funkcję ochronną i rozpraszać falę uderzeniową minimalizując znacznie uszkodzenia potencjalnego celu ataku.


Patent na pole siłowe opracowane przez Boeinga. /materiały prasowe

29 marca 2015 r.

Z jednego krańca Ziemi na drugi w 38 minut. I to przez sam środek!

38 minut – tyle według najnowszych wyliczeń trwałaby podróż z jednego krańca Ziemi na drugi przez sam jej środek. Wcześniej naukowcy myśleli, że czas takiej podróży byłby aż o cztery minuty dłuższy. Dlaczego? Wyjaśnienie kryje się w gęstości warstw naszej planety.


38 minut w poprzek Ziemi

Średnica Ziemi ma około 12700 km. Wyobraźmy sobie, że przez sam jej środek biegnie próżniowy tunel, który łączy jeden kraniec naszej planety z drugim. Gdybyśmy wskoczyli do takiego tunelu na jednym krańcu, na drugim znaleźlibyśmy się po 42 minutach, obliczyli kiedyś naukowcy. Te wyliczenia obala Aleksander Klotz, doktorant na Uniwersytecie McGill w Kanadzie, według którego taka podróż trwałaby zaledwie 38 minut. To krócej aż o 4 minuty! Skąd taka rozbieżność?

Gęstość i grawitacja

Tradycyjne obliczenia bazują na założeniu, że wszystkie warstwy Ziemi mają taką samą gęstość. Ponieważ przyciąganie grawitacyjne między dwoma obiektami jest proporcjonalne do ich mas (lub gęstości) i odwrotnie proporcjonalne do kwadratu odległości między nimi. Jeśli gęstość Ziemi byłaby stała, jedyna zmiana grawitacji, której byśmy doświadczali, byłaby za sprawą tego, jak daleko znajdujemy się od jej centrum.

Klotz wyszedł natomiast z założenia, że gęstość Ziemi zmienia się warstwa po warstwie. W rezultacie zmienia się grawitacyjna prędkość, przy której wchodzilibyśmy w każdą warstwę, przemierzając tunel.

Naukowiec zmierzył różne gęstości znalezione we wnętrzu Ziemi na podstawie danych sejsmicznych. Nasza planeta ma mniej gęstą skorupę i płaszcz, a bardziej gęste jądro. A zatem w niektórych miejscach tunelu poruszalibyśmy się szybciej, a w innych wolniej. Sumując prędkości okazuje się, że czas podróży przez środek Ziemi wyniósłby 38 minut.

Artykuł opisujący nowe wyniki eksperymentu myślowego został opublikowany w marcowym wydaniu „American Journal of Physics”.


27 marca 2015 r.

Restart Wielkiego Zderzacza Hadronów opóźniony

Po dwóch latach przerwy Wielki Zderzacz Hadronów (LHC) znowu będzie działał. Jego ponowne uruchomienie planowane było na marzec, ale ze względu na usterkę jednego z kluczowych magnesów, odwlecze się w czasie.

Wielki Zderzacz Hadronów to największy akcelerator na świecie, w którym dochodzi do zderzeń dwóch poruszających się w przeciwne strony wiązek cząstek. Urządzenie od lutego 2013 r. jest wyłączone, a czas ten był przeznaczony na przeprowadzenie niezbędnych napraw i modernizacji. Ponowne uruchomienie LHC planowano na 23 marca bieżącego roku. Teraz już wiadomo, że restart nastąpi co najmniej kilka dni później.

Wszystko z powodu krótkiego spięcia, do którego doszło w układzie scalonym jednego z ważniejszych dla działania akceleratora magnesów. Naprawa usterki jest konieczna, gdyż w przeciwnym razie LHC nie uda się uzyskać energii pozwalających na zderzenia cząstek o mocy 13 TeV.

Naukowcy przekonują, że awaria nie jest poważna. Wykryto ją podczas przygotowań do pompowania strumieni protonów poprzedzających dokonanie kolejnych zderzeń. Usuwanie usterki może potrwać od kilku dni do kilku tygodni.

– Kilka tygodni opóźnienia w poszukiwaniu odpowiedzi na największe zagadki wszechświata, to jak mgnienie oka – trafnie podsumował Rolf Heuer, szef CERN.


22 marca 2015 r.

Kometa, na którą posłano lądownik, obraca się coraz wolniej

Pomimo że lądownik Philae nadal jest uśpiony, nad kometą 67P/Czuriumow-Gierasimienko czuwa sonda kosmiczna Rosetta, która zbiera zaskakujące dane. Okazało się, że z dnia na dzień czas obrotu komety wokół własnej osi zwiększa się o około sekundę.


Wizualizacja podejścia Rosetty do komety

Philae – pierwszy obiekt, który udało się umieścić ludziom na komecie – od czterech miesięcy nie zbiera żadnych danych na temat komety 67P/Czuriumow – Gierasimienko. Naukowcy pracujący przy misji Rosetty, czyli sondy, która 12 listopada 2014 roku dowiozła lądownik do komety, nie tracą czasu jednak czasu. Wykorzystują Rosettę do zbierania cennych informacji o pędzącej przez przestrzeń kosmiczną komecie. Choć Rosetta przygląda jej się z odległości kilkudziesięciu kilometrów, potrafi dostarczyć naukowcom wiele cennych nowinek.

Ostatnio specjaliści z Europejskiej Agencji Kosmicznej (European Space Agency, w skrócie ESA) zaobserwowali, że kometa spowalnia okres obrotu wokół własnej osi, co wpływa na jej tor lotu. To niepokoi naukowców, którzy czuwają nad Rosettą, ponieważ nie są w stanie przewidzieć trajektorii lotu komety.

Gazy spowalniają kometę

Według danych z ubiegłego roku, komecie jeden obrót wokół własnej osi zajmował 12,4 godziny. We wrześniu 2014 roku stwierdzono, że okres obrotu komety codziennie zwiększa się o 33 tysięczne części sekundy. Teraz, gdy kometa zbliża się do Słońca, przez co wyrzuca w przestrzeń kosmiczną coraz więcej gazów, obrót wydłuża się o jedną sekundę dziennie.

– Strumienie gazów pochodzące z komety działają jak silniki sterujące i spowalniają ją. Są one wyrzucane na kilka kilometrów za kometą i poruszają się z prędkością 2880 km/h – poinformował Andrea Accomazzo z Europejskiego Centrum Operacji Kosmicznych.

Naukowcy informują, że mimo wydłużającego się czasu obrotu wokół własnej osi, kometa nadal jest aktywna. Pozostawia po sobie wiele odłamków skalnych, dlatego sonda kosmiczna musiała zwiększyć swój dystans do 67P/Czuriumow-Gierasimienko. W grudniu i w styczniu Rosetta była w stanie poruszać się w odległości do 30 km od komety.

– Rosetta to dość duża sonda kosmiczna, która składa się z 64 metrów kwadratowych paneli słonecznych, co tworzy „wielki żagiel”- opowiada Accomazzo.

Na ratunek Philae

Obecnie Rosetta znajduje się w odległości około 60-70 km od komety. Naukowcy planują zbliżyć się do niej na 20 km, aby wykonać serię zdjęć i zlokalizować lądownik Philae, który od połowy listopada jest uśpiony. Accomazzo ma nadzieję, że wkrótce na baterie słoneczne Philae spadnie taka ilość promieni Słonecznych, aby mógł ponownie rozpocząć pracę.


21 marca 2015 r.

Miniaturowe czarne dziury we wnętrzu Wielkiego Zderzacza Hadronów

Współczesna fizyka dopuszcza istnienie wszechświatów równoległych, chociaż ich detekcja do tej pory była niemożliwa. Być może uda się je odkryć dzięki Wielkiemu Zderzaczowi Hadronów, który po ponad dwuletniej przerwie wraca do zbierania danych.


Tęcza grawitacyjna

Według fizyków Faraga Ali, Mira Faizala i Mohammeda M. Khalila kluczem do odnalezienia wszechświatów równoległych mogą być miniaturowe czarne dziury, wykrywalne przy pewnych poziomach energii. Ich detekcja jest jednym z głównych celów Wielkiego Zderzacza Hadronów (LHC), który zostanie ponownie uruchomiony jeszcze w tym miesiącu. Istnienie miniaturowych czarnych dziur byłoby potwierdzeniem słuszności teorii strun, która przewiduje istnienie dodatkowych wymiarów, także wszechświatów równoległych.

– Zwykle gdy ludzie myślą o wieloświecie, dotyczy to takiej interpretacji fizyki kwantowej, w której istnienie wielu wymiarów rozwiązuje wszelkie problemy. To bardziej filozofia niż nauka, bo nie da się tej koncepcji przetestować. My pod pojęciem wszechświatów równoległych rozumiemy coś innego. To prawdziwe wszechświaty ulokowane w dodatkowych wymiarach. Ponieważ grawitacja może przenikać z naszego wszechświata do tych dodatkowych, słuszność tego modelu można by przetestować wykrywając miniaturowe czarne dziury przy pomocy LHC. Obliczyliśmy energię, w której spodziewamy się zaobserwować miniaturowe czarne dziury w tęczy grawitacji (nowa teoria fizyczna – przyp. red.). Jeżeli faktycznie je tam znajdziemy, hipoteza o tęczy grawitacji i dodatkowych wymiarach będzie prawdziwa – powiedział Faizal.

Tęcza grawitacji

Pod kilkoma względami, pomysł ten nie jest całkiem nowy. LHC próbował już wykryć miniaturowe czarne dziury, ale za każdym razem fizycy odchodzili z pustymi rękami. Jeżeli założymy, że nasz wszechświat składa się tylko z czterech wymiarów, energia niezbędna do uzyskania czarnej dziury (1019 GeV) byłaby znacznie większa od energii, która może być osiągnięta przez LHC (14 TeV).

Ale jeżeli założymy, że dodatkowe wymiary istnieją, to energia niezbędna do wytworzenia miniaturowej czarnej dziury jest znacznie mniejsza. Prawdopodobnie mieści się ona w zakresie funkcjonalności LHC. Dzieje się tak, gdyż grawitacja z naszego wszechświata może w jakiś sposób wpływać na dodatkowe wymiary. Ponieważ Wielki Zderzacz Hadronów do tej pory nie wykrył miniaturowych czarnych dziur, wielu fizyków skreśliło możliwość istnienia zewnętrznych wymiarów, przynajmniej w zakresie energetycznym, który był testowany.

W artykule opublikowanym w „Physics Letters B” Ali, Faizal i Khalil proponują inną interpretację przyczyn, z powodu których miniaturowe czarne dziury wciąż pozostają ukryte dla LHC. Fizycy sugerują, że obecny model grawitacji, którego użyto do przewidzenia wymaganego poziomu energii dla wytwarzania czarnych dziur nie jest całkowicie dokładny, gdyż nie uwzględnia efektów kwantowych.


Tunel LHC

Zgodnie z ogólną teorią względności Einsteina, grawitacja może być traktowana jako zakrzywienie czasu i przestrzeni. Ale geometria czasu i przestrzeni odpowiedzialna za grawitację zostaje zdeformowana w skali Plancka, dlatego też uczeni użyli nowej teorii o tęczy grawitacji. Operuje ona w skali, w której powinny występować miniaturowe czarne dziury.

Do tej pory LHC poszukiwał miniaturowych czarnych dziur na poziomie energii poniżej 5,3 TeV. Teoria tęczy grawitacji wskazuje, że jest to zbyt niska energia do rozpoczęcia poszukiwań. Czarne dziury mogą powstawać na poziomie energii co najmniej 9,5 TeV w sześciu wymiarach i 11,9 TeV w dziesięciu wymiarach. Wielki Zderzacz Hadronów może osiągnąć maksymalnie energię 14 TeV, dzięki czemu detekcja okien do wszechświatów równoległych powinna być możliwa.

Okno na inny wszechświat

Jeżeli LHC wykryłby miniaturowe czarne dziury, byłby to milowy krok współczesnej fizyki. Stanowiłoby to najprawdopodobniej potwierdzenie kilku problematycznych pomysłów: wszechświatów równoległych, dodatkowych wymiarów, teorii strun i tęczy grawitacji – przy czym dwa ostatnie miałyby konsekwencje dla kwantowej teorii grawitacji.

– Jeżeli miniaturowe czarne dziury zostaną wykryte w LHC w przewidywanych energiach, nie tylko udowodni to istnienie dodatkowych wymiarów i wszechświatów równoległych, ale również rozwiąże słynny paradoks informacyjny czarnych dziur. Jest to możliwe, gdyż w modelu tęczy grawitacji, miniaturowe czarne dziury mają minimalny promień, poniżej którego nie można już zejść – powiedział Ali.

Ale jeżeli czarne dziury nie zostaną wykryte, naukowcy będą musieli zmienić swój sposób myślenia.

– Jeżeli czarne dziury nie zostaną odkryte przy zakładanych przez nas poziomach energii, będzie to oznaczało jeden z trzech scenariuszy. Albo dodatkowe wymiary nie istnieją, albo istnieją w skali mniejszej niż sądziliśmy, albo trzeba zmienić parametry tęczy grawitacji – podsumował Khalil.

Inni fizycy chwalą pracę Aliego, Faizala i Khalila, ale zalecają ostrożność. „Wszystko zależy od doboru funkcji tej teorii”, stwierdził prof. Joao Magueijo z Imperial College London. Na końcu tęczy grawitacji może znajdować się nie garnek wypełniony złotem, a odpowiedziami na największe zagadki współczesnej fizyki.


21 marca 2015 r.

Wielki Zderzacz Hadronów gotowy na restart

Po dwóch latach Wielki Zderzacz Hadronów (LHC) w CERN pod Genewą znowu zostanie uruchomiony. Akcelerator osiągnie prawie dwa razy większą energię zderzeń niż dotąd.


Detektor ATLAS

Wielki Zderzacz Hadronów jest najbardziej skomplikowanym urządzeniem skonstruowanym przez człowieka. To rodzaj mikroskopu pozwalającego badać świat w bardzo małych skalach. Dochodzi w nim do zderzeń dwóch poruszających się w przeciwne strony wiązek cząstek – protonów lub jąder ołowiu. Od lutego 2013 r., po trzech latach intensywnej pracy, LHC miał przerwę – urządzenie było naprawiane i modernizowane tak, by móc osiągnąć większą niż dotąd energię zderzeń. Dzięki temu będzie można lepiej badać naturę cząstek elementarnych.

Wielki Zderzacz Hadronów zostanie ponownie uruchomiony 23 marca. Pierwsze zderzenia cząstek o mocy 13 TeV (teraelektronowoltów) odbędą się na przełomie maja i czerwca. Oprócz energii zwiększona dwukrotnie będzie tzw. świetlność, czyli intensywność zderzeń (z 20 milionów razy na sekundę do 40 mln razy na sekundę). Druga runda zbierania danych (tzw. Run 2) potrwa od 2015 r. do 2017 r.

Po nowym uruchomieniu LHC zmieni się charakter pracy fizyków biorących udział w eksperymentach. Teraz będą oni musieli m.in. uczestniczyć w tzw. szychtach, czyli zmianach w pracy przy detektorze, by nadzorować proces zbierania danych, dbając o jakość jego pracy. Poza tym będą prowadzili wstępną analizę nowych danych. We wszystkie te działania zaangażowani będą również Polacy.

Oficjalnie Polska stała się członkiem Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych CERN w 1991 roku. Dziś przy wszystkich projektach i eksperymentach w CERN, pracuje blisko 300 ekspertów z polskich jednostek badawczych w tym ok. 100 w eksperymentach przy LHC.


19 marca 2015 r.

Pięć największych zagadek, które ma rozwiązać Wielki Zderzacz Hadronów

Największy na świecie akcelerator cząstek – LHC (Large Hadron Colider) zaczyna znowu pracę. Urządzenie będące największym stworzonym przez człowieka źródłem pola magnetycznego będzie poszukiwać odpowiedzi na podstawowe pytania dotyczące natury otaczającego nas świata.


LHC wznawia pracę. Czy pozwoli odpowiedzieć na najtrudniejsze pytania? /AFP

Jeszcze w 2012 roku fizycy z instytutu CERN w Genewie, gdzie znajduje się LHC, oświadczyli, że udało im się uchwycić ślad istnienia bozonu cechującego, który ma nadawać masę. Niektórzy nazwali to „boską cząsteczką”. Była to jednak nieco wymuszona interpretacja danych zebranych w ramach pracy dwóch detektorów ATLAS i CME. Fizycy oświadczyli wtedy, że doszli do kresu możliwości LHC i postanowili dołożyć nadprzewodników oraz przebudować obwody tak, aby osiągać dużo większe energie zderzeń.

Zagadka ciemnej materii

Gdy cel główny istnienia LHC – znalezienie bozonu cechującego – został zrealizowany wiele osób obawiało się, że skończy się finansowanie dalszych badań. Stało się jednak inaczej, pieniądze się znalazły, a przed naukowcami postawiono nowe cele, między innymi zrozumienie czym jest ciemna materia, której istnienie wynika z reguł matematycznych. Astrofizycy przekonują, że aż 75 proc. materii we wszechświecie jest niewidoczne, ale musi istnieć, ponieważ bez niej nie byłoby odpowiednio dużej grawitacji, aby gwiazdy utrzymały się na orbitach wokół centrum galaktyk. Jeśli naukowcy mają rację, cząsteczki ciemnej materii można uzyskać w wynik rozpadu bozonu Higgsa. Przy niemal dwukrotnie zwiększonej energii zderzeń – LHC doposażono z 8 TeV do 14 TeV – może udać się zaobserwować powstawanie ciemnej materii.

Kilka chwil po Wielkim Wybuchu

Badania w LHC mogą również pomóc w zrozumieniu natury zjawiska zwanego spontanicznym złamaniem symetrii – SUSY. W wielkim uproszczeniu, każdej z cząstek elementarnych powinien towarzyszyć jej odpowiednik. Na przykład elektron, który jest fermionem powinien mieć odpowiednika zwanego selektronem, który będzie bozonem. Złamane symetrie stają się widoczne dopiero przy wysokich energiach. Specjaliści podejrzewają, że na wczesnym etapie istnienia wszechświata nie dochodziło do spontanicznego złamania symetrii. Właśnie dlatego naukowcy planują odtworzenie kosmicznych warunków wczesnego wszechświata. Takiego, który istniał w jednej miliardowej części sekundy po hipotetycznym Wielkim Wybuchu. Według ich teorii, kosmos był wtedy bardzo gęsty i gorący, ale są to tylko niczym niepoparte przypuszczenia. Te eksperymenty rozpoczną się już w maju bieżącego roku.

Czym jest antymateria

Przy okazji naukowcy uważają, że uda się kontynuować badania antymaterii, czyli przeciwieństwa materii. Naukowcy uważają, że w zaraz po Wielkim Wybuchu, wszechświat tworzyła równa ilość materii i antymaterii. Ponieważ żyjemy w świecie materialnym, naukowcy uważają, że musiały istnieć jednak jakieś subtelne różnice w właściwościach materii i antymaterii i dlatego antymateria musiała zostać zniszczona niemal natychmiast. CERN stworzył już małe ilości antymaterii. W jednym z eksperymentów badacze zebrali 309 atomów antywodoru, ale antymateria została unicestwiona w błysku energii do którego doszło po kontakcie z materią. Antywodór zniknął po mniej więcej 17 minutach. Ponowne uruchomienie LHC pozwoli naukowcom kontynuować badanie unikalnych właściwości antymaterii.

Grawitacja i inne wymiary

Oprócz tego zapowiada się badania grawitacji i dodatkowych wymiarów czasoprzestrzeni. Naukowcy chcą zrozumieć, dlaczego grawitacja jest tak różna od innych sił przyrody. Możliwe jest, że nie czujemy w pełni jej skutków, ponieważ jest ona rozprowadzana w innych wymiarach. Uczeni mogą również dowiedzieć się więcej o nich samych. Trzeba w tym celu obserwować cząstki, które mogą istnieć tylko w nich. Być możne dzięki LHC zamiast supersymetrii zaproponowana zostanie nowa teoria wykorzystująca kwestię wszechświatów równoległych.


14 marca 2015 r.

Miło mi poinformować, że Maciej ŁEBEK (klasa 3b licealna) został finalistą 64. Olimpiady Fizycznej. Finał Olimpiady odbędzie się w dniach 11 kwietnia (część doświadczalna) oraz 12 kwietnia (część teoretyczna). Ogłoszenie wyników będzie miało miejsce 14 kwietnia. Gratuluję Maćkowi oraz życzę sukcesu podczas zawodów finałowych. Listę wszystkich finalistów 64. Olimpiady Fizycznej znajdziesz TUTAJ.


14 marca 2015 r.

Polska ciecz zrewolucjonizuje kamizelki kuloodporne. Międzynarodowe koncerny zainteresowane projektem

Twórcy specjalnej cieczy, która błyskawicznie twardnieje pod wpływem uderzenia i może znaleźć zastosowanie m.in. w kamizelkach kuloodpornych, liczą, że w tym roku uda im się zakończyć proces komercjalizacji wynalazku. Polskim rozwiązaniem interesują się firmy z całego świata.

Nad wynalazkiem pracował zespół naukowców z Politechniki Warszawskiej, Wojskowego Instytutu Technicznego Uzbrojenia oraz Instytutu Technologii Bezpieczeństwa Moratex w Łodzi. Opracowany został w ramach projektu „Inteligentne pancerze pasywne z zastosowaniem cieczy reologicznych ze strukturami nano” w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka.

Teraz nie ma komfortu

Obecnie stosowane materiały do wytwarzania kamizelek balistycznych charakteryzują się wysoką sztywnością i brakiem elastyczności, co wpływa negatywnie na komfort ich noszenia oraz brak możliwości stosowania ochrony balistycznej na zgięciach rąk, nóg czy samej szyi.

Zdaniem dr hab. Marcina H. Struszczyka, dyrektora ds. naukowych w Instytucie Moratex, zastosowanie cieczy umożliwia polepszenie elastyczności materiałów, a co za tym idzie eliminację tych ograniczeń. To zupełnie inne podejście do projektowania osłon balistycznych, głównie kamizelek kuloodpornych.

– W tym przypadku używamy nie np. włókna, jak do tej pory, ale specjalnie opracowane ciecze zgęszczone ścinaniem, które pod wpływem uderzenia zmieniają swoją konsystencję, swoją lepkość i stają się twarde – powiedział dr Struszczyk.

Nowe ciecze

W ramach projektu opracowane zostały nowe ciecze zgęszczone ścinaniem, charakteryzujące się znacząco obniżoną gęstością, co powoduje, że masa wyrobu ochronnego jest niższa. Naukowcy starali się zastosować ciecze w różnych formach poprzez np. nakładanie na tkaniny, na kompozyty polietylenowe oraz w kompozyty elastomerowe tworząc tzw. podkładkę antyugięciową.

– W przypadku podkładki antyugięciowej wprowadzenie takiej cieczy reologicznej do wnętrza kompozytu elastomerowego powoduje chwilowe zmniejszenie deformacji osłony balistycznej przy tzw. niepenetrującym ostrzale – dodał dr Struszczyk.

Jak wyjaśnił, w przypadku ostrzału zawsze dochodzi do ugięcia osłony. W niektórych normach dopuszczalne ugięcie wynosi nawet do 4 cm, co np. przy uderzeniu pocisku w rejonie serca, oznacza praktycznie bezpośredni kontakt materiału ochrony balistycznej z narządami wewnętrznymi, grożąc ich urazem, czasami śmiertelnym, bowiem nawet bez przebicia osłony balistycznej pociskiem może dojść do śmierci użytkownika.

Mniejsze ryzyku urazu

– Wprowadzając ciecz zgęszczaną ścinaniem staraliśmy się uzyskać efekt maksymalnej absorpcji energii uderzenia, tak aby zmniejszyć chwilową deformację osłony. Udało się nam to zrobić w 70 proc., czyli nie będzie to już 4 cm ugięcia, a zaledwie 1 cm. W ten sposób udało się zmniejszyć ewentualne ryzyko uszkodzenia organów wewnętrznych – dodał dyrektor naukowy Morateksu.

Dodatkowo, poprzez odpowiednie ukształtowanie podkładki antyugięciowej, udało się wprowadzić element tzw. kanału termicznego wewnątrz kamizelki, który ma zwiększać komfort termiczny jej użytkowania.

Opracowana przez polskich naukowców rozwiązanie może mieć zastosowanie wszędzie tam, gdzie materiał będzie miał za zadanie maksymalne rozproszenie energii. Może być stosowany m.in. w kamizelkach kuloodpornych, ale także np. w odzieży sportowej, ochronach przeciwuderzeniowych, w podkładach stosowanych przy budowie mostów, czy w zderzakach montowanych w pociągach.

Dr Struszczyk przyznaje, że wynalazek jest obecnie w końcowej fazie komercjalizacji. – Myślę, że do końca tego roku uda nam się go skomercjalizować. Mogę powiedzieć, że rozwiązaniem zainteresowane są firmy nie tylko europejskie, ale też światowe – podkreślił.


14 marca 2015 r.

RMF 24: Sztuczna skóra „umie” zmieniać kolor

Naukowcy i inżynierowie University of California w Berkeley skonstruowali sztuczną „skórę”, która podobnie, jak skóra kameleona może zmieniać kolor. Jak pisze w najnowszym numerze czasopismo „Optica”, zmiana barwy następuje w wyniku przyłożenia do nowego materiału niewielkiej siły. Technologia może znaleźć liczne zastosowania, od tworzenia nowych ekranów, przez zmieniający barwy kamuflaż, po czujniki wykrywające uszkodzenia budowli, czy części maszyn.


Do zmiany barwy wystarczy przyłożenie niewielkiej siły. Źródło: The Optical Society (OSA). /RMF24

Kalifornijczycy podpatrzyli sztuczkę „wymyśloną” przez naturę na potrzeby kameleona czy niektórych owadów. Podobnie jak ów gad postanowili wykorzystać do zmian koloru powierzchni nie barwniki, ale nanocząsteczkowych rozmiarów struktury, których ułożenie wpływa na częstotliwości pochłanianego i odbijanego promieniowania. Takie struktury, o rozmiarach mniejszych niż długość fali światła wytrawili w tysiące razy cieńszej od ludzkiego włosa warstwie silikonu. Jej naciąganie lub wyginanie pozwala zmieniać barwę odbijanego światła.

Ponieważ o częstotliwości i związanej z tym barwie odbijanego światła decyduje odstęp miedzy tymi rowkami, naukowcy przewidywali, że przez zmiany tej odległości związane z naciąganiem materiału będzie można te kolory zmieniać. Wcześniejsze próby nie kończyły się sukcesem, bowiem rowki były wycinane albo w materiałach słabo odbijających światło, albo zbyt grubych i sztywnych, by można je było w łatwy i precyzyjny sposób wyginać i naciągać.

Przełom przyniosło wykorzystanie do tworzenia oddziałujących ze światłem struktur warstwy półprzewodnikowego krzemu o grubości około 120 nanometrów, nałożonych na warstwę silikonu. Testy wykazały, że taki układ pozwala na precyzyjne dobranie kolorów i odbija nawet 83 procent padającego nań światła.

Dość oczywiste wydaje się wykorzystanie takiego materiału do tworzenia różnego rodzaju ekranów, czy zmieniających barwę kamuflaży, ale z technicznego punktu widzenia najciekawsza wydaje się możliwość kontroli naprężeń. Budowle, czy na przykład samoloty pokryte w pewnych fragmentach takim materiałem mogą zdradzić nawet najdrobniejsze, nieprzewidywane uszkodzenia i deformacje.

Na razie udało się stworzyć materiał umożliwiający zmianę częstotliwości światła w zakresie około 39 nanometrów, od zieleni, przez kolor żółty, pomarańczowy do czerwonego. Naukowcom udało się przygotować go w rozmiarze około centymetra kwadratowego, na produkcję w ilości niezbędnej do praktycznych zastosowań trzeba będzie jeszcze poczekać.


14 marca 2015 r.

RMF 24: Ziemia była mokra niemal od początku

Oceany pojawiły się na Ziemi znacznie wcześniej, niż nam się do tej pory wydawało – przekonują naukowcy Woods Hole Oceanographic Institution (WHOI). Wyniki ich badań, opisane na łamach czasopisma „Science” wskazują, że miano Niebieskiej Planety należało się Ziemi niemal od początku jej istnienia, a woda pojawiła się na niej mniej więcej w tym samym okresie, co skały.


Schemat wczesnego Układu Słonecznego. Źrodło: Jack Cook, Woods Hole Oceanographic Institution /materiały prasowe

Ziemia zawdzięcza swój przydomek oceanom, które pokrywają około 70 procent jej powierzchni. Mimo obfitości wody i jej kluczowego znaczenia dla życia na Ziemi, wciąż nie wiemy dokładnie kiedy i skąd się wzięła. Wśród różnych teorii, dominowało do tej pory przekonanie, że Ziemia powstałą jako sucha planeta, a wodę znacznie później przyniosło bombardowanie przez komety i planetoidy, w dużym stopniu zbudowane z lodu.

Najnowsze badania stawiają przy tej teorii poważny znak zapytania. „Nasza odpowiedź na pytanie o pochodzenie wody jest następująca: oceany zawsze tu były. Nie pojawiły się później, jak dotąd przypuszczano” – mówi pierwszy autor pracy, Adam Sarafian. „Zderzenia planetoid i meteorów prowadziły do gigantycznych zniszczeń” – dodaje Horst Marschall, geolog z WHOI. „Dlatego zdaniem wielu badaczy cząsteczki wody nie mogłyby się na Ziemi utrzymać. Stąd przekonanie, że musiały pojawić się znacznie później, nawet po setkach milionów lat”.

Tym razem badacze zwrócili uwagę na grupę najbardziej pierwotnych meteorytów, zwanych chondrytami węglistymi, które powstały prawdopodobnie z tego samego obłoku gazu i pyłu, który 4,6 miliarda lat temu dał początek Słońcu, na długo przed tym, jak pojawiły się planety. Te prymitywne meteoryty zawierają dość dużo wody i były już przedmiotem rozważań, dotyczących pochodzenia ziemskich oceanów.

By określić źródło wody na danym ciele niebieskim naukowcy mierzą proporcję dwóch stabilnych izotopów wodoru: protu i deuteru. Proporcje te w różnych rejonach Układu Słonecznego są odmienne. Badacze ustalili, że proporcje te w chondrytach węglistych, na Ziemi i w meteorytach pochodzących z planetoidy Westa, która powstała w tym samym rejonie Układu Słonecznego, co Ziemia, są identyczne. To wskazuje, że źródłem wody na Ziemi były właśnie chondryty i pojawiła się ona już w czasie formowania się całej planety.

Te wnioski nie wykluczają możliwości, że dodatkowe ilości wody pojawiły się na Ziemi później, ale oznaczają, że nasza planeta była „mokra” praktycznie od początku. To może istotnie wpłynąć nie tylko na teorie powstania życia na Ziemi, ale i poszukiwania jego śladów na innych obiektach Układu Słonecznego i poza nim.


14 marca 2015 r.

Na największym księżycu Układu Słonecznego istnieje słony ocean

Pod lodową skorupą Ganimedesa, największego księżyca Jowisza, znajduje się słony ocean głęboki nawet na 100 km. To odkrycie może zmienić nasze podejście do poszukiwania życia pozaziemskiego.


Bliskość Jowisza powoduje zorze polarne na Ganimedesie /NASA

Ganimedes jest największym księżycem nie tylko Jowisza, ale i całego Układu Słonecznego. Jako jedyny ma własne dipolowe pole magnetyczne, a z powodu bliskości Jowisza znajduje się pod wpływem pola magnetycznego planety. Przyczynia się to do powstawania zórz wokół północnego i południowego bieguna Ganimedesa. Zorze są w ciągłym ruchu i dzięki temu udało się określić, że pod skorupą księżyca znajdują się duże ilości słonej wody.

Zespół uczonych z niemieckiego University of Cologne pod kierownictwem Joachima Saura wpadł na pomysł, by do badań struktury Ganimedesa wykorzystać Kosmiczny Teleskop Hubble’a. Uczeni obliczyli spodziewane odchylenie zórz, gdyby podwodny ocean faktycznie istniał. Słona woda przewodzi prąd elektryczny, co generuje też pole magnetyczne. Spodziewane odchylenie to 2 stopnie. Takie też obserwuje się na Ganimedesie. Gdyby pod skorupą lodu nie było wody, odchylenie miałoby wartość ok. 6 stopni.

Naukowcy szacują, że 150 km pod lodem Ganimedesa znajduje się głęboki na co najmniej 100 km ocean. Jest tym samym 10 razy głębszy od ziemskich zbiorników wodnych. Księżycowy ocean ma maksymalnie 330 km głębokości. Zbadaniem podpowierzchniowego oceanu będzie jednym z głównych zadań sondy JUICE, która dotrze na Ganimedesa w 2030 r.

Pierwsze podejrzenia o istnieniu wody na Ganimedesie zrodziły się w latach 70. ubiegłego wieku. Dotychczasowe pomiary były jednak za krótkie, by jednoznacznie przesądzić o słuszności hipotezy. Obserwacje prowadzone przez Kosmiczny Teleskop Hubble’a są prowadzone w ultrafiolecie i jednoznacznie potwierdzają, że woda pod lodem Ganimedesa istnieje.


12 marca 2015 r.

W poszukiwaniu życia na Europie

Znany od czasów Galileusza księżyc Jowisza ma stać się celem kolejnej bezzałogowej misji NASA. Naukowcy chcą odnaleźć na tym odległym lodowatym globie ślady życia.


Wizja artystyczna przekroju powierzchni Europy. /NASA

Prace nad rozwinięciem misji w kierunku Europy, jednego z największych księżyców Jowisza, trwają od kliku lat. Lodowy satelita gazowego olbrzyma wydaje się posiadać jedne z lepszych warunków, by mogły rozwinąć się tam obce formy życia.

Jak to zwykle bywa, wszystko zależy od funduszy. NASA , jako agencja rządowa, jest finansowana z budżetu państwa. Zatem o losach planowanych misji decyduje Kongres. Tym razem misja w kierunku Europy może uzyskać zielone światło. W złożonej na początku lutego propozycji budżetowej agencji na 2016 r. przewiduje się przeznaczenie 30 mln dol. na ten cel. Warto zauważyć, że przyszłoroczny budżet NASA jest przewidywany na 18,5 mld dol. – czyli o ponad 0,5 mld więcej niż w tym roku (nie uwzględniając inflacji). Wyróżnienie misji w kierunku Europy, jako odrębnej pozycji w propozycji budżetowej, to ważny krok na drodze jej realizacji. Oznacza to koniec fazy projektowania, a rozpoczęcie etapu wdrażania misji.

Europa jest specyficznym tworem w Układzie Słonecznym. Gładka pokrywa lodowa wzbudza wiele emocji. Naukowcy wciąż nie są zgodni, co do jej grubości, zaś brak bruzd i kraterów na jej powierzchni jest co najmniej zastanawiający. Występowanie wody pod grubą skorupą lodu jest potencjalnym wyjaśnieniem takiego stanu rzeczy. Ta teoria została nieco wzmocniona w 1995 r., w trakcie przelotu Galileo, zmierzającego do Jowisza. Sonda odnotowała niewyjaśnione zakłócenia pola magnetycznego gazowego giganta w okolicach tego satelity. Ich przyczyną mogła być płynna substancja przewodząca prąd znajdująca się pod powierzchnią Europy. Biorąc pod uwagę, że Europa pokryta jest lodem, jest wielce prawdopodobne, że tą tajemniczą substancją jest właśnie woda.

Planowana misja może zatem potwierdzić, bądź wykluczyć teorie o występowaniu wody w stanie ciekłym, pod grubą, lodową pokrywą. Jeśli te domysły będą prawdziwe, istnieją duże szanse o występowaniu jakiegoś ekosystemu na Europie.

Tym razem nie będzie próbnika. NASA planuje badać satelitę Jowisza przy użyciu instrumentów zainstalowanych na pokładzie sondy. W trakcie misji sonda dokona 45 przelotów (flyby) przy powierzchni globu, na wysokościach wahających się od 25 do 2700 km. Na tym nie koniec, sonda nie tylko odpowie na pytanie o występowaniu wody, ale także dostarczy informacji, jaka jest ta woda. To wszystko umożliwią specjalne urządzenia tj. magnetometr, mierzący zmiany w polu magnetycznym, czy radar do sprawdzenia grubości pokrywy lodowej. Dodatkowo , dzięki kamerze topograficznej, spektrometrowi, zbadany zostanie dokładny skład powierzchni księżyca.

Oprócz samej sondy, trwają prace nad rakietą, która wyniesie ja w przestrzeń kosmiczną. Planowany początek misji to 2022 r., choć niektóre źródła podają również 2025. Jeśli faktycznie zostaną namierzone ślady życia na tym globie, nasze pytanie „Czy jesteśmy sami we Wszechświecie” może zyskać nowy wymiar.


9 marca 2015 r.

Na Marsie istniał ocean!

Kolejne badania wzmacniają hipotezę istnienia w przeszłości oceanu na Marsie.


Powierzchnia Marsa teraz i w przeszłości – z wodnym oceanem. Źródło: Kevin Gill. /Kosmonauta

Przed miliardami lat, północną półkulę Marsa pokrywał ocean. Zawierał on porównywalną ilość wody do ziemskiego Oceanu Arktycznego, zaś jego powierzchnia była większa od powierzchni Atlantyku na Ziemi. Do takich wniosków doszli naukowcy po sześciu latach intensywnych badań marsjańskiej atmosfery przy użyciu należącego do ESO Very Large Telescope oraz instrumentów udostępnionych przez NASA.

Skalisty i zimny Mars mniej więcej cztery miliardy lat temu pokryty był oceanem o średniej głębokości 140 metrów, a w najgłębszych miejscach nawet do 1,6 km. Wody gromadziły się na północnej półkuli planety. Wynika to z badań zawartości wody na Marsie, prowadzonych przez międzynarodowy zespół naukowców. Kryterium jest tu stosunek tzw. wody ciężkiej – HDO do powszechnie występującej wody (H2O). Ciężka woda charakteryzuje się tym, że w miejsce jednego atomu wodoru wchodzi deuter – izotop wodoru, zawierający jeden neutron w jądrze atomowym, przez co dwukrotnie cięższy od izotopu 1H.

Ponieważ woda składająca się z deuteru jest cięższa od zwykłej wody, proces jej parowania w kosmos jest tym trudniejszy. Zatem im wyższy jest ten stosunek, tym większa ilość wody została utracona. Opierając się na tych przesłankach i wynikach, naukowcy przewidują, że prehistoryczny, marsjański ocean znajdował się na północnej półkuli planety, ze względu na jej budowę geologiczną. Zajmował on ok. 19 proc. powierzchni planety (dla porównania, Atlantyk zajmuje powierzchnię 17 proc. Ziemi).

Badania były prowadzone przy użyciu Very Large Telescope, znajdującego się w Chile oraz instrumentów w należącym do NASA obserwatorium W. M. Keck na Hawajach.


7 marca 2015 r.

„Jesteśmy bardzo podnieceni”. Amerykańska sonda na orbicie planety karłowatej Ceres

Amerykańska sonda międzyplanetarna Dawn weszła na orbitę planetoidy Ceres, krążącej wokół Słońca między orbitami Marsa i Jowisza, w tzw. pasie asteroid – poinformowała w piątek amerykańska agencja kosmiczna. Sonda ma prowadzić pierwsze badania tego rodzaju ciała niebieskiego.

Ceres, mająca średnicę 950 km, jest pierwszą z tzw. planet karłowatych, która będzie bliżej zbadana przez wysłany z Ziemi obiekt kosmiczny. Wcześniej sonda Dawn badała asteroidę Westa.

– Jesteśmy bardzo podnieceni. Mamy tyle do roboty w ciągu najbliższego 1,5 roku. Jesteśmy na stabilnej orbicie, mamy odpowiednie rezerwy i jesteśmy zdecydowani osiągnąć założone cele – powiedział Chris Russell z uniwersytetu stanu Kalifornia, który kieruje programem badawczym sondy.

Początki Układu Słonecznego

Naukowcy mają nadzieję że Ceres dostarczy informacji o początkach Układu Słonecznego ok. 4,5 mld lat temu.

Już z pewnej odległości od Ceres naukowców zaintrygowały tajemnicze dwie bardzo jasne plamy wewnątrz krateru o szerokości 92 km na północnej półkuli planetoidy. Według jednej z hipotez mogą to być pozostałości uderzenia w powierzchnię Ceres jakiegoś obiektu, które spowodowało wyeksponowanie lodu znajdującego się pod skalistą powierzchnią. Naukowcy przypuszczają bowiem, że pod warstwą skał na Ceres znajduje się lód, a być może nawet woda.

– Zarówno Ceres jak i Westa są, jak przypuszczamy, proto-planetami. Miały sformować większe ciało niebieskie, tak jak się to stało w przypadku Ziemi i innych planet, ale proces ten został z jakichś powodów zahamowany. Stały się w ten sposób swego rodzaju „kapsułami czasu” przechowującymi informacje z samych początków formowania się Układu Słonecznego – powiedziała dr Carol Raymond z Laboratorium Napędu Odrzutowego NASA.

Badania rozpoczną się pod koniec kwietnia

Dawn potrzebowała 7,5 roku aby dotrzeć do plantoidy. W ciągu najbliższego miesiąca kontrolerzy z Ziemi dokonają korekt orbity sondy tak aby pod koniec kwietnia mogła przystąpić do badań. Program przewiduje, że w miarę postępu badań orbita sondy będzie stopniowo obniżana tak aby w końcu znalazła się na wysokości zaledwie kilkuset kilometrów nad powierzchnią planetoidy.

Sonda ma prowadzić badania przez co najmniej 14 miesięcy. W miarę wyczerpywania się zapasów paliwa, sonda straci możliwość prowadzenia badań i kierowania anteny w kierunku Ziemi. Nadal krążyć będzie wokół Ceres, ale nie spadnie na jej powierzchnię przez co najmniej najbliższe 100 lat.

Zdjęcia: NASA.


6 marca 2015 r.

Siła oceanu źródłem energii w smart city?

Po 10 latach testów uruchomiono w Australii podwodną elektrownię, która wytwarza energię dzięki falom oceanu. Pomysł na zieloną energię dla nowoczesnych miast?


Energia powstała dzięki falom oceanu – taki jest plan Australii na nowe źródło energii /Connected Life

W Australii od ponad 15 lat pracują nad systemem, który umożliwiłby uzyskanie energii z fal oceanu. Prototypy nazwane na cześć greckiej bogini morza (Keto – Ceto) z powodzeniem przeszły tyle prób i konfrontacji z wodnym żywiołem, że w końcu podjęto decyzję o uruchomieniu pierwszej elektrowni na potrzeby wyspy Garden Island, gdzie mieści się największa baza (HMAS Stirling) australijskiej królewskiej marynarki wojennej. System opracowany przez Carnegie Wave Energy służy nie tylko do wytwarzania energii elektrycznej, ale także do odsalania wody. Uruchomiono go kilkanaście dni temu: pod koniec lutego.

Jak działa elektrownia? Kluczem do sukcesu są podwodne boje o średnicy 11 m, porównywalnej z długością dwóch Mercedesów klasy S ustawionych jeden za drugich. Urządzenia zanurzone na głębokości 20 – 50 m wyposażone są w pompy hydrauliczne, które tłoczą przepływającą wodę morską wprost do turbin umieszczonych na lądzie. Aby turbiny pracowały z zakładaną przez inżynierów wydajnością, woda tłoczona jest pod większym ciśnieniem. Obecnie zainstalowany system składa się z trzech boi CETO 5. Każda z nich zapewnia moc 240 kW. Czy to dużo? Niekoniecznie. Stąd Carnegie Wave Energy planuje już w przyszłym roku moduły o mocy 1 MW. A w 2018 r. komercyjne przedsięwzięcie: elektrownię z 25 modułami o łącznej mocy 25 MW.

Czy pomysłowy system CETO ma szanse na realizację w innych regionach świata? Jak najbardziej! Australijczycy współpracują przy projektach prowadzonych na wybrzeżu Irlandii, w Kanadzie oraz na Bermudach. Niewykluczone zatem, że w niezbyt odległej przyszłości charakterystyczne podwodne boje spowszednieją. I posłużą nie tylko do zasilania wysepek na końcu świata.

28 lutego 2015 r.

Nadchodzące zaćmienie Słońca odetnie Europę od prądu?

Zaćmienie Słońca, które nadejdzie 20 marca może spowodować kilkugodzinny niedobór prądu w Europie. Czy czeka nas katastrofa?

Europejska Sieć Operatorów Systemów Przesyłowych Energii Elektrycznej (ENTSO-E), do której należy 41 operatorów sieci elektrycznych z 34 państw Europy (w tym z Polski) ostrzegła przed wydarzeniami, które będą miały miejsce 20 marca bieżącego roku. Średnia dzienna moc europejskich elektrowni słonecznych na Starym Kontynencie wynosi 89,3 GW, a podczas zaćmienia spadnie aż o 33,5 GW! To aż 1/3 całości!

Na niedobór prądu najbardziej będą narażone miejsca, w których obserwowane będzie całkowite zaćmienie Słońca, m.in. na Wyspach Owczych i Spitsbergenie. Duży kryzys może dotknąć także Niemcy, w których dzienny potencjał paneli słonecznych wynosi 39,7 GW, a podczas zaćmienia może dojść do spadku aż o 16,9 GW.

Do dosyć wysokich spadków dojdzie także we Włoszech (7,1 GW), Francji i Belgii (ok 2 GW). W naszym kraju Księżyc zasłoni tarczę Słońca w 3/4, ale ponieważ nie jesteśmy pionierami w produkcji wykorzystania ogniw słonecznych (potencjał na poziomie 7 MW), nasz kraj nie odczuje skutków zaćmienia.

Przedstawiciele ENTSO-E wyjaśniają, że ograniczenie promieniowania słonecznego po raz pierwszy wpłynie bezpośrednio na bezpieczeństwo europejskiego systemu energetycznego. Kluczowe będzie stworzenie odpowiednich mechanizmów, które pozwolą uniknąć przeciążeń.


20 lutego 2015 r.

„Wściekłe wiatry” kwazarów hamują produkcję nowych gwiazd

Udało się potwierdzić to, co naukowcy podejrzewali od dawna. Superszybkie wiatry pochodzące z kwazarów potrafią zahamować rozwój całej galaktyki. W konsekwencji nie powstają nowe gwiazdy.

Teleskop amerykańskiej agencji kosmicznej NASA przeznaczony do obserwacji wysokoenergetycznego promieniowania rentgenowskiego (NuSTAR) i satelita naukowy Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) służący do obserwacji Wszechświata w ultrafiolecie i promieniowaniu rentgenowskim zbadały bliską nam czarną dziurę – kwazara PDS 456. Obserwacje umożliwiły astronomom przełomowe odkrycie.

Wściekłe wiatry

Otóż dzikie wiatry z supermasywnych czarnych dziur wieją we wszystkich kierunkach. Ta obserwacja umożliwia pomiar ich siły i dowodzi tego, co astronomowie podejrzewali od dawna. Wiatry są wystarczająco silne, żeby zahamować zdolność galaktyki do produkcji nowych gwiazd.

– Teraz wiemy, że wiatry kwazarów znacząco przyczyniają się do utraty masy w galaktyce, wypędzając dostawy gazu, który jest paliwem dla formowania się gwiazd – tłumaczy główny autor badania Emanuele Nardini z Uniwersytetu Keele w Anglii.

Astronomowie nazywają te wiatry „wściekłymi”. Są w stanie przeszyć galaktyki z prędkością do jednej trzeciej prędkości światła i mogą nieść więcej energii niż bilion Słońc.


15 lutego 2015 r.

Korzystając z danych pochodzących z sondy Lunar Reconnaissance Orbiter (LRO) NASA opublikowała niezwykły materiał wideo z ciemnej strony Księżyca. Jest on na tyle szczegółowy, że można przyjrzeć się geologii tej części obiektu, a w tle podziwiać Błękitną Planetę.


12 lutego 2015 r.

Wielkiego Wybuchu nie było, wszechświat istnieje od zawsze

Najnowsza teoria dwójki odważnych fizyków może wstrząsnąć współczesną nauką. Zgodnie z nią, wszechświat, w którym żyjemy istniał od zawsze, a żadnego Wielkiego Wybuchu nie było. Co ciekawe, takie podejście wyjaśnia tajemnice ciemnej materii i ciemnej energii.


Wszechświat jest wieczny /©123RF/PICSEL

Zgodnie z powszechnie przyjmowanym modelem kosmologicznym, zanim jeszcze powstał nasz wszechświat, istniała Osobliwość. Cała materia i energia były upakowane w pojedynczym punkcie przestrzeni o nieskończonej gęstości i wielkości. Problem z Osobliwością jest taki, że nie obowiązywały w niej znane nam prawa fizyki. Dopiero Wielki Wybuch, który nastąpił 13,8 mld lat temu, dał wszystkiemu początek.

– Osobliwość, która dała początek Wielkiemu Wybuchowi, jest największym problemem ogólnej teorii względności. Wydaje się, że podczas Wielkiego Wybuchu przestały działać prawa fizyki – powiedział Ahmed Farag Ali z Benha University.

Ali wraz z Sauryą Dasem z University of Lethbridge rozwiązał problem Osobliwości. Łącząc mechanikę kwantową z ogólną teorią względności, uczeni doszli do wniosku, że żadnego Wielkiego Wybuchu nie było, a wszechświat jest wieczny. Oparli się oni na równaniach Davida Bohma, fizyka teoretycznego, opracowanych przez prof. Amala Kumara Raychaudhuriego. Dzięki temu fizycy otrzymali wzbogacone o korelację kwantową równania Friedmana, które są podstawowymi równaniami kosmologii relatywistycznej. Określają one ewolucję wszechświata przy założeniu jego przestrzennej jednorodności i izotropowości.

Uczeni dostrzegli, że równania Friedmana tak naprawdę opisują kwantowy płyn zbudowany z ogromnej ilości cząsteczek nie posiadających masy – grawitonów. Monitorując ruch kwantowego płynu w przeszłości doszli do wniosku, że żadnej Osobliwości nigdy nie było, a wszechświat jest wieczny.

Nowo zaproponowany model wszechświata rozwiązuje problem ciemnej energii, a także może wyjaśnić inną wielką zagadkę astrofizyki – ciemną materię, która w sposób niezauważalny oddziałuje na cały wszechświat.


11 lutego 2015 r.

Nowy pomysł DARPA na wystrzeliwanie satelitów – ALASA


Start myśliwca F-15 Eagle

SpaceX udało się znacznie obniżyć koszty wysyłania satelitów na orbitę, jednak nadal pojedynczy start rakiety kosztuje około 55 milionów dolarów. Dlatego DARPA wpadła na pomysł aby stworzyć technologię zupełnie inną, która obniży ten koszt do około miliona dolarów. Oto ALASA.

Obecnie nie opłaca się wsadzać do rakiety samych małych satelitów, trzeba poczekać aż ktoś będzie chciał tam wysłać coś większego żeby było to ekonomicznie opłacalne. ALASA (Airborne Launch Assist Space Access) jest rozwinięciem pomysłu, który po raz pierwszy pojawił się już w latach 50 – niewielka rakieta ma zostać wyniesiona w powietrze przez myśliwiec odrzutowy. Wtedy pomysł ten upadł, bo po prostu nie było odpowiedniej technologii, powrócił on w latach 90 (projekt Pegasus) lecz również nie był powszechnie wykorzystywany.

Dziś – w czasach gdy niewielkich satelitów jest coraz więcej, a stworzenie małej, podczepianej do samolotu rakiety nie jest problemem, plan ten wydaje się być idealny. Dzięki ALASA nie tylko koszt umieszczania satelitów na orbicie byłby niższy, lecz także trafiałyby tam one dużo szybciej – odpadłoby po prostu czekanie na start dużej rakiety, z głównym, dużym ładunkiem.

Źródło: DARPA


11 lutego 2015 r.

Po kolei: skorupa ziemska, płaszcz Ziemi, jądro zewnętrzne i … dwa jądra wewnętrzne?

Czego jeszcze nie wiemy o naszej planecie? Okazuje się, że całkiem sporo. Właśnie odkryto, że jądro wewnętrzne składa się z dwóch części o różnych właściwościach. Można bylo tego dokonać dzięki najnowszej techologii, która wykorzystuje dane zebrane podczas trzęsień ziemi. Przełomowe odkrycie amerykańskich i chińskich geologów.

Dzięki nowatorskiej technologii specjaliści dowiedli, że jądro wewnętrzne Ziemi ma swoją własną zewnętrzną otoczkę. Okazało się również, że posiada zadziwiające właściwości.

Wnętrzu naszej planety przyjrzeli się geolodzy z Uniwersytetu w Illinois w Urbana-Champaign oraz chińskiego uniwersytetu w Nanjing. O najnowszym badaniu wypowiedzieli się prowadzący badania: Xiaodong Song z amerykańskiej uczelni wraz z Tao Wang z azjatyckiego uniwersytetu w czasopiśmie Nature Geoscience, który opublikowano 9 lutego.

Skuteczne trzęsienia ziemi

– Mimo że jądro wewnętrzne jest małe, mniejsze od Księżyca, posiada jednak pewne ciekawe cechy – powiedział Song. – Badanie może nam przybliżyć wiedzę na temat historii tworzenia się naszej planety, a także inne dynamiczne procesy jakie zachodzą pod powierzchnią ziemi – dodaje.

Naukowcy, aby „zeskanować” i tym samym poznać naszego globu, używają nietypowej metody. Wykorzystują rozchodzenie się fal sejsmicznych, wywołanych przez trzęsienia ziemi. Porównać to można do badania USG, jakie przeprowadzają lekarze na pacjentach.

Ekipa zastosowała technologię, która zbierała dane nie z początkowych wstrząsów, ale z fal rezonansowych, które są wynikiem trzęsienia ziemi.

Żelazo pod lupą

Analizując jądro planety naukowcy ujawnili zaskakujące informacje dotyczące centrum naszej planety.

Jądro wewnętrzne uważa się za stałą okrągłą bryłę żelaza, o pewnych złożonych właściwościach strukturalnych. Międzynarodowa ekipa naukowców uważa, że posiada ona jednak wyraźną wewnętrzną otoczkę, która stanowi prawie połowę średnicy całego wewnętrznego jądra. W zewnętrznej warstwie jądra wewnętrznego kryształki żelaza są ułożone w ustalonym kierunku: północ-południe. Jednak okazuje się, że głębiej, czyli w samym sercu Ziemi, są one ułożone mniej więcej w kierunku wschód – zachód.

Dodatkowo, zachowują się w inny sposób niż ich zewnętrzni sąsiedzi. Oznacza to, że centralna część wewnętrznego jądra mogą tworzyć różne kryształy.

– Fakt, że mamy dwa różne obszary w obrębie jądra wewnętrznego, może nam powiedzieć o tym, jak powstał i zmieniał się ten obszar w czasie geologicznym – powiedział Song. – A to może mieć wpływ na ewolucję całej naszej planety – dodał.

Groźne trzęsienia na powierzchni

Nad powierzchnią ziemi trzęsienia powodują niszczycielskie skutki. Nie tylko na litym podłożu, ale także na wodzie. Fale tsunami na oceanach przypominają rozchodzenie się fal wewnątrz naszej planety. Zobacz na poniższym wideo jak wygląda ten groźny żywioł z atmosfery.

Ziemia dosłownie zafalowała po trwającym 3 minuty trzęsieniu, które nawiedziło południową Alaskę w Wielki Piątek 1964 roku. Odnotowane wtedy wstrząsy o magnitudzie 9,2 do dziś pozostają w czołówce najsilniejszych w historii pomiarów. Wygenerowały falę tsunami o wysokości przekraczającej nawet 30 m, która przetoczyła się niemal przez cały Ocean Spokojny. W Zatoce Valdez wypiętrzyła się na wysokość aż 60 m.


7 lutego 2015 r.

„Zielony” prąd wprost z rośliny? Polscy naukowcy już próbują

Rośliny mogą się okazać niewielkimi elektrowniami, z których można uzyskiwać prąd. Polscy naukowcy chcą go wydobyć za pomocą nanocząstek i przyczepionej do liścia przezroczystej elektrody. Jako pierwsze prąd dostarczą tytoń i rzodkiewnik pospolity.

– Rośliny produkują tlen, którym oddychamy, zapewniają nam pożywienie, są źródłem wielu leków wykorzystywanych w medycynie. To powszechnie wiadomo. Jednak w ostatnich latach widać wielkie zainteresowanie wykorzystaniem roślin w produkcji energii. Wysiłki naukowców skupiają się głównie na tym, aby energię odzyskiwać z biopaliw. To wiąże się jednak z emisją toksycznych związków np. węglowodorów aromatycznych w procesie spalania – mówi dr inż. Magdalena Górecka ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego (SGGW) w Warszawie.

Czysta energia

W prowadzonym projekcie badawczym szuka ona sposobu na uzyskanie z roślin czystej, ekologicznej, zielonej energii. Jednak skąd bierze się prąd elektryczny w roślinie? Jak tłumaczy badaczka światło, które pada na liść, dociera do chloroplastów znajdujących się w komórkach rośliny. Tam – w wyniku działania słońca i procesu fotosyntezy – z cząsteczki wody uwalniany jest tlen, a wraz z nim coś jeszcze.

– To elektron, który jest przekazywany pomiędzy strukturami wewnątrz chloroplastu, łańcuchowo, w bardzo uporządkowany sposób. Taki uporządkowany przepływ ładunku elektrycznego to nic innego, jak definicja prądu elektrycznego – podkreśla dr Górecka. – W dodatku prądem elektrycznym w naszej roślinie możemy sterować. Zwiększając natężenie światła spowodujemy, że będzie uwalnianych więcej elektronów i będą one szybko przekazywane w chloroplaście – dodaje.

Ale jak z niego skorzystać?

Tylko jak taki prąd elektryczny wyciągnąć z rośliny? – Wydawałoby się, że to nic trudnego. Musimy znaleźć coś, co będzie go przewodziło, np. kawałek drutu, który wbijemy w roślinę, połączymy kabelkami i wyprowadzimy na zewnątrz. Jednak nie jest to dobre podejście, bo taki drut może uszkadzać komórki i chloroplasty, a jedynie zdrowy chloroplast gwarantuje właściwy przepływ elektronów – wyjaśnia badaczka.

Naukowcy z SGGW wspólnie z fizykami i chemikami z Uniwersytetu Łódzkiego zamiast drutów odprowadzających elektrony chcą użyć maleńkich nanocząstek, które odbiorą ładunek z chloroplastowego łańcucha. Na razie będą podejmowali próby z nanocząsteczkami różnego typu. Już wiadomo, że nie będzie można użyć nanocząstek srebra, bo są bardzo toksyczne i szkodzą roślinom.

– Jeśli już wytypujemy nanocząstki, które będą w stanie odbierać elektrony, to mamy połowę sukcesu. Następnym krokiem będzie skonstruowanie specjalnej elektrody, która odbierze prąd. To będzie chyba najtrudniejsze zadanie w projekcie – zaznacza Górecka.

Elektroda musi być przeźroczysta, aby zapewniała roślinom dostęp do światła. Powinna nie tylko przylegać do powierzchni liścia, ale też wnikać w głąb, docierając do chloroplastów. – Mamy już pomysł na skonstruowanie elektrody z wykorzystaniem nanotechnologii, jednak na razie nie mogę zdradzać zbyt wielu szczegółów – zastrzega dr Górecka.

Roślina i prąd

Na razie nie wiadomo dokładnie, ile prądu będzie można uzyskać z jednej rośliny. Naukowcy chcą, aby można go było pobierać przez cały czas życia liścia. – Nie spodziewam się, że nasze rośliny staną się wielkimi elektrowniami, ale każdy uzyskany z nich prąd będzie można wykorzystać np. do zasilania czujników dymu w lasach – tłumaczy.

Naukowcy zaczną od pracy z roślinami laboratoryjnymi. Na pierwszy ogień pójdą więc tytoń i rzodkiewnik pospolity. – Gdy zaczniemy pracować nad elektrodą, to poszukamy takich roślin, które mają jak największą i gładką powierzchnię liści, aby dobrze przykleić do nich elektrodę – zapowiada dr Górecka.

Na przeprowadzenie badań dr Magdalena Górecka otrzymała 100 tys. zł, zajmując drugie miejsce w konkursie Inter – Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.


6 lutego 2015 r.

Hubble zarejestrował niecodzienne spotkanie księżyców Jowisza

23 stycznia teleskop Hubble zarejestrował bardzo rzadkie „spotkanie”. Trzy galileuszowe księżyce Jowisza w jednym momencie znalazły się na fotografii. Do takiego zdarzenie dochodzi do dwóch razy na 10 lat.

Cztery galileuszowe księżyce Jowisza, które zostały nazwane po odkrywcy Galileuszu, okrążają planetę w czasie od dwóch do siedemnastu dni. Często można zaobserwować, jak rzucają cień na chmury Jowisza, jednak zaobserwowanie trzech naturalnych satelitów galileuszowych w tym samym czasie jest bardzo rzadkie. Takie ułożenie występuje do dwóch razy na dekadę.

40 minut przez „spotkaniem” księżyców

Zdjęcie poniżej, wykonane teleskopem Hubble, przedstawia początek zdarzenia. Po lewej stronie można zaobserwować księżyc Kallisto, a po prawej Io. Cienie Kallisto oraz Io widoczne są jako ciemne plamki na powierzchni Jowisza. Dodatkowo, na południowo-zachodnim horyzoncie widoczny jest cień Europy.

Koniec „spotkania” księżyców

Kolejne zdjęcie zostało zrobione ponad czterdzieści minut później. Księżyc Europa znalazł się fotografii na lewym, dolnym rogu. Callisto można zlokalizować ciut wyżej i lekko na prawo. Tymczasem Io, która krąży bliżej Jowisza oraz porusza się znacznie szybciej od pozostałych księżyców, zbliża się do wschodniego horyzontu planety.

Biało-żółta Europa, pomarańczowe Io, brązowe Kallisto

Na fotografiach przedstawione są trzy, spośród czterech księżyców galileuszowych. Na zdjęciu brakuje Ganimedesa, który był poza polem widzenia teleskopu Hubble.

Księżyce Jowisza różnią się kolorami. Gładka powierzchnia Europy jest w odcieniach biało-żółtych, pokryty siarką Io w pomarańczowych, a Kallisto w brązowych.

Zdjęcia zostały zrobione za pomocą kamery na teleskopie Hubble 23 stycznia 2015 roku.

Zdjęcia: NASA.


31 stycznia 2015 r.

Jak USA i ZSRR budowały atomowe samoloty

W latach zimnej wojny zarówno Stany Zjednoczone, jak i Związek Radziecki pracowały nad zbudowaniem bombowców o napędzie atomowym. Plany były ambitne, ale żadnej ze stron nie udało się stworzyć w pełni funkcjonalnej maszyny. Projekty okazały się zbyt skomplikowane.


Rosjanie budowali atomowy samolot w oparciu o konstrukcję bombowca Tu-95. /AFP

Pierwsi zaczęli Amerykanie, którzy program budowy atomowego samolotu zapoczątkowali już w roku 1946. Na początku lat 50. firma General Electric otrzymała od Komisji Energii Atomowej zlecenie opracowania reaktora atomowego, który nadawałby się do zainstalowania na pokładzie bombowca. Producentom lotniczym – firmom Convair i Lockheed – powierzono natomiast przygotowanie odpowiedniego samolotu. Sukces odniósł Convair, który do celów projektu przystosował największy wówczas bombowiec na świecie – B-36 Peacemaker. Prototypowa maszyna otrzymała oznaczenie X-6.

Za duży, za ciężki, za gorący

Specjaliści pracujący nad projektem od samego początku napotkali jednak poważne problemy techniczne. Największe trudności dotyczyły budowy odpowiedniego reaktora i jego ekranowania, czyli zabezpieczenia załogi samolotu przed zabójczymi skutkami promieniowania. Inżynierowie rozważali dwa warianty. Pierwszy zakładał otoczenie reaktora betonową powłoką o grubości do 3 m i wadze… 200 ton. Takiego ciężaru nie był jednak w stanie unieść żaden z ówczesnych bombowców, więc pomysł szybko umarł śmiercią naturalną. Druga opcja przewidywała ekranowanie przy pomocy ściany o grubości 1 metra i masie „tylko” 50 ton. Takie rozwiązanie było bardziej realistyczne, ale pojawił się inny problem dotyczący reaktora. Podczas pracy wydzielał on temperaturę, która znacznie przekraczała 1000 stopni Celsjusza.

Ostatecznie skonstruowano reaktor chłodzony wodą oraz powietrzem tłoczonym przez 4 silniki odrzutowe. Całość ważyła prawie 60 ton, z czego 27 przypadało na osłonę. Właściwe silniki – te, dla których źródłem napędu była energia dostarczana przez reaktor – umieszczone zostały z kolei w luku bombowym. Wystawały one nieco poza obrys kadłuba, więc przeznaczono dla nich również podwieszane gondole. Bardzo ważnym elementem konstrukcji była też gruba na ok. 10 cm płyta ze stali i ołowiu, której zadaniem było dodatkowe zabezpieczenie kabiny załogi przed promieniowaniem.

Do roku 1956 X-6 odbył 47 lotów testowych. W ich trakcie okazało się, że zainstalowane na pokładzie osłony wcale nie zatrzymują promieniowania i szkodzi ono nie tylko lotnikom, lecz również niektórym mechanizmom samolotu. Projekt generował też ogromne koszty, a nie było żadnej gwarancji, że zakończy się sukcesem. W tej sytuacji amerykańskie lotnictwo musiało porzucić plany zbudowania atomowego samolotu i X-6 trafił na złom.

Doświadczenia radzieckie

Z ambitnym zadaniem skonstruowania atomowego bombowca zmierzyli się również Rosjanie. W ZSRR prace nad taką maszyną rozpoczęły się dopiero na początku lat 60. z inicjatywy samego Nikity Chruszczowa. Radzieccy konstruktorzy postanowili wykorzystać do prób specjalnie przebudowaną wersję bombowca Tu-95, noszącą oznaczenie Tu-119. Na jego pokładzie zainstalowano dwa silniki turbośmigłowe oraz dwa silniki przepływu bezpośredniego napędzane przez reaktor atomowy. Rosjanie nie trudzili się jednak zbytnio z budową osłon i ten ostatni pozbawiony został właściwie wszelkiej ochrony antyradiacyjnej. Sowiecka maszyna odbyła ok. 40 lotów, podczas których napromieniowaniu ulegała nie tylko załoga samolotu, lecz również jego otoczenie. Wszystko przez radioaktywne powietrze, które wydostawało się na zewnątrz przez dysze silników. Program został zarzucony, lecz jego cenę zapłacili uczestniczący w nim lotnicy. Po upadku ZSRR wyszło na jaw, że z dwóch załóg testowych Tu-119 przeżyły tylko 3 osoby. Pozostali zmarli na skutek napromieniowania.


26 stycznia 2015 r.

Asteroida minęła Ziemię o włos

Asteroida minęła Ziemię. Dokładnie o godz. 17.19 naszego czasu doszło do niezwykłego spotkania dużej asteroidy 2004 BL86 z Ziemią. Obiekt będzie jeszcze przez parę godzin w zasięgu lornetek i amatorskich teleskopów.

Obiekt przez najbliższe godziny będzie poruszać się z południa na północ. Minie Gwiazdozbiór Raka. W nocy około godz. 1.44 znajdzie się pomiędzy jasnym Jowiszem i jedną z najjaśniejszych gwiazd Małego Psa – Procjonem.

Na razie to bezpieczne spotkanie

Naukowcy szacują, że średnica asteroidy wynosi od 400 do 1000 m. Jeśli uderzyłaby w Ziemię, mogłaby wybić krater o średnicy 10 km. Na szczęście w tym roku będziemy mogli ją obserwować z bezpiecznej odległości.

– Przelatująca skała będzie na tyle daleko, by nie stanowić zagrożenia – zaznaczył Don Yeomans.

Badacze obliczyli, że o godz. 17.19 naszego czasu ta odległość wyniosła około 1,2 mln kilometrów, czyli tylko trzy razy więcej niż dystans Ziemia-Księżyc (równy 380 tys. km).

Wystarczy dobra lornetka

Miłośnicy astronomii dysponujący własnym teleskopem lub silnie przybliżającą obraz lornetką zdołają dostrzec obiekt.

– Jej rozmiary są wystarczające, byśmy mogli jej się z tej odległości dokładnie przyjrzeć, poczynić cenne obserwacje i może, przy odrobinie szczęścia, czegoś się nauczyć o jej naturze – wyjaśnia Yeomans. – Planuję ją zobaczyć, pomagając sobie moją wysłużoną, ulubioną lornetką – dodaje.

W Polsce asteroida będzie dobrze widoczna w nocy z poniedziałku na wtorek. Najlepiej wypatrywać ją z dala od miejskich świateł. Ci, którzy nie dysponują nawet amatorskim sprzętem do obserwacji sklepienia niebieskiego, mogą śledzić podróż 2004 BL86 online.

Cenne dane

2004 BL86 obserwują zespoły w obserwatorium Goldstone Deep Space Network na pustyni Mojave (wschodnia część stanu Kalifornia, USA) oraz zespół z Obserwatorium Arecibo (Portoryko), gdzie znajduje się radioteleskop o największej pojedynczej czaszy na świecie.

Oba ośrodki będą skupione nie tylko na dokonywaniu precyzyjnych pomiarów, lecz także na przekazywaniu obrazu w możliwie najlepszej rozdzielczości.

– Dzięki obserwacji orbity asteroidy jeszcze dzień po jej przelocie możemy zacząć dysponować najlepszą bazą danych o tym obiekcie. To szczególnie ważne, ponieważ na chwilę obecną wiemy o nim niewiele – zauważa Lance Benner kierujący zespołem zajmującym się tropieniem asteroid w ramach projektu NEO.

Kolejne rednez-vous

Mijająca naszą planetę skała została odkryta 30 stycznia 2004 roku za pomocą teleskopu w ośrodku Lincoln Near-Earth Asteroid Research (LINEAR), znajdującym się na terenie amerykańskiego Pomnika Narodowego Białe Piaski w stanie Nowy Meksyk. Kolejne tak bliskie spotkanie nastąpi za 12 lat, w 2027 roku, gdy minie nas asteroida 1999 AN10.

Mimo że w tym roku obiekt 2004 BL86 nie stanowi poważnego zagrożenia, to asteroida jest zaliczana przez naukowców potencjalnych obiektów zagrażających Ziemi (Potentially Hazardous Asteroids – PHAs).


24 stycznia 2015 r.

Księżyc- źródło superpotęgi Chin?

Jeśli chiński program księżycowy się powiedzie świat zmieni się nie do poznania, nowe paliwo XXI wieku Hel 3 zrewolucjonizuje energetykę , transport…. a także technologie militarne.

W poniedziałek ubiegłego tygodnia br. chiński orbiter serwisowy wszedł się na orbitę Księżyca, stając się wsparciem dla kolejnej sondy Chang’e 5 która ma za zadanie w 2017 roku wylądować na powierzchni, pobrać ok 2 kg księżycowego regolitu, skał i powrócić na Ziemię.

Co warto zaznaczyć nie jest to pierwsze działanie Chin, 14 grudnia 2013 roku udało się bezpiecznie na powierzchni Srebrnego Globu posadzić łazik Yutu („Jadeitowy Królik” ) który miał za zadanie jak łatwo się domyślić na podstawie wyposażenia zbadanie potencjalnych zasobów księżyca, w skład łazika wchodziły takie aparaty badawcze jak:

  • dwie kamery panoramiczne – kamery na maszcie umożliwiające otrzymywanie obrazów stereoskopowych otoczenia łazika oraz monitorujące stan lądownika
  • radar penetrujący grunt – dwukanałowy georadar pracujący na częstotliwościach 60 MHz i 500 MHz umożliwi zbadanie struktury księżycowego regolitu i skorupy do głębokości > 100 m
  • spektrometr obrazujący w świetle widzialnym i bliskiej podczerwieni – umieszczony na ramieniu wysięgnika spektrometr wykonujący pomiary składu minerałów na powierzchni Księżyca; obserwacje w zakresie długości fal 0,45 – 2,4 μm; rozdzielczość widmowa < 8 nm w zakresie 450 - 950 nm i < 12 nm w zakresie 900 - 2400 nm
  • spektrometr cząstek alfa i promieniowania X (Alpha Particle X-ray Spectrometer) – instrument umieszczony na ramieniu wysięgnika wykonujący analizy składu powierzchni Księżyca

Pozostaje pytanie co tak cennego kryje ziemski satelita ze wchodzące mocarstwo XXI wieku z tak wielką determinacją dąży do jego eksploracji.

Odpowiedzią jest bardzo rzadki na Ziemi izotop helu-Hel 3 i cenne surowce w tym tytan-zawartość tego pierwiastka w skałach księżycowych, dostarczonych przez misję Apollo wskazywała na bardzo wysoką koncentrację tego metalu – ok. 12% , ziemskie złoża mają tylko 0,5-1,5% .

Obfitość występowania Helu3 na Księżycu jest związana z tym ze nasz satelita nie posiada pola magnetycznego które odchyla wiatr słoneczny nanoszący właśnie ten pierwiastek jak to ma miejsce w przypadku Ziemi.

Przez miliardy lat wiat słoneczny nanosił na powierzchnie księżyca znaczne ilości izotopu helu, dlaczego jest tak cenny? Hel 3 jest doskonałym kandydatem na paliwo przyszłości do reaktorów fuzyjnych , w odróżnieniu od dziś funkcjonujących reaktorów w których zachodzi reakcja rozszczepienia jąder atomowych, ilość uzyskanej energii z fuzji byłaby 4 razy większa.

Co bardzo istotne powstają małe ilość radioaktywnych odpadów o stosunkowo krótkim czasie promieniowania ok 30 lat w przypadku reakcji fuzyjnej helu3 z deuterem (wysoka radioaktywność odpadów z klasycznych obecnych elektrowni atomowych może trwać do 100 tys lat!).

Kolejnym ważnym elementem jest możliwość wykorzystania wyłącznie samego helu 3 w reakcji fuzyjnej III generacji gdzie nie będą w ogóle odpadów promieniotwórczych a jedynym odpadem będzie nie groźny dla człowieka gaz hel 4. (1)

Należny podkreślić ze wydajność konwersji energii na energię elektryczną może być nadzwyczaj wydajna ok 70% w ramach fuzji aneutronicznej bez konieczności przekształcania energii termicznej za pomocą turbin parowych na energię elektryczną jak to ma dziś miejsce w elektrowniach atomowych. (1)

Szacuje się że z 1 tony Helu 3 i 0,67 tony Deuteru można uzyskać 10 000 MW przez rok , jest to równowartość energii z 130 milionów baryłek ropy naftowej, co do wartości ekonomicznej Helu3 określa się ją na 2, 7 mld $ za tonę (1) (ekwiwalent ceny ropy za 20$/baryłkę aktualna cena ok 48 $).

Według badań i analiz próbek księżycowego regolitu zebranych w ramach misji Apollo wielkość zasobów helu3 szacuje się na Srebrnym Globie na 2 miliony 469 tyś ton (2), na podstawie najnowszych danych z misji chińskich i indyjskich sond szacuje się wielkość depozytu izotopu helu na ok 6 milionów ton.(4)

Oblicza się ze ok 1 tona helu-3 może zagwarantować energię elektryczną przez rok dla miasta ponad 7 milionowego takiego jak np. Hongkong , Singapur a 40 ton (to tylko 2 ładownie wahadłowców kosmicznych) zapewni energię elektryczną Stanom Zjednoczonym przez rok.

Zakłada się ze zaledwie 200 ton izotopu helu może zaspokoić zapotrzebowanie na energię elektryczną całego świata przez rok, księżycowe zasoby mogą ją zapewnić Ziemi od 10 000 do 30 000 lat.

Niestety kolejnym mało optymistycznym elementem księżycowej eksploatacji może być nadejście nowego rodzaju broni atomowej IV generacji właśnie w oparciu o hel-3.

Detonacja największej w historii świata radzieckiej bomby termojądrowej- Car bomby o masie 27 ton w 1961 wyzwoliła energię 210-240 petadżuli (równoważnik eksplozji 50-58 milionów ton trotylu) natomiast jedna tona Helu-3 może wyzwolić energię 315 petadżuli co stanowi równoważnik ok 75 Mt TNT, co ważne atomowa bron fuzyjna IV generacji w oparciu o księżycowy izotop helu będzie „czysta” tzn. nie wystąpi skażenie radioaktywne zmieniając tym samym aktualny paradygmat użycia broni jądrowej na świecie, będzie można stosunkowo małym ładunkiem zadać straszliwy cios niszcząc wojska i infrastrukturę przeciwnika a następnie wkroczyć militarnie na ten teren bez obawy o zdrowie i życie własnych żołnierzy.(3)

Co ważne taka broń była by praktycznie nie do wykrycia przez obecne detektory ładunków jądrowych, możliwość uzyskania „niewidzialności dla ładunków fuzyjnych He3”stała by się przełomem na miarę niewidzialnych samolotów, przeciwnik nie miał by żadnych szans przewidzenia miejsca i czasu ataku, możliwość dyskretnej dyslokacji bomb z Helem-3 pogrzebała by światową równowagę sił mocarstw XXI wieku.

Taka bron może całkowicie zachwiać światową równowagą geopolityczną poprzez zanegowanie zasady-gwarancji wzajemnego zniszczenia w przypadku wojny atomowej jaka obowiązuje od czasów zimnej wojny do dziś.

Jeśli Chiny uzyskają monopol na wydobycie księżycowego Helu-3 mogą stać się pierwszym supermocarstwem XXI wieku, przesuwając wydajność energetyczną swojej gospodarki o kilka rzędów wielkości, tania energia jest kluczem do zmian we prawie wszystkich dziedzinach gospodarki i technologii od rolnictwa (możliwość nawadniania pustynnych terenów na całych kontynentach, poprzez tanie wytwarzanie energochłonnych produktów, bardzo tani transport , rozwój szeregu zaawansowanych technologii których obecna barierą jest droga energia) całkowita niezależność od surowców energetycznych sprowadzanych z Bliskiego Wschodu czy Rosji i USA.

Dominacja i ekspansja gospodarcza na niespotykaną skalę, żadna światowa gospodarka nie wytrzymałaby konkurencji z chińska gospodarką napędzaną przez hel-3, a wizja czystej bomby He3 zmieniłaby całkowicie równowagę militarną mocarstw na mapie świata.

Aspekt Prawny Kosmicznego Górnictwa

„Obowiązujące regulacje nie dają zbyt wielkiego pola manewru państwom i organizacjom państwowym. Z punktu widzenia traktatu o przestrzeni kosmicznej z 1967 roku państwa nie mogą prowadzić eksploatacji ciał niebieskich. Jednak regulacja konwencji nie obejmuje podmiotów prywatnych. Co prawda późniejszy Traktat z 1979 roku zakazuje również podmiotom prywatnym zawłaszczenie ciał niebieskich, ale… został ratyfikowany zaledwie przez 13 państw, spośród których nie ma ani jednego sygnatariusza dysponującego technologiami kosmicznymi. Tym samym skazuje to całą regulację na status martwego prawa międzynarodowego. Ponadto należy pamiętać, że regulacja konwencji o przestrzeni kosmicznej z 1967 roku może zostać w przypadku bardzo lukratywnych znalezisk w naszym układzie planetarnym wypowiedziana jednostronnie przez każde zainteresowane państwo. Jaki więc status prawny będą mieć bogactwa surowcowe i energetyczne przestrzeni kosmicznej?

Prawdopodobnie analogiczny do rozwiązań prawa mórz i oceanów. W wypadku np. ryb na pełnym morzu – kto je pierwszy złowi, stanie się automatycznie ich właścicielem. W tym przypadku morzem staje się przestrzeń kosmiczna [4]. (..)” (5)


22 stycznia 2015 r.

Tajemniczy sygnał z kosmosu uchwycony na żywo.

Kilka miesięcy temu astronomowie potwierdzili tajemniczy sygnał radiowy z kosmosu, ale nie byli w stanie ustalić jego źródła. Teraz w końcu może się to udać, bo podobny sygnał namierzono na żywo.


Gwiazdy neutronowe źródłem szybkich błysków radiowych? Astronomowie nie są wcale tego pewni… /NASA

Mianem szybkich błysków radiowych (FRB, fast radio burst) określa się krótkotrwałe, kilkumilisekundowe sygnały radiowe pochodzenia pozagalaktycznego. Sygnały te, mimo iż trwają bardzo krótko, generują energię jaką Słońce wyprodukuje w ciągu miliona lat. Są to zjawiska potężne, gwałtowne, a także bardzo tajemnicze. Obecnie nie są znane mechanizmy powstawania FRB, choć istnieje kilka hipotez na ten temat. Najbardziej prawdopodobne, że odpowiadają za nie implozje przerośniętych gwiazd neutronowych lub flary emitowane z magnetarów.

Astronomowie do tej pory odnotowali 9 takich zjawisk, ale wszystkie z nich ziemskie radioteleskopy odnotowały z tygodniowym, a nawet miesięcznym opóźnieniem. Ze względu na krótki czas trwania, namierzenie ich źródeł było niemożliwe. Teraz nastąpił przełom. W Parkes Observatory po raz pierwszy zarejestrowano taki sygnał na żywo.

Bardzo szybko kilka ziemskich radioteleskopów zwróciło się ku źródle sygnału i udało się je ustalić na okolice gwiazdozbioru Wodnika. Ponieważ nie odnotowano tam wystąpienia żadnej poświaty, źródłem tajemniczego sygnału prawdopodobnie nie był ani rozbłysk gamma, ani supernowa. Co najdziwniejsze – zarejestrowany sygnał składał się z fal spolaryzowanych kołowo, a nie liniowo. Jest to zupełna nowość wśród sygnałów pochodzących z kosmosu, dlatego astronomowie znowu są w kropce. Oznacza to, że źródłem FRB prawdopodobnie nie są gwiazdy neutronowe i magnetary, do tej pory o to podejrzewane. Co zatem?

Jedyną szansą na uzyskanie odpowiedzi jest dalsze nasłuchiwanie nieba.


19 stycznia 2015 r.

W Układzie Słonecznym są co najmniej dwie nieznane planety

Za orbitą Plutona mogą ukrywać się przynajmniej dwie nieznane nauce planety. Naukowcy mają nowe doniesienia na ten temat.


W Układzie Słonecznym ukrywają się przed nami jeszcze co najmniej dwie planety? /NASA

Od wielu lat wyobraźnia astronomów jest pobudzana przez tajemniczą Planetę X, która miałaby znajdować się na rubieżach Układu Słonecznego. Prowadzono już liczne badania mające na celu jej odnalezienie, z wykorzystaniem działającego w podczerwieni teleskopu WISE na czele, ale bez satysfakcjonujących rezultatów. Najnowsza analiza ekstremalnych obiektów transneptunowych (ETNO) sugeruje, że może istnieć nie tylko Planeta X, ale i Planeta Y.

Zespół naukowców z Complutense University of Madrid i University of Cambridge wyjaśnił, że dziwne zachowanie ETNO wymaga istnienia nie jednej, a co najmniej dwóch planet za orbitą Plutona. Zgodnie z obowiązującą teorią, wszystkie ETNO powinny spełniać określone warunki: być rozmieszczone losowo, mieć niemal zerowe nachylenie względem płaszczyzny Układu Słonecznego i peryhelium (najbliższy punkt orbity od Słońca) blisko 0 st. lub 180 st. Rzeczywistość jest jedna inna. Odkryte planety karłowate są nachylone względem płaszczyzny Układu Słonecznego pod kątem ok. 20 st., a przypadku peryhelium w ogóle nie zbliżają się do 180 stopni (dokładnie to ok. -31 stopni).

– Taki nadmiar obiektów o nietypowych parametrach każe nam wierzyć, że na kształt niewidzialnych sił mają wpływ niektóre elementy ETNO. Najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem jest istnienie nieznanych planet poza orbitami Neptuna i Plutona. Dokładna ich liczba jest niepewna, ale biorąc pod uwagę dane, którymi dysponujemy, muszą być co najmniej dwie takie planety – powiedział Carlos de la Fuente Marcos, współautor badań.

Obecnie coraz więcej astronomów nie ma wątpliwości, że na zachowanie 13 znanych ETNO wpływa grawitacja obiektów, które ukrywają się przed naszym wzrokiem. Planety są co najmniej dwie, ale prawdopodobieństwo istnienia większej ilości obiektów jest wysokie. Wiele wskazuje, że są one masywniejsze od Ziemi, a przecież znajdują się w odległości co najmniej 200 j.a. od Słońca. Gdyby informacje te zostały potwierdzone, byłoby to jedno z największych odkryć w dziejach astronomii.

W ubiegłym roku dwóch amerykańskich naukowców odkryło planetę karłowatą 2012 VP113 w Obłoku Oorta, tuż poza Układem Słonecznym. Astronomowie ustalili, że jej orbita jest zaburzana przez oddziaływanie grawitacyjne ciemnej i lodowatej Superziemi, nawet 10 razy większej od naszej planety. Ma ona znajdować się w odległości ok. 250 j.a. od Słońca i wpływać na kształty orbit mniejszych ciał niebieskich.


19 stycznia 2015 r.

Takiej misji jeszcze nie było. New Horizons szykuje się na spotkanie z Plutonem

Należąca do NASA sonda New Horizons rozpoczęła pierwszą fazę zbliżania do Plutona. Moment kulminacyjny, czyli spotkanie statku z planetą karłowatą, nastąpi dokładnie 14 lipca. To pierwsza tego typu misja w historii – chwalą się naukowcy.

Po przebyciu ponad pięciu miliardów kilometrów sonda kosmiczna New Horizons rozpoczęła kolejny etap – pierwszy etap spotkania z Plutonem. Naukowcy już wcześniej zaplanowali, że obecna faza potrwa do wiosny. Statek będzie w tym czasie gromadził materiał badawczy.

W lipcu nastąpi kulminacja

Później, od wiosny do lipca, New Horizons rozpocznie wykonywanie zdjęć o wysokiej rozdzielczości. Eksperci wierzą, że na ich podstawie uda się dokładnie zmapować powierzchnię Plutona i jego księżyca. Jednak punkt kulminacyjny nastąpi dokładnie 14 lipca. Wówczas sonda przeleci koło Plutona i Charona (naturalny satelita Plutona).

– Skończyliśmy najdłuższą podróż, którą udało się przebyć jakiemukolwiek statkowi wysłanemu z Ziemi. Jesteśmy gotowi do rozpoczęcia eksploracji – powiedział Alan Stern, naukowiec, który zajmuje się projektem New Horizons.

Ważne doskonalenie

Jednak eksperci nie kryją, że czeka ich teraz okres wzmożonej pracy. Muszą bowiem dokładnie wyliczyć i być pewni tego, kiedy i o której godzinie sonda dotrze do Plutona, żeby w odpowiednim momencie skierować w jego kierunku instrumenty badawcze.

– Musimy udoskonalić naszą wiedzę na temat tego, gdzie dokładnie znajdzie się Pluton, kiedy New Horizons będzie się do niego zbliżać – wyjaśnił Mark Holdridge z projektu New Horizons.

To pierwsza taka misja

New Horizons to sonda, która powstała w ramach programu NASA New Frontiers. Naukowcy obrali sobie za cel projektu zbadanie Plutona, jego księżyca Charona i co najmniej jednego innego obiektu Pasa Kuipera. To pierwsza tego typu misja. Naukowcy, mówiąc o swoim projekcie, podkreślają, że sonda nie zostanie wprowadzona na orbitę Plutona, ale przeleci obok niego w bezpiecznej odległości.


9 stycznia 2015 r.

RMF 24: Merkury nie od razu był singlem

Merkury, najbliższa Słońcu planeta naszego układu planetarnego, mógł mieć kiedyś liczne towarzystwo, które zniknęło po serii kosmicznych kolizji – taką teorię zaprezentowała podczas zjazdu American Astronomical Society w Seattle Kathryn Volk z University of British Columbia. Amerykańska astronom prezentuje teorię na swej stronie internetowej czasopismo „New Scientist”.

Ta teoria to wynik obserwacji odległych, pozasłonecznych układów planetarnych, które ku rozczarowaniu astronomów nie wyglądają tak, jak nasze najbliższe otoczenie. Skaliste planety, przypominające Ziemię, Marsa czy właśnie Merkurego krążą tam zwykle bliżej swojej macierzystej gwiazdy. Zamiast próbować zrozumieć tamte zjawiska z pomocą obserwacji naszego układu – jak czyniliśmy do tej pory – Amerykanka sugeruje, by obserwacje odległych światów wykorzystać tu na miejscu. Stąd hipoteza, że Merkury pozostał singlem po tym, jak planety, które na początku istnienia naszego układu planetarnego sformowały się blisko Słońca, przeszły serię dramatycznych zderzeń i w większości przestały istnieć.

„Jeśli formowanie się ciasno upakowanych układów planetarnych jest tak łatwe, dlaczego nie miałoby dość do tego w naszym Układzie Słonecznym” – mówi Volk. „A jeśli faktycznie tak by było, rozwiązałoby to niemało problemów” – dodaje.

Im więcej odległych układów znajdują astronomowie, tym bardziej wyjątkowo na ich tle wygląda nasz Układ Słoneczny. U nas są wewnętrzne skaliste planety i zewnętrzne gazowe olbrzymy, w innych układach gazowe olbrzymy krążą znacznie bliżej gwiazd. Dodatkowo jeszcze, od 5 do 10 procent układów pozasłonecznych zawiera wiele planet o orbitach ciaśniejszych niż orbita Merkurego. Równocześnie teorie dotyczące naszego układu wskazują, że Merkury powinien być w zasadzie większy i obiegać Słońce po orbicie o mniejszej średnicy. Czegoś nam tu brakuje.

Zdaniem Volk można to wytłumaczyć w następujący sposób: praktycznie wszystkie układy tworzą na początku grupę planet bliskich swej gwieździe, z których większość po miliardach lat, wskutek wzajemnych oddziaływań i zderzeń, zanika. Merkury jest ostatnią z planet, która pozostała w miarę blisko Słońca. W innych układach udaje nam się zaobserwować cały proces jeszcze na wcześniejszym etapie.

Symulacje, w których delikatnie modyfikowano orbity planet w 12 znanych nam układach pozasłonecznych pokazały, że niektóre z planet zderzały się niemal natychmiast, inne pozostawały stabilne przez nawet 100 milionów lat. Niektóre zderzenia przebiegały z tak wielką energią, że materia planet po prostu odparowywała. Planety, które po takich dramatycznych wydarzeniach pozostawały na orbicie, były przeważnie wyjątkowo gęste, dokładnie tak, jak Merkury. Jeśli Volk ma rację, tłumaczy to obserwowaną wyjątkowość naszego układu, który mógł powstawać tak, jak inne i po miliardach lat doczekać obecnej postaci. To jednak wciąż tylko teoria.


6 stycznia 2015 r.

Start rakiety Falcon 9 odwołany. Kolejna próba w piątek

Start rakiety i historyczne lądowanie zostało odwołane. Kolejna próba zostanie podjęta w piątek, 9 stycznia. Rakieta Falcon 9 miałą wynieść w przestrzeń kosmiczną kapsułę Dragon, a następnie powrócić na Ziemię i wylądować na specjalnej platformie.

Rakieta Falcon 9 miała planowo wystartować we wtorek 6 stycznia. Niestety w wyniku problemów technicznych start został przeniesiony na piątek 9 stycznia.

Rakieta nośna pierwszy raz w historii miała wrócić na Ziemię, a dokładniej na pływającą wzdłuż wybrzeża Florydy platformę, na której ma wylądować samodzielnie.

Przełom w astronautyce

Zwykle rakieta nośna po wyniesieniu spada do oceanu i się rozbija, bądź spala się w atmosferze. Gdyby misja powiodła się, to oznaczałoby to, że rakiety mogą być wielokrotnego użytku. Ceny lotów w kosmos znacznie by się obniżyły.

– To eksperyment, istnieje pewne prawdopodobieństwo, że coś pójdzie nie tak – mówi Hans Koenigsmann, jeden z zarządzających działem odpowiedzialnym za powodzenie misji. – Według naszych informacji nikt tego wcześniej nie próbował – dodaje.

Główny cel misji

Głównym celem misji jest dostarczenie do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej poprzez kapsułę Dragon 2270 kg zapasów żywności, narzędzi naukowych i części zamiennych do ISS.

Test startu i lądowania rakiety Falcon 9. Pułap: 1000 m.


2 stycznia 2015 r.

Jedyna okazja, by podziwiać Lovejoy. W styczniu koniecznie spójrzcie w niebo

W nocy siódmego stycznia na niebie będziemy mogli zaobserwować lecącą kometę, która została odkryta przez australijskiego astronoma-amatora Terrego Lovejoya. Według szacunków obiekt minie Ziemię w odległości 70 mln km i będzie widziany gołym okiem. Warto go obserwować, bo zbliży się do Słońca po raz pierwszy i ostatni.

Już na początku stycznia czeka nas niezwykłe astronomiczne wydarzenie. Siódmego dnia miesiąca, nad południowym horyzontem, będziemy mogli zaobserwować niedawno odkrytą kometę o nazwie C/2014 Q2 (Lovejoy). Ten kosmiczny obiekt to już piąte odkrycie Terrego Lovejoya. Australijski astronom zauważył kometę przy użyciu amatorskiego teleskopu Celestron C8.

Widoczna gołym okiem

Właśnie siódmego stycznia kometa Lovejoy znajdzie się najbliżej Ziemi i będzie widoczna gołym okiem. Ale już dziś możemy obserwować ją np. przez lornetkę. Warkocz komety jest widoczny w pobliżu gwiazdozbioru Oriona.

Kiedy minie Ziemię, będzie lecieć w kierunku Słońca. Lovejoy znajdzie się najbliżej naszej dziennej gwiazdy pod koniec tego miesiąca. Wówczas obiekty te będzie dzielił dystans około 193 mln km. C/2014 Q2 (Lovejoy) to kometa jednopojawieniowa. Oznacza to, że pojawi się tylko jeden raz w pobliżu Słońca.

Zdjęcie: Shutterstock


2 stycznia 2015 r.

Polonez powróci w wielkim stylu? Projektant nowej wersji szuka producenta

Młody projektant Paweł Zarecki zaprojektował nową wersję Poloneza. Na pomysł stworzenia nowej wersji legendarnego samochodu wpadł sam. Zmobilizowała go informacja o projekcie nowej wersji Warszawy. Jak sam przyznaje nie skończył żadnej szkoły związanej z projektowaniem, ale tworzenie takich projektów to jego pasja.

Jak mówił Zarecki w studio TVN24 Biznes i Świat, tworząc projekt, nie kierował się modą, ale starał się nawiązać do klasycznego modelu Poloneza.

– Myślę, że Polonez ma szanse wejść do seryjnej produkcji. Nie musi to być luksusowy samochód, tylko normalny samochód dla każdego Polaka – wyjaśniał Zarecki.

Jak podkreśla, wciąż szuka producenta, który chciałby zrealizować jego projekt, a propozycję złożył już kilku firmom z branży. Niestety do tej pory nikt się nie zainteresował. Projektowaniem zajmuje się od dwóch lat. Tworzy tylko projekty stylistyczne. – Nie skończyłem żadnej szkoły związanej z projektowanie. Skończyłem tylko szkołę lotniczą – mówił w rozmowie z TVN24 Biznes i Świat.

Samochód był produkowany przez Fabrykę Samochodów osobowych w Warszawie w latach 1978-2002. Był następcą Polskiego Fiata 125p. Z taśmy produkcyjnej zjechało ponad 1 mln Polonezów.

Innym ciekawym projektem autorstwa Polaków była reanimacja samochodu Warszawa, która miała mieć pięciolitrowy silnik o mocy 545 KM. Do „setki” miała się rozpędzać w 4,5 sekundy. Dotychczas Nową Warszawę podziwiać można było na projektach oraz w wersji styropianowej.


1 stycznia 2015 r.

Agencje kosmiczne penetrują kosmos. Powstanie europejski system GPS?

Pięć ważnych projektów chce zrealizować w 2015 r. Europejska Agencja Kosmiczna, w tym np. użyć automatycznego ramienia do przenoszenia astronautów podczas spacerów w przestrzeni kosmicznej. Amerykańska NASA planuje m.in. wystrzelenie satelity do badania poziomu CO2 w atmosferze.

Pierwszy projekt Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) dotyczy Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS), na której pokład ma zostać dostarczony opracowany przez ESA automatyczny wysięgnik o nazwie European Robotic Arm (ERA). Ma on pomagać w transporcie małych ładunków do stacji ISS. Co ciekawe, wysięgnik ma służyć także do przemieszczania astronautów podczas spacerów kosmicznych do miejsc, w których mają wykonać dane prace. Obie te funkcjonalności mają pomóc znacznie skrócić czas wykonywanych w kosmosie czynności.

Europejski system nawigacji

ESA planuje rozpocząć także wdrażanie systemu European Data Relay System (EDRS), który ma być niezależnym europejskim systemem satelitów geostacjonarnych wspomagających przesyłanie dużych ilości danych. Według przewidywań, europejska infrastruktura telekomunikacyjna będzie w przyszłości potrzebować możliwości transmisji 6 terabajtów danych dziennie z orbity na powierzchnię Ziemi. Obecna infrastruktura nie zapewnia takiej przepustowości w krótkim czasie. W tym roku ma zostać wystrzelony pierwszy z dwóch satelitów (o nazwie EB9B) służących w ramach EDRS.

Kolejnym projektem jest SmallGEO z branży telekomunikacyjnej. Pierwszy z tej platformy skorzysta satelita Hispasat’s Advanced Generation 1 (AG1), którego start zaplanowano na 2015 rok. Na ten rok zaplanowany jest także start misji LISA Pathfinder, która będzie próbą wykrycia fal grawitacyjnych. Kolejnym projektem będzie ADM-Aeolus, czyli satelita mierzący wiatry.

Europa buduje także swój system nawigacji satelitarnej – odpowiednik amerykańskiego systemu GPS. Obecnie na orbicie znajduje się sześć satelitów, w roku 2015 ma do nich dołączyć osiem kolejnych.

Kilkakrotnie większym budżetem niż ESA dysponuje amerykańska agencja kosmiczna NASA, która w 2015 r. planuje wydać prawie 17,5 miliard dolarów. Największą część tego olbrzymiego budżetu pochłoną projekty naukowe (około 5 miliardów dolarów) oraz załogowe loty kosmiczne, w tym rozwój lotów komercyjnych i utrzymanie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej ISS (8 miliardów dolarów).

Wykryć planetoidy zagrażające Ziemi

W 2014 roku NASA prowadziła 55 misji naukowych obejmujących ponad 70 sond kosmicznych, w tym część we współpracy z innymi agencjami kosmicznymi. Wiele z nich będzie kontynuowanych. Trwają prace nad 35 kolejnymi projektami (w tym m.in. nad następcą Kosmicznego Teleskopu Hubble’a).

W roku 2015 amerykańska agencja planuje m.in. wystrzelenie satelity OCO-2 – do badania poziomu dwutlenku węgla w atmosferze, satelitów MMS – do badania magnetosfery, satelity SMAP – do pomiarów wilgotności gleby i jej stopnia zamarznięcia.

NASA będzie też intensywnie skupiać się na wykrywaniu planetoid zagrażających Ziemi.

Polska jest członkiem Europejskiej Agencji Kosmicznej od 2012 roku, natomiast rodzima agencja kosmiczna POLSA, została powołana pod koniec roku 2014 i obecnie jest w fazie organizowania swojej działalności. POLSA będzie mieć nieco inny profil działalności niż ESA i NASA – ma w szczególności wspierać polskie działania wykonywane w ramach współpracy z ESA oraz promować współpracę pomiędzy instytutami naukowymi a biznesem.


30 grudnia 2014 r.

Taki samolot doleci do każdego miejsca na świecie w 4 godziny

Czy istnieje szansa, że już w niedalekiej przyszłości odległość pomiędzy dwoma dowolnymi miejscami na świecie pokonamy w czasie niewiele dłuższym niż w tej chwili zajmuje podróż osławionym Pendolino pomiędzy Gdynią a Warszawą? Występuje duże prawdopodobieństwo, że tak właśnie będzie. Na razie oczywiście taką wizję rozpościerają przed nami projektanci i inżynierowie. Proponowane przez nich rozwiązanie od tradycyjnego samolotu bardziej przypomina jednak rakietę. Czy tak właśnie wygląda przyszłość lotnictwa?

Już wkrótce regularne loty rozpocznie najnowszy, wyprodukowany przez Airbusa samolot pasażerski. Szerokokadłubowy model A350 stworzony przez europejskie konsorcjum będzie naszpikowany elektroniką i najnowszymi rozwiązaniami dostępnymi w świecie awiacji. Ale przyglądając się jego konstrukcji z zewnątrz trudno o zaskoczenie. Sylwetka tej maszyny przypomina samoloty pasażerskie, które od dziesięcioleci są obecne na niebie. Nowe aeroplany są wygodniejsze dla podróżnych, ale nie zaskakują osiągami – od dawna oferują te same czasy przelotu. Znawcy branży nie mają jednak wątpliwości, że rewolucja wcześniej czy później nastąpi. Czy za jej zwiastun można uznać tę rakietę?

Brytyjska firma Reaction Engines już wcześniej zaprezentowała koncepcję maszyny, która może całkowicie odmienić sposób myślenia o lataniu i dalekich podróżach. Dziś podróż samolotem pomiędzy najbardziej oddalonymi od siebie metropoliami na świecie potrafi ciągnąć się w nieskończoność. Pokonanie obsługiwanej przez Quantas trasy pomiędzy Sydney a Dallas, uznawanej obecnie za najdłuższą, trwa ok. 17 godzin. Ponad 16 godzin zajmuje lot z Johannesburga w Republice Południowej Afryki do Atlanty. Już wkrótce może się to jednak zmienić.

– Przykładowo samolot z Europy do Australii z 300 osobami na pokładzie mógłby pokonać ten dystans w ciągu ok. 4 godzin – powiedział cytowany przez dziennik „Daily Mail” Alan Bond, inżynier, który pracuje nad projektem.

Zaprezentowana niedawno propozycja brytyjskiej firmy zakłada, że podróż pomiędzy dwoma dowolnie wybranymi miejscami na świecie potrwałaby maksymalnie właśnie 4 godziny. Jak to możliwe? Słowo-klucz to Sabre (ang. – szabla). Właśnie taką nazwę nosi opracowany przez koncern z Wysp napęd. Paliwem przez niego wykorzystywanym ma być wodór. Poza atmosferą ma być zasilany ciekłym tlenem. Przewiduje się, że będzie on mógł być eksploatowany jako silnik do konwencjonalnych konstrukcji. Ale może stać się też sercem maszyny, która otrzymała roboczą nazwę Skylon. Jest to prawdziwie kosmiczny samolot, który będzie rozwijał prędkość pięciokrotnie większą od prędkości dźwięku.

Istniejące założenia przewidują powstanie pasażerskiego wariantu takiego samolotu przyszłości. Lapcat A2, jak go nazwano, mógłby zabrać na pokład ok. 300 pasażerów. Co ważne, projekt ten mógłby zostać też zaadaptowany na potrzeby podróży kosmicznych. Z jego pomocą osiągnięcie przestrzeni kosmicznej byłoby możliwe w ciągu zaledwie 15 minut od momentu startu. Przeprowadzona symulacja pokazała, że takie wykorzystanie maszyny dałoby wymierne oszczędności. Szacuje się, że koszty startów kosmicznych spadłyby o ok. 95 procent.

Projekt, który już w ubiegłym roku zyskał olbrzymie poparcie brytyjskiego rządu (firma Reaction Engines otrzymała wsparcie finansowe w wysokości 60 milionów funtów), spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem ze strony ESA (Europejska Agencja Kosmiczna), która wyraziła pełne poparcie dla rozwiązania mogącego zrewolucjonizować podróże. Przeprowadzone w tym roku przez ESA studium wykonalności, które badało możliwość obniżenia kosztów programów realizowanych przez instytucję, potwierdziło, że budowa nowego typu rakiety na potrzeby realizowanych przez agencję misji możliwa jest już dziś.

Co ciekawe, śmiała wizja brytyjskich naukowców, wcale nie jest odległa. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to nie można wykluczyć, że wehikuł taki wzniesie się w powietrze w 2019 lub 2020 roku. Oczywiście od momentu zbudowania prototypu do ewentualnego wprowadzenia takiego samolotu na regularne trasy minie jeszcze sporo czasu. Nie jest wykluczone, że w dalszej perspektywie Skylon posłuży do eksploracji innych planet.

Zdjęcie: reactionengines.co.uk


28 grudnia 2014 r.

Zaćmienie Słońca i Księżyca oraz deszcz perseidów. Kosmiczne atrakcje 2015 roku.

W przyszłym roku czeka nas wiele astronomicznych atrakcji. Będziemy mogli podziwiać częściowe zaćmienie Słońca, całkowite zaćmienie Księżyca oraz „deszcz spadających gwiazd”. Już teraz warto zanotować sobie odpowiednie daty w kalendarzu.

O astronomicznych atrakcjach na niebie, które będziemy mogli podziwiać w 2015 roku, na antenie TVN24 opowiadał Karol Wójcicki z Centrum Nauki Kopernik.

Zaćmienie Słońca

Pierwszą okazję na niezapomniane widoki będziemy mieli już 20 marca. Jeśli pogoda dopisze, na niebie ujrzymy częściowe zaćmienie Słońca. Największa część naszej dziennej gwiazdy „zniknie” za Księżycem w północnej części Polski. Jeśli jednak komuś to nie wystarcza i będzie chciał zobaczyć, jak Słońce całkowicie chowa się za Srebrnym Globem, to trzeba będzie udać się na morza leżące na północy naszego kontynentu.

– Jedyny skrawek lądu z którego będzie można to zobaczyć to Wyspy Owcze, ale statystyki pogodowe dla tego miejsca pod koniec marca są tak beznadziejne, że ja bym proponował odpuścić sobie pomysł przelotu – informuje Wójcicki.

Deszcz „spadających gwiazd”

W wakacje również nie zabraknie podniebnych atrakcji. W połowie sierpnia niebo rozświetli deszcz perseidów. „Spadające gwiazdy” będą bardzo dobrze widoczne. Wszystko za sprawą Księżyca w nowiu.

Zaćmienie Księżyca

Po czterech latach doczekamy się wreszcie całkowitego zaćmienia Księżyca, które będą mogli obejrzeć wszyscy Polacy. Wtedy Ziemia, Słońce i Księżyc znajdą się w jednej linii, przy czym nasza planeta znajdzie się w środku tego układu. Dlatego na Księżycu, który zarazem jest wtedy w pełni, pojawi się cień Ziemi.

– Zaćmienie rozpocznie się 28 września w godzinach późnonocnych. Księżyc będzie nisko nad horyzontem – tłumaczy Karol Wójcicki.

– Jeśli tylko pogoda dopisze, to czeka nas cudne widowisko. Księżyc przybierze krwiastoczerwoną barwę – zapowiada Wójcicki.

Przysłonięcie Aldebarana

Ponadto czeka nas zakrycie Aldebarana (najjaśniejszej gwiazdy z gwiazdozbioru Byka). 21 kwietnia będą mogli podziwiać to mieszkańcy wąskiego pasa w północnej Polsce, obejmującego Węgorzewo, Olecko i tereny na północ od Augustowa.

Miejmy nadzieje, że pogoda w nadchodzącym roku dopisze i umożliwi nam obserwacje nieba, podczas tych wszystkich podniebnych spektakli.

Podsumowanie 2014 roku

Wójcicki podsumował również wydarzenia kosmiczne 2014 roku. Do najważniejszego zaliczył lądowanie łazika Philae na komecie, do którego doszło 12 listopada. Powiedział, że mimo iż Philae obecnie jest uśpiony i nie pracuje, to z pewnością w przyszłym roku jeszcze o nim usłyszymy. Światem wstrząsnęła także katastrofa SpaceShipTwo, czyli pierwszego próbnego lotu turystycznego statku kosmicznego, do której doszło 32 października. Wójcicki twierdzi, że wydarzenie to z pewnością zahamuje na kilka miesięcy cały projekt lotów kosmicznych.

– Prędzej czy później będziemy mogli znowu mówić o wznowieniu lotów załogowych, co stanie się nową erą w historii lotów kosmicznych – twierdzi Wójcicki.


28 grudnia 2014 r.

Indie gonią Chiny, Chiny gonią USA. Potęgi Azji nakręcają kosmiczny wyścig

Bez większego rozgłosu Indie dokonały skoku w swoim programie kosmicznym. Udało się wystrzelić ciężką rakietę GSLV Mk.3, która ma w przyszłości wynieść w kosmos pierwszego indyjskiego astronautę. Równolegle Chiny biją swoje rekordy w ilości wystrzelonych rakiet. Zanosi się na to, że azjatyckie potęgi rozpoczną swój kosmiczny wyścig, wnosząc do eksploracji kosmosu zapał, którego na Zachodzie już dawno brakuje.


Makieta indyjskiej kapsuły załogowej po wodowaniu w Zatoce Bengalskiej

Nowa indyjska rakieta wystartowała z kosmodromu Satish Dhawan na południu półwyspu Dekan 18 grudnia. Ważący 630 ton i wysoki na niemal 50 metrów pojazd wzbił się w niebo nad ranem czasu polskiego. Lot przebiegł zgodnie z planem. Było to ukoronowanie trwających ponad dekadę prac.

Na szczycie rakiety GSLV Mk.3 znajdowała się makieta pierwszego indyjskiego załogowego statku kosmicznego. Zgodnie z planem lotu kapsuła nie została umieszczona na orbicie, czyli nie znalazła się na tyle wysoko i nie poruszała się na tyle szybko, aby móc samodzielnie okrążać Ziemię. Wykonała za to długi lot balistyczny, podobny do tych wykonywanych przez pierwszych kosmonautów USA. Opadła do Oceanu Indyjskiego po wzniesieniu się na 126 kilometrów i rozpędzeniu do 19 tys. km/h. W całym locie najważniejsze było sprawdzenie działania pierwszego stopnia rakiety. Drugi był nieaktywny.

GSLV Mk.3 jest pierwszą w pełni zbudowaną w Indiach ciężką rakietą nośną. Przed nią była seria mniejszych wariantów, częściowo zbudowanych z rosyjskich części. Najnowsza rakieta z tej kategorii oznaczona GSLV Mk.2 jest wykorzystywana do wynoszenia satelitów.

Prace nad pierwszymi rakietami serii GSLV rozpoczęto jeszcze we wczesnych latach 90. Równolegle Indyjska Organizacja Badań Kosmicznych (indyjski odpowiednik NASA czy ESA) uruchomiła prace nad rakietami PSLV. Te pierwsze służą do wynoszenia obiektów na orbitę geostacjonarną (satelita wisi w stałym punkcie nad równikiem) a te drugie na heliosynchroniczną (obiekt okrąża Ziemię zgodnie z ruchem słońca).

Pierwsze loty odbyły się na początku XXI wieku. O ile rakiety PSLV mają świetny wynik w postaci 26 udanych lotów i 2 porażek, o tyle GSLV radzą sobie znacznie gorzej. Wliczając ostatni start GSLV Mk.3 sukces odniesiono tylko pięć razy z dziewięciu prób.

Pierwszy udany lot całkowicie nowej rakiety napawa jednak indyjskich inżynierów optymizmem. Pracując na groszowym budżecie, w porównaniu do innych potęg kosmicznych, dołączyli do elitarnego klubu państw dysponujących ciężkimi rakietami nośnymi. Koszt dekady prac nad GSLV Mk.3 jest szacowany na 400 milionów dolarów. Dla porównania opracowanie bardzo podobnej (pod względem możliwości) prywatnej amerykańskiej rakiety Falcon 9 to około 1,6 miliarda dolarów, a Amerykanie mają olbrzymie doświadczenie w technologii kosmicznej i rozbudowaną infrastrukturę.

Nie ulega wątpliwości, że przed Indiami jeszcze daleka droga by choćby zbliżyć się do poziomu umiejętności Amerykanów czy Rosjan. GSLV Mk.3 jest relatywnie duża jak na swoje możliwości. Przy masie 630 ton jest w stanie dostarczyć na orbitę geostacjonarną cztery tony ładunku. Wspomniana Falcon 9 może dostarczyć w to samo miejsce niemal tonę więcej, a podczas startu waży 500 ton i musi pokonywać dłużą drogę do równika, bowiem amerykańskie kosmodromy znajdują się dalej na północ niż ten indyjski. Pokazuje to stopień dopracowania obu konstrukcji i ich efektywność.

Na korzyść indyjskiego programu kosmicznego przemawiają jednak pewne bardzo ważne czynniki, których dawno już zabrakło w USA, Europie czy Rosji. To zapał i duch mocarstwowej rywalizacji. Hindusów do wytężonej pracy motywuje ich potężny sąsiad z północy – Chiny, który również rozwija swój program kosmiczny.


Makieta kapsuły gotowa do zamontowania w aerodynamicznej osłonie czubka rakiety

Chińczycy są znacznie bardziej zaawansowani w podboju kosmosu niż Hindusi. Już w 2003 roku umieścili na orbicie swojego pierwszego kosmonautę, nazywanego taikonautą. Indyjska Organizacja Badań Kosmicznych dopiero oczekuje na akceptację finansowania lotów załogowych. Potrzeba na nie dwóch miliardów dolarów, za które na początku przyszłej dekady w kosmos ma trafić pierwszy indyjski astronauta. W tym samym czasie Chińczycy chcą ukończyć swoją dużą stację kosmiczną i rozpocząć pracę nad lądowaniem na Marsie lub Księżycu.

Chińczycy mają dużą przewagę nad Indiami z kilku powodów. Po pierwsze przeznaczają na swój program kosmiczny znacznie większe pieniądze. Według OECD w 2013 roku wydali na ten cel 11 miliardów dolarów, a Hindusi cztery. Mają dzięki temu lepiej rozwinięte technologie i znacznie więcej praktyki. Ich główne rakiety nośne z rodziny Długi Marsz są obecnie drugimi najczęściej wystrzeliwanymi na świecie. Częściej latają jedynie rosyjskie Sojuzy. Przy tym rakiety Długi Marsz są na tyle dopracowane, że od wielu lat są niemal niezawodne.

Chińczycy mają jeszcze daleką drogę w swojej pogoni za Amerykanami, którzy rocznie wydają niemal cztery razy więcej na swój program kosmiczny (według OECD 40 miliardów dolarów, z czego budżet NASA to tylko 18 miliardów dolarów. Reszta to wojsko i firmy prywatne). Wyprzedzili już jednak Rosjan, którzy w 2013 roku na kosmos wydali 8,6 miliarda dolarów.

Ważnymi cechami chińskiego programu kosmicznego są, podobnie jak w przypadku Indii, zapał, ambicja i duch rywalizacji. Tak jak Hindusi nie chcą pozostać w tyle za Chińczykami, tak Chińczycy chcą udowodnić światu swoje możliwości i potencjalnie dorównać USA.

Historia ludzkiej eksploracji dobitnie dowodzi, że przeżywa ona swoje najlepsze czasy, gdy w grę wchodzi narodowa duma i perspektywa zarobku. Krzysztof Kolumb nigdy nie dostałby od hiszpańskiej korony pieniędzy i okrętów, gdyby nie obiecał, że jego wyprawa odkrywcza przyniesie niemal dosłownie „złote góry” i dodatkowo nie rozsławi Hiszpanii. Podobnie było z podbojem kosmosu. Gdyby nie zimnowojenna rywalizacja USA i ZSRR, człowiek prawdopodobnie do dzisiaj nie postawiłby stopy na Księżycu. Na fali niemal paniki wywołanej wśród Amerykanów przez początkowe radzieckie sukcesy, w ciągu dekady udało się przejść od nieporadnych prób umieszczenia prymitywnych satelitów na orbicie po lot na Srebrny Glob.

„Kosmiczny wyścig” z lat 60. jest najlepszym przykładem tego, jak szybko można osiągnąć olbrzymie sukcesy w eksploracji. Potrzeba było jednak do tego wyjątkowo silnego ducha rywalizacji i chęci wykazania swojej wyższości, które przekuto na polityczne poparcie do wydania wielkich pieniędzy na NASA. W swoim szczytowym okresie w połowie lat 60. program kosmiczny USA pochłaniał około czterech i pół procenta budżetu federalnego. Obecnie jest to niecałe pół procenta.

Pieniądze, choć ważne, nie były też jedynym czynnikiem, który zadecydował o gwałtownym skoku w kosmicznej eksploracji. W tamtych latach pracownicy NASA pracowali z autentycznym poświęceniem i silnym poczuciem misji. Większość była młodymi ludźmi wprost ze studiów i miała w sobie niepowtarzalny zapał. Pracowali po kilkanaście godzin dziennie, sześć – siedem dni w tygodniu i tak przez wiele lat. Obecnie NASA „skostniała” i stała się bardziej „normalnym” miejscem pracy. Dawno rozwiał się też społeczny entuzjazm dla kosmicznej eksploracji, a co za tym idzie polityczne poparcie dla dodatkowego finansowania.

Podobnie „ducha” brakuje w Europie, Rosji czy Japonii. Podbojem kosmosu interesują się tam głównie naukowcy i grono entuzjastów. Rosyjski program kosmiczny jako jedyny ma względne poparcie polityczne, bo Kreml upatruje w nim jedną z nielicznych możliwości robienia czegoś na podobnym poziomie jak Zachód. Nie przekłada się to jednak na duże sukcesy z powodu słabości ekonomicznej i technologicznej Rosji.

Na tym tle najlepsza atmosfera do rozwijania kosmicznej eksploracji panuje w Chinach. Ponieważ jest to kraj autorytarny, to kluczowe znaczenie ma to, co myśli władza, a ta wydaje się być bardzo zainteresowana podbojem kosmosu. Na dodatek naród chiński jest nastawiony nacjonalistycznie, co pomaga uzasadniać finansowanie lotów kosmicznych.

W Indiach jest podobnie, choć teoretycznie to demokracja. Jednak miliony obywateli tego mocarstwa żyją w skrajnej biedzie, przypominającej średniowieczną Europę, przez co mają nikły wpływ na władzę. Faktycznie sprawujący kontrolę nad krajem mieszkańcy miast są natomiast nastawieni na rywalizację. Tradycyjny wróg, czyli Pakistan, został już przyćmiony, więc teraz głównym rywalem zostają Chiny. Na tym tle program kosmiczny budowany w kraju z około 200 milionami obywateli żyjących w skrajnej biedzie nie może dziwić.

Autorytarne Chiny i skrajnie rozwarstwione Indie pozostają jedyną nadzieją na przynajmniej częściowe wskrzeszenie ducha rywalizacji w kosmicznej eksploracji. Ich ewentualne sukcesy w przyszłej dekadzie mogą zmusić USA do podjęcia większych starań, aby zachować dominującą pozycję w badaniu kosmosu, która już teraz jest bardzo chwiejna.

Pierwszy udany start rakiety GLSV Mk.3

Autor: Maciej Kucharczyk / Źródło: tvn24.pl


19 grudnia 2014 r.

Amerykańska Agencja Kosmiczna NASA opublikowała zdjęcia z wnętrza statku kosmicznego ORION. Możemy zobaczyć, co widzą astronauci podczas lądowania na Ziemię.

Zdjęcia: NASA.


13 grudnia 2014 r.

Wystarczyło kilka sekund promieniowania, by wymarło życie na Ziemi

Najnowsze badania wykazały, że spektakularne eksplozje gwiazd w Kosmosie mogły spowodować masowe wymieranie na Ziemi. Energia tworząca rozbłysk gamma najprawdopodobniej przyczyniła się również do wyginięcia życia na innych obiektach we Wszechświecie.

Według najnowszych danych rozbłyski gamma (GRB), które pojawiają się podczas eksplozji gwiazd, były powodem masowego wymierania (m.in. wymierania z czasów ordowiku, kiedy zginęło ponad 85 proc. gatunków) na Ziemi. Naukowcy podejrzewają również, że GRB uniemożliwiły pojawienie się organizmów żywych na innych obiektach w całym Wszechświecie.

Śmiercionośne GRB. Badacze podejrzewają, że do eksplozji dochodzi podczas rozpadu masywnej gwiazdy, przekształcającej się w czarną dziurę lub w gwiazdę neutronową. To właśnie wtedy powstają śmiercionośne błyski gamma. Są chwilowe, ale bardzo intensywne – w ciągu zaledwie kilku sekund rozpadająca gwiazda wyrzuca więcej energii niż Słońce przez całe swoje „życie”. Rozbłyski gamma są najsilniejszym źródłem promieniowania elektromagnetycznego we Wszechświecie.

W zależności od położenia. Jeśli GRB pojawiłoby się blisko Ziemi, bylibyśmy narażeni na śmiertelnie niebezpieczne promieniowanie UV. Jednak naukowcy uważają, że do eksplozji dochodzi najczęściej w galaktykach, w których odnotowuje się niskie stężenie metali ciężkich. Natomiast Droga Mleczna jest uważana za galaktykę z bardzo bogatą w metale ciężkie.

Naukowcy oszacowali również, że obszary w centrum Drogi Mlecznej są bardziej zagrożone promieniowaniem gamma ze względu na gęstość gwiazd w tej części galaktyki. Ponadto na początku istnienia Wszechświata galaktyki były bardziej zwarte, co oznacza, że błyski gamma obejmowały swoim zasięgiem większą liczbę planet, na których potencjalnie mogłoby powstać życie.

Paradoks Fermiego. To zdaniem naukowców może częściowo wyjaśniać paradoks Fermiego, czyli pozorną sprzeczność pomiędzy dużą szansą na życie pozaziemskie i jednocześnie brak dowodów na jego istnienie.


13 grudnia 2014 r.

Wielki Wybuch stworzył dwa wszechświaty
Najnowsza teoria sugeruje, że Wielki Wybuch zapoczątkował istnienie dwóch wszechświatów, które mogą zachowywać się jak lustrzane odbicia. Jeżeli byłoby to prawdą to w tym drugim uniwersum czas płynąłby… do tyłu.

Dlaczego czas biegnie tylko do przodu? To zagadka, którą fizycy starają się rozwiązać niemal od zawsze. Jedna z teorii, zaproponowana w 2004 r. przez Seana Carrolla i Jennifer Chen sugerowała, że czas płynie do przodu ze względu na kontrast entropii między poszczególnymi momentami. Nie bez znaczenia jest tu także fakt, że w przyszłości wszechświat będzie znacznie bardziej nieuporządkowany niż w przeszłości. To ruch w kierunku wysokiej entropii wyznacza kierunek czasu.

Nowa teoria została opracowana przez międzynarodowy zespół fizyków: Juliana Barboura z Coolege Farm, Tima Koslowskiego z University of New Brunswick i Flavio Mercatiego z Perimeter Institute for Theoretical Physics. Według tej teorii Wielki Wybuch doprowadził do powstania dwóch niezależnych wszechświatów. „Ten drugi” jest lustrzanym odbiciem naszego, porusza się w przeciwnym kierunku i rządzą nim inne prawa fizyki.

Co ciekawe, fizycy są zdania, że Wielki Wybuch mógł także stworzyć nie jedną, a dwie strzałki czasu, które wskazują przeciwne kierunki. Z naszej perspektywy, czas we wszechświecie lustrzanym cofałby się, i odwrotnie.

Aby zasymulować Wielki Wybuch, naukowcy stworzyli prosty model, składający się z tysiąca cząsteczek, które rozprzestrzeniały się w dwóch kierunkach. Teraz konieczne są kolejne eksperymenty. Nowa teoria otwiera przed fizyką zupełnie inny niż dotychczas sposób myślenia o początkach naszego wszechświata.


11 grudnia 2014 r.

Działo laserowe Navy jest coraz skuteczniejsze

Marynarka wojenna Stanów Zjednoczonych przeprowadziła udane i bardzo widowiskowe testy nowej broni – Laser Weapon System (LaWS). Zostały one uwiecznione na poniższym materiale wideo.

Laser Weapon System to broń laserowa zaprojektowana do obrony okrętów wojennych Navy przed dronami (pływającymi, latającymi, a nawet podwodnymi) oraz pociskami. Jej skuteczność udowadniano już wcześniej, ale ostatnie testy robią naprawdę spore wrażenie.

Broń zainstalowaną na pokładzie okrętu USS Ponce nakierowano na dwa zdalnie sterowane cele i już po kilku sekundach unieszkodliwiono. Odpowiednio duża porcja energii wykonała swoje zadanie bezbłędnie, z dużą dokładnością i naprawdę szybko. Na razie LaWS ma moc 30 kW, ale wkrótce wzrośnie ona do 50 kW. Celem konstruktorów jest jednak 100 kW.


8 grudnia 2014 r.

Wybudzona z kosmicznego snu. Sonda coraz bliżej Plutona.
Kolejna misja Amerykańskiej Agencji Kosmicznej

Po prawie dziewięcioletniej kosmicznej podróży amerykańska sonda kosmiczna zbudziła się ze snu. Przemierzyła ponad cztery i pół miliarda kilometrów w przestrzeni międzyplanetarnej po to, by zbliżyć się do Plutona. Kapsuła Nowe Horyzonty zacznie pracę na krańcu Układu Słonecznego już na początku 2015 roku.

Szóstego grudnia specjaliści z labolatorium fizycznego Uniwersytetu Johnsona Hopkinsa potwierdzili, że sonda Nowe Horyzonty (z ang. New Horizons) wybudziła się ze stanu hibernacji. Żeby dotrzeć do stacji Sieci Dalekiej Łączności Kosmicznej w Canberze w Australii, sygnał o wybudzeniu potrzebował czterech godzin i 26 minut podróży z prędkością światła (miał do pokonania ponad 4 miliardy kilometrów). – To przełomowe wydarzenie. New Horizons przemierza bezkresny kosmiczny ocean i już wkrótce dotrze do końca naszego układu słonecznego – powiedział Alan Stern, główny badacz Nowych Horyzontów z Southwest Research Institute w Boulder w stanie Kolorado.

Nowe Horyzonty (z ang. New Horizons) to kosmiczna sonda zbudowana przez amerykańską agencję kosmiczną NASA. Jej celem jest zbadanie Plutona i jego księżyca Charona oraz co najmniej jednego innego obiektu pasa Kuipera. Sonda nie zostanie wprowadzona na orbitę planety karłowatej, lecz przeleci obok niej w bezpiecznej odległości. Misja ma za zadanie m.in. sporządzić dokładne mapy Plutona, określić skład jego powierzchni oraz zbadać atmosferę obiektu międzyplanetarnego. – Już w 2015 roku zaczniemy prace nad głównym celem misji, czyli badanie Plutona i jego licznych księżyców – informuje Alan Stern.

Od rozpoczęcia misji, czyli od 19 stycznia 2006 roku, sonda kosmiczna spędziła około dwie trzecie czasu swojej podróży w stanie hibernacji. Naukowcy zahibernowali New Horizons, aby zmniejszyć zużycie sprzętu i zminimalizować ryzyko ich uszkodzeń podczas wieloletniej wędrówki. Eksperci dwa-trzy razy w roku wybudzali kosmiczny pojazd, aby przekonać się i upewnić, że wszystko jest w porządku i przebiega zgodnie z planem. – Technicznie rzecz ujmując, wybudzenie sondy nie było dla nas niczym nowym. Robiliśmy to już wiele razy – powiedział Glen Fountain, zarządca projektu misji New Horizons. Statek kosmiczny znajdzie się w najbliższej odległości od Plutona 14 lipca przyszłego roku, jednak prace sondy rozpoczną się już wcześniej. Po sprawdzeniu stanu i sprawności sprzętu znajdującego się na sondzie, Nowe Horyzonty zaczną obserwować Plutona w styczniu 2015 roku. Na maj zaplanowana jest sesja zdjęciowa odległego obiektu. Naukowcy zapowiadają, ze otrzymają bardziej dokładne obrazy Plutona, niż te, które jesteśmy w stanie uzyskać teraz, używając teleskopu Hubbla.

Poniższe zdjęcie wykonała sonda w trakcie swojej kosmicznej podróży. Swoim obiektywem uchwyciła Neptuna i jego największy księżyc, czyli Tryton. Zdjęcie zostało zrobione 10 lipca 2014 roku z odległości około 4 miliardów kilometrów, co stanowi ponad 26 razy większy dystans niż ten, jaki dzieli Ziemię i Słońce. Kadr wykonała wysokiej rozdzielczości kamera panchromatyczna, która prowadzi obserwacje w zakresie długości fal 350–850 nm. Z angielskiego sprzęt nosi nazwę „Long Range Reconnaissance Imager (LORRI)”.

Kadłub sondy wykonany jest z aluminium i ma kształt graniastosłupa trójkątnego o długości ponad dwóch metrów, maksymalnej szerokości blisko trzech i wysokości ponad pół metra. Sonda wyposażona jest w zestaw 4 silników. Służą one do wykonywania korekt kursu i do kontroli położenia sondy. Całkowita wysokość sondy od podstawy kadłuba do szczytu zestawu anten wynosi 2,2 m. Całkowita masa startowa wynosiła 478 kg, w tym 77 kg hydrazyny i 30 kg masy aparatury naukowej.

Sonda wyposażona jest w wiele instrumentów naukowych, które wykonają niezbędne dla naukowców pomiary. Na jej pokładzie znajdują się m.in. spektrometr obrazujący w ultrafiolecie, badający skład i strukturę atmosfery (Alice); detektor cząstek wiatru słonecznego, który wykona pomiary prędkości i gęstości wiatru słonecznego oraz tempa ucieczki atmosfery Plutona (SWAP) oraz różnego rodzaju kamery wysokiej rozdzielczości monitorujące w różnych zakresach spektralnych.

Źródło: NASA.


7 grudnia 2014 r.

Nanorurki, które przywrócą wzrok
Naukowcy są blisko opracowania nowatorskiej metody walki z utratą wzroku spowodowaną starczym zwyrodnieniem plamki żółtej.

Zespół uczonych z Tel Aviv University’s School of Electrical Engineering pod kierownictwem Yael Hanein opracował nowatorskie urządzenie przetestowane na modelach siatkówki pochodzenia zwierzęcego. Co ciekawe, ma ono potencjał, by leczyć wiele chorób związanych ze wzrokiem.

– W porównaniu do stosowanych w przeszłości metod, nowe urządzenie jest bardziej skuteczne, bardziej elastyczne i lepiej stymuluje neurony. Nowa proteza jest kompaktowa, a materiał, z której go wykonano jest zdolny do osiągnięcia wyższej rozdzielczości przestrzennej – powiedział Hanein.

Uczeni połączyli półprzewodnikowe nanopręty oraz węglowe nanorurki, dzięki czemu stworzyli bezprzewodowy, czuły na światło, elastyczny film, który może potencjalnie zastąpić uszkodzoną siatkówkę oka. Pierwsze testy wypadły obiecująco, a sztuczna siatkówka oka jest w stanie wywołać odpowiedź neuronów na światło.


5 grudnia 2014 r.

Orion bezpiecznie wylądował na Pacyfiku. Jesteśmy coraz bliżej Marsa
Orion dotknął powierzchni wody o 17.29 naszego czasu

Statek kosmiczny Orion wylądował na powierzchni Ziemi około godzi. 17.30. Maszyna wystartowała o godz. 13.05, wzniosła się na orbitę okołoziemską, którą okrążyła dwa razy. Około 17.20 kapsuła dostała się do atmosfery i zaczęła płonąć.

O godz. 17.29 maszyna bezpiecznie wylądowała na wodach Pacyfiku. – Lądowanie było modelowe – mówią eksperci NASA. Orion wystartował o 13.05. Po kilkunastu minutach dotarł na orbitę okołoziemską. Około godziny 16.20 doszło do separacji rakiety kosmicznej od kapsuły. Od tego czasu Orion pędził w stronę Ziemi. O godz. 17.19 kapsuła dostała się do ziemskiej atmosfery z ogromną prędkością. Orion osiągnął wtedy temperaturę 2,2 tys. st. C.

Pierwotnie start rakiety Delta IV Heavy, na grzbiecie której umieszczono Oriona, miał się odbyć wczoraj. Pracownicy NASA przez kilka godzin z niecierpliwością oczekiwali na rozpoczęcie misji testowej. Jednak z powodu silnego wiatru i problemów z układem paliwowym nie wzniesiono Oriona na orbitę okołoziemską.

Rozpoczęcie fazy testowej przeniesiono o 24 godziny (na piątek 5 grudnia). Start nastąpił ze Space Launch Complex 37 na terenie Centrum Kosmicznego im. Johna F. Kennedy’ego, kosmodromu zajmującego 567 kilometrów kwadratowych przylądka Canaveral (stan Floryda, USA). Internauci uważnie śledzą działania, które podejmują pracownicy NASA w celu wzniesienia Oriona na orbitę. Transmisja z lotu jest dostępna online na portalu TVN Meteo (na dole artykułu) oraz na stronie NASA.

Start rakiety Delta IV Heavy ze statkiem kosmicznym ORION (Zdjęcia: NASA)

Lądowanie statku kosmicznego ORION (Zdjęcia: NASA)


2 grudnia 2014 r.

Czy wewnątrz Mimasa znajduje się ocean?
Pomiary wykonane przez sondę Cassini sugerują, że Mimas – mały lodowy księżyc Saturna – może mieć w swoim wnętrzu ocean ciekłej wody.


Czy we wnętrzu Mimasa kryje się ocean? /NASA

Sonda Cassini, która od 2004 krąży wokół Saturna, dokonała prawdziwej rewolucji w naszym postrzeganiu tej planety, jej pierścieni oraz księżyców. Dzięki obserwacjom i pomiarom wykonanym przez Cassini dziś wiemy już, że księżyce takie jak Tytan czy Enceladus charakteryzują się dużą aktywnością, zaś inne, takie jak maleńka Phoebe, mają kilka cech przypisywanych planetom. Ponadto, odkryto wcześniej nieznany pierścień Saturna.

W październiku tego roku na łamach czasopisma Science ukazała się publikacja naukowa dotycząca Mimasa – księżycu o średnim promieniu zaledwie 200 km. Mimas jest znany z dwóch cech: jest to najmniejszy sferyczny obiekt w Układzie Słonecznym oraz z obecności dużego krateru na swojej powierzchni (nazwa tego krateru to Herschel). Jednakże dotychczas dość mało było wiadome o strukturze wewnętrznej Mimasa.

Dotychczasowe badania Mimasa sugerowały, że jest to księżyc w dużej części zbudowany z lodu wodnego. Gęstość tego księżyca to około 1,15 – 1,17 g/cm3, co oznacza przewagę lodu i niewielką ilość skał. Ponadto, znane były wymiary Mimasa: w jednej z osi tej księżyc jest o około 10 proc. dłuższy od pozostałych. Orbita Mimasa jest nieco ekscentryczna, nieco bardziej w porównaniu z orbitą naszej planety. Znany jest także rezonans orbitalny tego księżyca względem niektórych części pierścieni Saturna oraz księżyca Tetys. Wreszcie, Mimas jest zwrócony tą samą stroną ku Saturnowi, podobnie jak Księżyc ku Ziemi.

Publikacja, której głównym autorem jest Radwan Tajeddine z amerykańskiego Cornell University, sugeruje, że wnętrze Mimasa może mieć dość zaskakującą strukturę. Ten wniosek powstał na podstawie detekcji niewielkich oscylacji w ruchu Mimasa, które następują z okresem około 23 godzin. Wielkość tych oscylacji to około 3 km na orbitę.

Modele wypracowane na podstawie danych z misji Cassini sugerują, że około 24-31 km pod powierzchnią Mimasa znajduje się ocean ciekłej wody. Ten ocean mógłby znajdować się pomiędzy lodową skorupą tego księżyca, a lodowo-skalistym wnętrzem Mimasa. Według naukowców, potencjalna obecność oceanu powinna mieć związek z orbitą Mimasa, która w przeszłości mogła być bardziej ekscentryczna niż dziś. Jeśli tak rzeczywiście było, wówczas siły pływowe mogły wytwarzać wystarczająco dużo ciepła, by utrzymać wodę w stanie ciekłym wewnątrz Mimasa. Dziś zaś obserwujemy powoli zamarzający ocean.

Alternatywnie, jądro tego księżyca może mieć bardziej podłużny niż kulisty kształt. Dalsze obserwacje sondy Cassini mogą przynieść nieco więcej informacji na temat struktury wewnętrznej Mimasa.

W lutym 2010 roku misje sondy Cassini przedłużono aż do roku 2017 roku. Wówczas Cassini spłonie w atmosferze Saturna. Do końca misji Cassini wykona dziewięć dość odległych przelotów obok Mimasa, najbliższy z nich nastąpi z najmniejszą odległością około 28 tysięcy km (około 0,07 dystansu pomiędzy Ziemią a Księżycem).


1 grudnia 2014 r.

Wystrzelono satelitę nawigacyjnego „Glonass-K”


Wystrzelenie satelity „Glonass” za pomocą rakiety „Proton-M” w 2010 roku. Tym razem Rosjanie wykorzystali nową rakietę Sojuz-2.16. /AFP

W nocy z niedzieli na poniedziałek z kosmodromu Plesieck wystartowała rakieta nośna „Sojuz-2.16”, która wyniosła na orbitę okołoziemską satelitę nawigacyjnego nowej generacji „Glonass-K” – poinformował przedstawiciel ministerstwa obrony Rosji płk. Aleksiej Zołotuchin.

Był to już piąty satelita nawigacyjny z serii „Glonass”, wystrzelony z tego kosmodromu. Wszedł on w skład systemu nawigacji satelitarnej, który ma być konkurencyjny do amerykańskiego systemu GPS. Zołotuchin poinformował, że satelita funkcjonuje normalnie. Od wcześniejszych satelitów tej serii „Glonass-M”, różni go dłuższy okres funkcjonowania (10 lat zamiast 7), mniejsza masa i nowocześniejsza aparatura nawigacyjna.

„Glonass-K” jest również wyposażony w międzynarodowy system ratunkowo-poszukiwawczy COSPAS-SARSAT. Zołotuchin podkreślił, że do jego umieszczenia na orbicie posłużyła rakieta również nowej generacji „Sojuz-2.16”, która zastąpiła wcześniejsze rakiety „Proton-M”.


1 grudnia 2014 r.

Pole magnetyczne Ziemi słabnie szybciej niż myślano. Nadchodzi przebiegunowanie?

Nasze pole magnetyczne słabnie o 5 procent na każde 10 lat. Naukowcy informują, że to znacznie szybciej, niż dotychczas prognozowano i ich zdaniem takie zmiany magnetosfery zwiastują nadejście przebiegunowania.

Ziemskie pole magnetyczne generowane jest przez interakcje, jakie zachodzą między rotacją w jądrze naszej planety, a prądami elektrycznymi. Wytwarzane pole tworzy magnetosferę, która działa niczym tarcza i ochrania nas przed niebezpiecznym wiatrem słonecznym. Pole magnetyczne posiada dwa bieguny – północny i południowy. I to dzięki nim możliwa jest nawigacja.

Naukowcy podkreślają to, że pole magnetyczne Ziemi nie jest stałe i średnio co 450 tys. lat dochodzi do jego przebiegunowania. Oznacza to, że magnetyczny biegun północny „zamienia się miejscem” z magnetycznym biegunem południowym. W zeszłym miesiącu zespół ekspertów z Uniwersytetu Kalifornijskiego zauważył, że ostatnie przebiegunowanie wystąpiło około 786 tys. lat temu i trwało mniej niż 100 lat. A zazwyczaj tego typu zjawiska trwają tysiące lat. Wynika więc z tego, że proces zamiany biegunów naszej planety się opóźnia.

Dowody na przebiegunowanie są widoczne. Można je zaobserwować np. w skałach. Bo gdy stopiona materia skalna zaczyna się chłodzić, pierwiastki metaliczne układają się w kierunki pola. Analizując warstwy skał, geolodzy są w stanie zaobserwować, w którą stronę te pierwiastki są skierowane, a więc mogą przez to określić kierunek pola magnetycznego.

Europejska Agencja Kosmiczna stworzyła projekt Swarm. Wykorzystano w nim trzy satelity do badania ziemskiego pola magnetycznego, oceanów oraz wewnętrznej struktury Ziemi. Podczas spotkania naukowców w Kopenhadze (związanego z projektem Swarm) ogłoszono, że magnetosfera słabnie o 5 procent na każde 10 lat. Taka niestabilność może być dowodem na to, że wkrótce nadejdzie przebiegunowanie.

Eksperci podkreślają, że siła pola magnetycznego waha się i jest to jak najbardziej normalne, ale tak spore tempo tych wahań może być znakiem nadchodzącego odwrócenia biegunów. Pole słabnie 10 razy szybciej niż wcześniej przewidywano, a to oznacza, że przebiegunowanie może nadejść znacznie szybciej.

Jeśli już bieguny zamienią się miejscami, trzeba będzie zmienić orientację kompasów. To nie jest największy problem ludzkości. Nasuwa się jednak pytanie, co będzie z istotami żywymi? Niektóre zwierzęta wędrowne, takie jak np. żółwie czy ptaki wykorzystują bowiem pole magnetyczne do nawigacji. Odwrócenie pola sprawi, że stracą one swoje umiejętności nawigacyjne.

Innym poważnym kłopotem może być to, że odwrócenie biegunów, które wiąże się z osłabieniem pola magnetycznego sprawi, że zostaniemy pozbawieni silnej tarczy, która chroni nas przed szkodliwym promieniowaniem słonecznym. Istnieje również ryzyko, że pojawią się problemy w sieciach elektroenergetycznych i satelitarnych.


29 listopada 2014 r.

DNA przetrwało lot w Kosmos. „Byliśmy kompletnie zaskoczeni”
Spora część materiału genetycznego wróciła po 13-minutowej podróży na Ziemię

– Byliśmy kompletnie zaskoczeni – przyznają naukowcy, którym udało się udowodnić, że DNA może przetrwać trudne warunki panujące w Kosmosie. Eksperci wysłali ponad atmosferę naszej planety próbki materiału genetycznego. Po 13-minutowej podróży spora część DNA wróciła na Ziemię w nienaruszonym stanie.

Dwoje naukowców z Uniwersytetu w Zurychu – dr Cora Thiel, specjalista od mikrobiologii oraz prof. Oliver Ullrich, który zajmuje się biochemią – przeprowadziło niezwykły eksperyment. Postanowili umieścić wewnątrz wnęki ładunkowej rakiety TEXUS-49 próbkę DNA. Później rakieta miała odbyć kilkunastominutowy lot na niskiej orbicie ziemskiej. Dzięki temu Thiel i Ullrich mieli sprawdzić, jaki wpływ na materiał genetyczny i jego funkcjonowanie wywiera grawitacja.

Jednak podczas przygotowań eksperymentu badacze umieścili również kilka próbek DNA na zewnątrz rakiety – m.in. poza wnęką ładunkową i w łebkach śrub. To z kolei miało pomóc sprawdzić solidność biomarkerów w DNA (konkretnej części nici DNA, która zawiera instrukcje dotyczące danej funkcji).

Eksperyment przebiegł zgodnie z planem i po 13 minutach rakieta wróciła na Ziemię. Jak się później okazało, we wszystkich miejscach z zewnętrznej strony rakiety, w których umieszczono materiał genetyczny, odnaleziono część materiału. Co więcej, jego spora część pozostawała w pełni funkcjonalna – np. w łebkach śrub znajdowało się nawet 53 proc. wcześniej zamieszczonego materiału genetycznego, a aż jedna trzecia jeszcze funkcjonowała.

– Byliśmy kompletnie zaskoczeni. Nigdy nie spodziewalibyśmy się, że uda nam się odzyskać tak wiele nienaruszonych i prawidłowo funkcjonujących DNA – powiedziała dr Thiel.

Naukowcy podkreślili jednak, że materiał DNA, który został wykorzystany w eksperymencie, nie był chromosomalnym DNA (występującym u ludzi i u większości organizmów żywych). Do eksperymentu wykorzystano bowiem dużo mniejsze DNA plazmidowe, znajdujące się u niektórych bakterii.

– Nie możemy stwierdzić, w jaki sposób te wielkie cząsteczki DNA chromosomalnego zareagują na takie same warunki (jak w eksperymencie – red.). To powinno być zbadane w osobnym projekcie – przyznał prof. Ullrich w rozmowie z portalem space.com.

Naukowcy podkreślają również, że tego typu badania skłaniają do refleksji na temat tego, czy życie może w naturalny sposób przenosić się z jednej planety na drugą za pośrednictwem komet i innych kosmicznych obiektów lub rakiet.


20 listopada 2014 r.

CERN po raz pierwszy upublicznił dane z eksperymentów prowadzonych na LHC

20 listopada, CERN po raz pierwszy w historii uruchomił portal Open Data. Otwarty dostęp do danych z eksperymentów (prawdziwych zderzeń) prowadzonych przez naukowców w Wielkim Zderzaczu Hadronów LHC to ogromna szansa dla zapoznania się z nimi szerokiego grona, np. studentów.

„Uruchomienie w CERN-ie portalu Open Data to ważne wydarzenie dla naszej organizacji. Od dziś otwarcie dzielimy się z całym światem danymi, które zaliczają się do najcenniejszych rezultatów prac prowadzonych w eksperymentach LHC. Mamy nadzieję, że ich upublicznienie zainspirują badaczy na całym świecie, łącznie ze studentami i amatorami.” – powiedział Rolf Heuer, Naczelny Dyrektor CERN-u. Zasada otwartości jest wpisana w konwencję założycielską CERN-u. Zgodnie z nią publikacje opisujące eksperymenty zawsze były bezpłatnie dostępne do publicznego użytku. Od niedawna kolaboracje pracujące przy akceleratorze LHC postanowiły rozszerzyć tę zasadę także na zebrane dane eksperymen­talne. Nowa polityka ma być stosowana do wszystkich danych zbieranych w przyszłości. Pierwsza baza danych w formacie dostosowanym do analiz udostępniona publicznie w portalu CERN Open Data została zgromadzona w 2010 r. przez kolaborację CMS, w trakcie pierw­szego eksperymentu wykonanego na akceleratorze LHC. Udostępnio­no też otwarte programy do odczytu i analizowania tych danych wraz ze stosowną dokumentacją. Kolaboracja zobowiązała się upubliczniać swe dane nie później niż trzy lata po ich zebraniu, który to czas rezerwuje sobie na ich dogłębne zanalizowanie. „To wszystko jest dla nas zupełnie nowe. Jesteśmy bardzo ciekawi jak udostępnione dane zostaną powtórnie użyte” oświadczyła Kati Lassila-Perini, koordynatorka kolaboracji CMS ds. zabezpieczania danych. „Przy­goto­wane przez nas narzędzia i przykłady charakteryzują się różnymi pozio­mami złożoności, od uprosz­czonej analizy aż po gotowe do użytku aplikacje online. Mamy nadzieję, że pobudzą one kreatywność zewnętrznych użytkowników.” Równolegle portal CERN Open Data daje dostęp do zebranych przez kolaboracje ALICE, ATLAS, CMS i LHCb danych specjalnie przy­goto­wanych do celów edukacyjnych, takich jak międzynarodowe warsztaty z fizyki cząstek (http://www.physicsmasterclasses.org/), z których co roku korzysta ponad 10 tysięcy licealistów. Tym zasobom towarzyszą narzędzia do wizualizacji. „Strategia naszej kolaboracji dotycząca danych przewiduje m.in. ich zabez­pie­czanie i udostępnianie. Przekonaliśmy się, że studenci są zafascynowani możliwością własnoręcznego analizowania danych eksperymentalnych z LHC. Dlatego bardzo cieszy nas możliwość wykonania tego pierwszego kroku na drodze do udostępniania wybranych danych dla celów edukacyj­nych” powiedział Silvia Amerio, koordynator kolaboracji LHCb ds. zabez­pieczania danych. „Opracowanie portalu Open Data to pierwszy kamień milowy naszej misji wspomagania naszych użytkowników w zabezpieczaniu i udostępnia­niu wyników ich badań. Ma on zagwarantować – obecnie i w przyszłości – dostęp do danych i możliwość skorzystania z narzędzi służących do ich opracowywania” powiedział Tim Smith z Działu Informatyki CERN-u. Dane opublikowane na portalu Open Data zostały udostępnione w domenie publicznej na zasadach licencji Creative Commons CC0 (http://creativecommons.org/publicdomain/zero/1.0/). Każda porcja danych i każdy program został opatrzony uni­ka­towym identyfikatorem DOI aby można się było do nich łatwo odwoływać w publikacjach naukowych. Programy są udostępniane na zasadach licencji open source. Portal CERN Open Data został zbudowany w oparciu o oprogramowanie Invenio Digital Library kategorii open source, które leży też u podstaw innych narzędzi i inicjatyw programu CERN Open Science.


20 listopada 2014 r.

Europejska Agencja Kosmiczna ESA opublikowała nowe zdjęcia komety 67P/Churyumov-Gerasimenko. Zdjęcia te można znaleźć w naszej galerii


20 listopada 2014 r.

Grawitacja uratowała Wszechświat.
Badania sugerują, że słynne cząstki Higgsa powinny doprowadzić do destabilizacji i załamania młodego wszechświata – tuż po Wielkim Wybuchu. Europejskim fizykom udało się jednak wyjaśnić, dlaczego tak się nie stało.


Wielki Wybuch/ NASA

Powstawanie bozonów Higgsa podczas rozszerzania się bardzo młodego wszechświata powinno doprowadzić do jego destabilizacji i załamania – sugerują badania nad „boską cząstką”, o czym przypomina serwis PhysOrg. – Model standardowy, wykorzystywany przez naukowców do opisywania cząstek elementarnych oraz ich wzajemnych oddziaływań, do tej pory nie dostarczył odpowiedzi na pytanie – dlaczego wszechświat nie zapadł się tuż po Wielkim Wybuchu – wyjaśnia profesor Arttu Rajantie z Wydziału Fizyki Imperial College w Londynie. Nic dziwnego, że naukowcy zaczęli doszukiwać się działania jakiś nieznanych im sił, które wciąż czekają na odkrycie, a które pomogłyby wyjaśnić zagadkę narodzin wszechświata. Jednak Rajantie wraz z badaczami z Uniwersytetu w Kopenhadze i Helsinkach znaleźli wyjaśnienie i jest ono znacznie prostsze niż mogłoby się wydawać.

– Nasze badania dotyczą ostatniego nieznanego parametru w modelu standardowym – interakcji pomiędzy cząstką Higgsa a grawitacją. Ten parametr nie może być mierzony w eksperymentach z akceleratorem cząstek, ale miał ogromny wpływ na niestabilność bozonu Higgsa podczas rozszerzenia się wszechświata. Nawet niewielka jego wartość mogła okazać się wystarczająca dla przetrwania młodego wszechświata – bez udziału żadnych nowych i nieznanych nam sił – dodaje Rajantie. Zespół uczonych będzie kontynuował swoje badania przy pomocy obserwacji kosmologicznych. W ten sposób być może uda się nieco bardziej szczegółowo wyjaśnić te zależności oraz ich wpływ na rozwój wczesnego wszechświata. – Naszym celem jest pomiar interakcji pomiędzy grawitacją i polami Higgsa na podstawie danych kosmologicznych. Jeśli uda się nam tego dokonać, to wypełnimy ostatnią lukę w modelu standardowym fizyki cząstek i być może będziemy bliżej odpowiedzi na fundamentalne pytanie – jak się tutaj znaleźliśmy – powiedział Rajantie.


18 listopada 2014 r.

Philae znalazł cząstki organiczne – takie, z których składają się żywe organizmy

Uśpiony już lądownik Philae zdążył zdobyć pierwsze próbki z powierzchni komety 67P/Czuriumow – Gierasimienko. Wstępne wyniki opublikowało Niemieckie Centrum Aeronautyki (DLR). Okazało się, że na powierzchni komety znajdują się m.in. cząsteczki organiczne.

Jak donoszą naukowcy z DLR (Deutsches Zentrum für Luft und Raumfahrt), lądownik Philae przeprowadził pierwsze prace badawcze na komecie 67P/Czuriumow – Gierasimienko. Za pomocą 10 instrumentów pobrano próbki z otoczki gazowej i powierzchni lecącego obiektu. Zebrane informacje trafiły na Ziemię. Teraz rozpoczęto etap analizy danych. – Zebraliśmy wiele cennych informacji, które nabyliśmy poprzez bezpośredni kontakt z kometą. Jesteśmy na dobrej drodze do lepszego zrozumienia tego typu obiektów. Ich powierzchnie okazują się być zupełnie inne, niż sądzono do tej pory – poinformował dyrektor naukowcy DLR Ekkehard Kuehrt.

Za pomocą naszpikowanego czujnikami kosmicznego młotka o nazwie MUPUS (został on zbudowany w Polsce w Centrum Badań Kosmicznych Państwowej Akademii Nauk – więcej na ten temat przeczytasz tutaj), zamontowanego na Philae, naukowcy prowadzili m.in. analizę wytrzymałości powierzchni komety. – Zdobyliśmy wiele danych, które trzeba jeszcze przeanalizować. Jednak okazuje się, że kometa jest twarda jak lód – relacjonuje Tilman Spohn z DLR, który prowadzi zespół badawczy.

Próbki gleby lądownik Philae pobrał za pomocą specjalnego wiertła. Jak podaje DLR, wstępne analizy potwierdzają obecność cząsteczek organicznych (takich, w których skład wchodzi węgiel; kiedyś uważano, że występują one tylko w organizmach żywych, jednak dziś wiadomo, że można otrzymać je także sztucznie) na komecie. Pozostałe instrumenty badawcze sondy wykazały m.in., że aktywność sejsmiczna 67P/Czuriumow – Gierasimienko jest niska. Potwierdzono również obecność dużej ilość lodu na powierzchni komety.

Philae wylądował na komecie 12.11.2014 o godz. 17.03. Plan zakładał, że znajdzie się ona w takim miejscu, by zapewnić instrumentom dostateczną ilość energii z oświetlonych, a tym samym stale ładujących się baterii słonecznych. To się niestety nie udało (więcej na ten temat przeczytasz tutaj). Lądownik niefortunnie trafił pod niewielką górkę na powierzchni komety, która rzuca na niego cień. Z jego powodu lądownik szybko wykorzystał baterie i musiał zostać uśpiony. Gdy dodatkowy akumulator zostanie rozgrzany w słońcu, Philae uruchomi ponownie swoje podzespoły. – Jestem przekonany, że Philaei wznowi z nami kontakt i będziemy w stanie kontynuować badania – mówi kierownik projektu DLR Lander Stephan Ulamec. Naukowiec uważa, że połączenie nastąpi prawdopodobnie latem 2015 roku.


14 listopada 2014 r.

Philae rozpoczął wiercenia. Jego baterie wkrótce mogą się wyczerpać?

To już trzeci dzień głównego etapu misji Rosetta. Lądownik Philae zaczął wwiercać się w kometę 67P/Czuriumow-Gierasimienko, ponieważ naukowcy obawiają się, że w najbliższych godzinach jego baterie słoneczne mogą się wyczerpać. Naukowcy czekają na dane spod powierzchni komety 67P/Czuriumow-Gierasimienko.

Piątek jest trzecim dniem głównego etapu misji Rosetta. W czwartek naukowcy z ESA podali, że podczas lądowania Philae odbił się przynajmniej dwa razy. Dziś dowiedzieliśmy się, że lądownik odpadł od komety na wysokość około 1 km. Następnie spadł na powierzchnię jeden kilometr dalej od miejsca, w którym pierwszy raz dotknął ciało niebieskie. Dokładne miejsce, w którym znajduje się lądownik nie jest znane. Wiadomo natomiast, w którym miejscu nastąpił pierwszy kontakt Philae z 67P. Obszar, na którym może znajdować się sonda został oznaczony za pomocą fal radiowych. Wiadomo również, że lądownik jest pochylony, ale stoi prawidłowo na powierzchni komety. Nie jest natomiast odpowiednio zakotwiczony.

W piątek naukowcy potwierdzili, że Philae zaczął wiercenia na komecie, ponieważ istnieje ryzyko, że w najbliższych godzinach jego baterie się wyczerpią. Inżynierowie Philae, przypominają, że akumulatory lądownika do prawidłowego działania wymagają ogrzania do ok. 0 st. C. Podczas konferencji ESA, która rozpoczęła się o godz. 14.00, eksperci sugerowali, że lądownik może być otoczony skałami, które rzucają sporo cienia, dlatego istnieje ryzyko, że jego baterie słoneczne wkrótce się wyczerpią. – Dzisiaj rozpoczęły się wiercenia, jednak czy wszystko się uda i czy odniesiemy sukces okaże się dopiero wieczorem – powiedział Stephan Ulamec, Philae Lander Manager. Eksperci zauważyli także, że przyrządy MUPUS i APXS zwróciły dane naukowe. Dodali przy tym, że pierwsze wyniki badań, przeprowadzonych przez Philae i Rosettę, świat pozna podczas grudniowej konferencji poświęconej naukom planetarnym.

Wszystkie narzędzia naukowe na Philae pracują. Rosetta przesyła na Ziemię odebrane z lądownika dane. Zaprojektowane przez polskich naukowców z Centrum Badań Kosmicznych PAN urządzenie zaczęło działać w czwartek późnym wieczorem. Urządzenie przesłało pierwsze dane, mało istotne, ponieważ pochodziły z powierzchni, temperatura wynosiła -150 st. C. MUPUS ma za zadanie zbadać temperaturę wewnątrz komety. Pierwsze pomiary powinny być dostarczone jeszcze dziś. W związku z tym, że lądownik jest nieodpowiednio przymocowany, naukowcy mają obawy, że ruchy jego ramion spowodują, że Philae odpadnie od komety. ESA postanowiła, że podejmie to ryzyko, ponieważ wszystkie ważne badania, bez użycia ruchomych ramion, zostały wykonane. Badacze martwią się o energię słoneczną, lądownik jest zlokalizowany na mało oświetlonym miejscu. Zapas energii starczy na dwa połączenia z Ziemią. Podczas ostatniej sesji ESA chce obrócić tak Philae, aby był zwrócony w stronę słońca. Jest szansa, że ocali to bilans energetyczny lądownika. Niestety jest też duże prawdopodobieństwo, że ta operacja się nie uda. Naukowcy mają nadzieję, że pobrane z powierzchni jądra próbki pomogą poszerzyć wiedzę na temat powstania planet oraz życia, gdyż tworzące materię komet lód i skały przechowują cząsteczki organiczne z zamierzchłej przeszłości.


Penetrator MUPUS opracowany w Centrum Badan Kosmicznych PAN
na zlecenie DLR – Niemieckiej Agencji Kosmicznej

Artur B. Chmielewski, Polak pracujący w NASA nadzorował lądowanie Philae. Jest to syn znanego dobrze rodakom jako „Papcio Chmiel”, autora komiksów „Tomek, Romek i A’Tomek”. Artur Chmielewski wyjechał na studia do Stanów Zjednoczonych, tam po wielokrotnych próbach dostał się do NASA. Obecnie NASA współpracuje z ESA przy projekcie Rosetta. – Europejczycy są odpowiedzialni za lądowanie Philae, ja będę zajmował się antenami, które przynoszą dane oraz oprogramowaniem – mówił w TVN24 Chmielewski.

Rosetta wystartowała 2 marca 2004 roku z kosmodromu Kourou w Gujanie Francuskiej. By dotrzeć do komety, próbnik wykorzystywał do zwiększenia swej prędkości pola grawitacyjne planet, zbliżając się w tym celu w latach 2005-2009 trzykrotnie do Ziemi i raz do Marsa. Dlatego w odniesieniu do Słońca jego trajektoria ma kształt rozszerzającej się spirali. Ponieważ spirala ta sięgała niemal orbity Jowisza, Rosetta przez dłuższy czas znajdowała się w strefie o znacznie obniżonej w porównaniu z Ziemią intensywności promieniowania słonecznego. Dlatego w lipcu 2011 roku aparaturę pokładową trzytonowego próbnika wprowadzono w stan uśpienia, by zaktywizować ją w styczniu bieżącego roku, gdy baterie słoneczne mogły znów osiągnąć wymaganą moc. 10 września, po wykonaniu szeregu manewrów w pobliżu jądra komety, Rosetta weszła na orbitę wokół niego, czego w lotach kosmicznych nigdy dotąd nie praktykowano. Promień tej orbity ma około 30 kilometrów.

Lądowanie nastąpiło w 10 lat i pięć miesięcy po starcie Rosetty z Ziemi i było związane z ryzykiem, gdyż konfiguracja powierzchni mającego rozmiary 3 na 5 kilometrów jądra komety nie była wcześniej znana. Kierownictwo lotu wykryło również, że silnik rakietowy lądownika, który miał mu pomóc przytwierdzić się do powierzchni, nie funkcjonował we właściwy sposób. Dlatego główna rola w zapobieżeniu odbiciu się lądownika przypadła jego harpunom. Na powierzchni jądra zalega więcej pyłu niż się spodziewano, co ogranicza ilość światła do wywarzania prądu w bateriach słonecznych. Lądownik ma w akumulatorach zapas energii na dwa i pół dnia pracy. Umieszczenie maszyny na komecie jest pierwszym tego typu wydarzeniem w historii. Philae wylądował na 67P/Czuriumow-Gierasimienko w środę o 1703.


12 listopada 2014 r.

Tak wygląda kometa z bliska. Lądownik Philae wysłał zdjęcia. Za nami historyczne lądowanie

Udało się! Philae wylądował na komecie. Sygnał odebrano tuż po 17. Lądownik nie stoi jednak stabilnie – prawdopodobnie przez zbyt miękki grunt. To nie przeszkadza mu jednak wysyłać zdjęć na Ziemię.

O godzinie 1003 naszego czasu nastąpiło rozdzielenie Rosetty i lądownika Philae. Sonda kosmiczna, która leciała przez dziesięć lat i pięć miesięcy, pokonała dystans ponad 6 mld kilometrów.

Po godz. 15 ESA udostępniła zdjęcie (jedno z siedmiu), na którym widać Rosettę z perspektywy odłączającego się lądownika. Chwilę po tym ESA poinformowała, że pozostaje w w kontakcie z lądownikiem i Rosettą. Agencja odebrała potwierdzenie, że Philae jest gotowy do lądowania. Po godz. 16 doszły do nas informacje, że MUPUS – polskie narzędzie w misji Rosetty – kalibruje swój czujnik podczerwieni. MUPUS to „igła”, która wwierci się w powierzchnię komety. O 17 ESA spodziewała się odebrać sygnał o lądowaniu Philae na komecie. Tuż po godz. 17 sygnał dotarł. Philae wylądował na komecie. Jean Jacques Dordain, szef ESA, powiedział: „To Europa pierwsza wylądowała na komecie”. Przed godz. 18 podano, że nie zadziałały kotwice. To oznacza, że przytwierdzenie statku do być może zbyt miękkiego gruntu nie jest solidne. Po naradzie członkowie misji zadecydowali, że harpuny trzymające lądownik nie zostaną odpalone raz jeszcze.

W ciągu dnia naukowcy poinformowali o awarii jednego z systemów wspierających lądowanie. Był to mały silniczek gazowy, który miał za zadanie dopchnąć lądownik do powierzchni komety. System nie zadziałał. Philae spadał z prędkością 1 m/s. – Lądownik uderzy w kometę z dość dużą prędkością. Trzeba zrobić tak, by Philae po zetknięciu się z powierzchnią zatrzymał się, a nie odbił – mówił Karol Wójcicki z Centrum Nauki Kopernik. – Są trzy systemy, które mają temu zapobiec – dodał. Pierwszy to specjalne śruby, które są na trzech nóżkach. Drugi system to harpun, który przyciągnie lądownik do komety. Trzeci to niedziałający silniczek gazowy. – Wszyscy mają nadzieję, żeby miejsce w które trafi Philae nie było płaską skałą, a grząską ziemią – wyjaśnia Wójcicki. – Dodatkowo miał pomóc ten silniczek gazowy, który był na czubku lądownika i miał dopchnąć Philae do komety – dodawał.

Philae wyposażony jest w instrument pomiarowy, który został skonstruowany przez polskich naukowców. Urządzenie to, w kształcie szpikulca, będzie się wbijać w ziemię na głębokość dwudziestu centymetrów, zmierzy między innymi temperaturę, skład chemiczny i fizyczny skorupy komety.

Powierzchnia komety 67P/Czuriumow – Gierasimienko(Zdjęcie: ESA)

Sonda Roseta widziana z lądownika Philae (Zdjęcie: ESA)

Sonda Philae widziana z sondy Roseta (Zdjęcie: ESA)

Sonda Philae widziana z sondy Roseta widziana kamerą OSIRIS (Zdjęcie: ESA)


11 listopada 2014 r.

Już jutro Philae wyląduje na komecie. To pierwszy taki manewr w dziejach ludzkości. Po godz. 1900 w środę pojawią się pierwsze relacje z lądowania

W środę (12 listopada) próbnik Philae odłączy się od sondy Rosetta i wyląduje na powierzchni komety 67P/Czuriumow – Gierasimienko. Będzie to pierwszy w historii tego typu manewr. W porannym programie TVN24 „Wstajesz i wiesz” astronom Jerzy Rafalski opowiedział o celu tej misji. Zauważył przy tym, że włączyli się w nią również Polacy.

Zadaniem sondy Rosetta, która od 10 lat przemierza Kosmos, jest zbadanie natury komety 67P/Czuriumow-Gierasimienko. Skonstruowaną przez naukowców Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) sondę wyposażono w łącznie 11 instrumentów naukowo-badawczych. Na jej pokładzie do środy znajduje się także lądownik Philae.

12 listopada, zespół operacyjny naukowców z ESA, wyśle sygnał do wystrzelenia lądownika w stronę kosmicznej skały. Będzie to pierwszy w historii tego rodzaju manewr. Do tej pory jedyną szansą na zetknięcie z powierzchnią komety była zaplanowana kolizja obu obiektów. Pierwszych relacje z przebiegu zaplanowanego lądowania można spodziewać się około godz. 1930 polskiego czasu w środę.

– Kometa to takie jakby okruchy brudnego śniegu, które przybywają gdzieś z odległych okolic Układu Słonecznego, zza Plutona – wyjaśnia astronom Jerzy Rafalski z toruńskiego planetarium. Dla naukowców, zaznacza Rafalski, komety są „prawdziwą gratką, bo grzebiąc w tym ich pyle i brudzie” mogą się czegoś dowiedzieć o naturze Wszechświata. – Nie trzeba wcale do nich lecieć, one same do nas przylatują. Wystarczy więc tylko z Ziemi „przeskoczyć” na kometę, wylądować i pogrzebać w tym ich brudnym lodzie – kontynuuje.

Do tej pory jednak wylądować na powierzchni kosmicznej skały nie udało się nikomu. – Ale uderzenie w kometę się udało – dodaje ze śmiechem przypominając podjętą niegdyś misję „Deep Impact”. Wówczas sonda wystrzeliła w stronę wybranej komety próbnik, który odłupał fragment powierzchni, a instrumenty pokładowe sondy go analizowały. – Teraz ma to być bardziej finezyjne lądowanie – kwituje, dodając, że łatwo nie będzie.

– Kometa jest mała; ma kilka kilometrów, małą gęstość i małe przyciąganie grawitacyjne – wylicza. Jak więc wylądować na czymś, co wcale nie przyciąga? Należy tak manewrować silnikami, podkreśla Rafalski, aby bardzo delikatnie i miękko osadzić na powierzchni lodu próbnik Philae. Miejsce osadzenia zostało wybrane znacznie wcześniej, po długiej analizie wykonanych z pewnej odległości zdjęć.

Matematyczne wyliczenia mają na celu zminimalizowanie ryzyka „osunięcia się” próbnika, co byłoby druzgocące. Plan zakłada, że lądując próbnik z powodzeniem wbije harpuny w powierzchnię, zakotwiczając się na pędzącej przez Kosmos skale. Kiedy Philae odłączy się od Rosetty, sonda „zaparkuje” w pobliżu komety. Wówczas naukowcy będą pracować nad uzyskaniem jeszcze lepszego połączenia z Rosettą. Umożliwi to sprawny przekaz informacji pozyskanych z dziesięciu różnych instrumentów naukowo-badawczych na agencyjne serwery.

Jednym z kluczowych instrumentem na pokładzie Philae jest dzieło polskich naukowców. Toruński astronom przyrównuje go do szpikulca, który zostanie wbity w powierzchnię komety na głębokość około 20 centymetrów. – Zbada temperaturę, skład chemiczny i sprawdzi, czy warstwa lodu jest twarda i gruba, czy też może będzie ją łatwo przebić – objaśnia. Zbadana zostanie również „mglista otoczka” otulająca kosmiczny obiekt, zwany comą.


8 listopada 2014 r.

Statek kosmiczny Orion został przygotowany do wytoczenia z hali montażu LASF (Launch Abort System Facility) w Centrum Kosmicznym im. Kennedy’ego na Przylądku Floryda. W poniedziałek 10 listopada rozpocznie swoją podróż do Kompleksu Startowego nr 37 w celu przygotowania do pierwszego lotu. Przygotowania obejmują zespolenie statku z rakietą nośną, podłączenie wszystkich zespołów oraz odliczanie. Statek dotrze na wyrzutnię w poniedziałek w nocy naszego czasu ok. godz. 2000.

Statek kosmiczny Orion przygotowany do wytoczenia z hali LASF (Zdjęcie: NASA)

Wizja statku Orion na orbicie (Zdjęcie: NASA)

Schemat pierwszego lotu statku Orion (Zdjęcie: NASA)

Nosicielem statku Orion jest najmocniejsza obecnie amerykańska rakieta nośna Delta IV Heavy. Pierwszy lot jest lotem bezzałogowym. Orion osiągnie wysokość 6480 km. Odległość ta jest ok. 15 razy większa niż odległość Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS).

Rakieta nośna Delta IV Heavy podczas przygotowań na wyrzutni (Zdjęcie: NASA)


6 listopada 2014 r.

Tak rodzi się planeta. Zdjęcia z ogromnego teleskopu

Naukowcy z Europejskego Obserwatorium Południowego (ESO) zaobserwowali narodziny planet w dysku protoplanetarnym gwiazdy HL Tauri. Zdjęcia wykonano za pomocą ogromnego teleskopu w Chile. Obserwacje wykazały, że proces powstawania planet może trwać krócej niż sądzono do tej pory.

Nowa sieć radioteleskopów ALMA Atacama Large Milimeter/ submilimeter Array (ALMA) w północnym Chile zdobyła niezwykle dokładne ujęcia oddalonej o 450 lat świetlnych od Ziemi gwiazdy o nazwie HL Tauri otoczonej przez pyłowy dysk. Na wykonanych zdjęciach widać liczne koncentryczne, regularnie oddalone od siebie pierścienie. Uchwycone obrazy pokazują, że młoda gwiazda może być otoczona dużymi ciałami planetarnymi. – Tak młode gwiazdy nie powinny mieć tak dużych ciał planetarnych zdolnych do wytworzenia struktur widzianych na obrazie. To zaskakujące, ponieważ HL Tauri nie ma więcej niż milion lat – mówił mediom zastępca dyrektora ALMA Stuartt Corde.

Naukowcy są zachwyceni efektem swoich obserwacji. Według nich jeszcze nigdy nie udało się zdobyć tak dokładnych obrazów. Ujęcia są ostre i bardziej dokładne niż większość zdjęć wykonanych przez teleskop Hubble’a należący do NASA. – Kiedy zobaczyłem zdjęcia po raz pierwszy, myślałem że to symulacja, bo ujęcia były zbyt dobre – zachwycał się dyrektor National Radio Astronomy Observatory (NRAO) Tony Beasley. – Byliśmy zdumieni niesamowitym poziomem szczegółów – informowała jedna z autorek projektu Catherine Vlahakis.

Naukowcy z ESO liczą, że dokładna obserwacja pozwoli na tworzenie dokładniejszych symulacji powstawania m.in. Układu Słonecznego. Obecna wiedza na temat narodzin galaktyk opiera się głownie na teorii i przypuszczeniach naukowców. – Fakt, że możemy zobaczyć narodziny planet, pomoże nam zrozumieć ten proces i wyjaśnić pochodzenie Układu Słonecznego – wyjaśnia astronom Cystral Brogan.

HL Tauri jest zasłonięta przez pył i gaz, przez co gwiazda jest trudna do obserwacji. Jednak ALMA była w stanie pokonać tę barierę. Jest największym na świecie interferometrem radiowym. Składa się z 66 radioteleskopów, które znajdują się na płaskowyżu Chajnantor na wysokości około 5 tys. m n. p. m. w Andach.


5 listopada 2014 r.

Rosyjscy naukowcy ostrzegają: za sześć lat może dojść do katastrofy

Rosyjscy naukowcy odkryli ogromną asteroidę, która jest potencjalnym zagrożeniem dla naszej planety. Kosmiczny intruz może uderzyć w Ziemię za sześć lat. Jeśli doszłoby do kolizji, siła eksplozji byłaby 1000 razy większa niż w Czelabińsku w 2013 roku.

Jak donosi serwis rosyjskiej telewizji „RT”, teleskop Master z Uniwersytetu Moskiewskiego zainstalowany w pobliżu miasta Kisłowodsk odkrył ogromną asteroidę. Według rosyjskich naukowców obiekt o nazwie 2014 UR116 stanowi potencjalne zagrożenie dla Ziemi. Rosyjscy naukowcy wraz z pracownikami z Smithsonian Astrophysical Observatory (Cambridge USA) obliczyli wstępną orbitę asteroidy, która biegnie w pobliżu Marsa i Wenus. Pole grawitacyjne tych planet może wpłynąć na trasę 2014 UR116. Średnica obiektu szacowana jest na 370 m, czyli o 45 m więcej niż odkryty w 2004 Apophis.

Według pracownika Instytutu Astronomii Stosowanej Victora Shora, 2014 UR116 nie powinien uderzyć w Ziemię przez najbliższe sześć lat. Obecnie obiekt znajduje się w odległości 4,5 mln km od Ziemi. Jednak naukowcy powinni być czujni.

Gdyby doszło do kolizji, to eksplozja byłaby wielokrotnie silniejsza niż wybuchu meteoru w Czelabińsku. W 2013 roku meteor miał średnicę 17 m. Obiekt 2014 UR116 jest niemal 22 razy większy. Dlatego właśnie Międzynarodowa Unia Astronomiczna umieściła tę asteroidę na liście potencjalnie niebezpiecznych.

Teleskop Master odkrył już dwie inne asteroidy 2013 SW24 i 2013 UG1, które również stanowią potencjalne zagrożenie. Jednak te obiekty są zdecydowanie mniejsze. Mają średnicę 250 i 125 metrów.


26 października 2014 r.

Czym pachnie warkocz komety? Zgniłymi jajami, końskimi odchodami i migdałami.

Naukowcy analizujący dane, jakie w ostatnich miesiącach pozyskał instrument pokładowy zainstalowany na ścigającej kometę sondzie Rosetta, nie mają wątpliwości: nie chcielibyśmy być na jej miejscu. Musielibyśmy wówczas wdychać „aromat” zgniłych jaj, końskich odchodów i duszącego, specyficznego zapachu dwutlenku siarki wraz z migdałowym, cierpkim zapachem cyjanowodoru.

Należąca do europejskiej agencji kosmicznej ESA sonda Rosetta, na swoim pokładzie „niesie” wiele skomplikowanych instrumentów. Jednym z nich jest ROSINA (Rosetta Orbiter Sensor for Ion and Neutral Analysis – red.), czyli zestaw dwóch spektrometrów mas jonów i cząstek neutralnych współpracujących z czujnikiem ciśnienia.

Jego zadaniem jest zbadanie atmosfery i jonosfery warkocza komety oraz pomiar jego temperatury i prędkości cząsteczek gazu i jonów. Ma również badać reakcje zachodzące w ogonie. ROSINA w sierpniu pozyskała bardzo wiele interesujących badaczy pomiarów. Ostatnie tygodnie naukowcy spędzili na analizie tych danych. Wyniki badań dobitnie wykazały, że kosmos w istocie jest nie tylko bardzo zimnym miejscem, wibrującym od obecnych w nim gwiazd, planet i miliardów skał. Okazuje się być również… dość śmierdzący. Przynajmniej w zasięgu warkocza komety 67P/Czuriumow – Gierasimienko.

Pozyskane 11 września przez zainstalowany na sondzie instrument ROSINA pomiary wykazały, że warkocz ściganej komety wydziela zaskakująco wiele różnych gazów o niekoniecznie atrakcyjnym zapachu. Analiza molekularna wykazała, że warkocz składa się nie tylko z pary wodnej (H2O), tlenku węgla (CO), dwutlenku węgla (CO2), amoniaku (NH3), metanu (CH4) i metanolu (CH3OH). Oddalona o około 400 mln kilometrów kometa wydziela również formaldehyd (CH2O), siarkowodór (H2S), cyjanowodór (HCN), dwutlenek siarki (SO2) oraz dwusiarczek węgla (CS2).

– Zapach wydzielany przez kometę 67P/Czuriumow – Gierasimienko można przyrównać do odoru mieszanki odoru zgniłych jaj (siarkowodór), końskich odchodów (amoniak) wymieszanych z formaldehydem, charakteryzującym się specyficznym, cierpkim i gryzącym zapachem. Jednocześnie wyczulibyśmy aromat gorzkiego, migdałowego zapachu cyjanowodoru i alkoholu (metanol), wraz z duszącym odorem dwutlenku siarki i słodkawą nutą dwusiarczku węgla – opisuje Kathrin Altwegg, kierująca zespołem „opiekującym się” instrumentem pokładowym ROSINA.

Badaczka zwraca jednak uwagę, że owe molekuły nie są dominujące – ich ilość nie jest wystarczająco duża, by „zdominowały” aromat” warkocza komety. Altwegg podkreśla, że owe „zapaszki” i tak byłyby dla ludzkiego nosa słabo wyczuwalne ze względu na przeważającą ilość innych – pary wodnej, dwutlenku węgla i tlenku węgla. – Kluczowe jest jednak to, że analiza ROSINA je wykryła, co podnosi swoistą atrakcyjność komety 67P/Czuriumow – Gierasimienko dla nas jako naukowców – nie kryje badaczka. – Chodzi o zrozumienie budowy, składu i właściwości nie tylko obiektów znajdujących się zarówno na stałe w przestrzeni Układu Słonecznego, takich jak planety, ale również obiektów będących tu „przelotem”, jak np. komety – zauważają naukowcy ESA.


25 października 2014 r.

Skoczył z 41 km, pobił rekord Baumgartnera. „Zobaczyłem ciemność przestrzeni”

1322 km/h – to prędkość, jaką osiągnął wiceprezes Google’a Alan Eustace. 57-latek wystartował w Roswell w stanie Nowy Meksyk, balonem helowym. Na wysokości 41 kilometrów został od niego odczepiony i poddał się swobodnemu spadaniu. – To było piękne. Zobaczyłem ciemność przestrzeni, warstwy atmosfery, których nigdy wcześniej nie widziałem – opowiadał człowiek, który jako drugi na świecie przekroczył prędkość dźwięku będąc poza samolotem.

Dwa lata temu rekord świata ustanowił Austriak Felix Baumgartner, który skoczył z niespełna 40 km wysokości.

Lot ku ziemi trwał 15 minut. W organizację niezwykłego przedsięwzięcia zaangażowany był sztab specjalistów. Przez trzy lata grupa naukowców projektowała specjalny skafander z systemem podtrzymującym życie i spadochron oraz opracowywała technikę balonową. Alan Eustace wystartował w Roswell, w stanie Nowy Meksyk. Dzięki specjalnemu balonowi z helem, z prędkością 30 km/h wzniósł się w stratosferę. Tam, na wysokości ponad 41 km miniładunki wybuchowe przerwały liny łączące Eustace’a z balonem. Mężczyzna zaczął spadać. Jego lot ku ziemi trwał 15 minut, z czego 4,5 minuty stanowiło spokojne spadanie. W szczytowym momencie Eustace przekroczył prędkość 1300 km/h.

„Zobaczyłem ciemność przestrzeni”.4,5 minuty przed spodziewanym zbliżeniem się skoczka do ziemi zespól techniczny, który czuwał nad przebiegiem skoku, uaktywnił specjalnie zaprojektowaną nić z włókna węglowego. Była ona zamocowana do głównego spadochronu, który miał sprowadzić Alana Eustace bezpiecznie na ziemię, w określonym promieniu od miejsca, z którego wystartował. – To było jak dzika, dzika przejażdżka – stwierdził po wylądowaniu na ziemię. – Zobaczyłem ciemność przestrzeni, warstwy atmosfery, których nigdy wcześniej nie widziałem – dodał. Wyczynu nie sponsorowały żadne firmy. Eustace odmówił nawet Google’owi, w którym jest zatrudniony. Nie chciał medialnego rozgłosu i tego, by jego skok marzeń był potraktowany jako akcja marketingowa.


24 października 2014 r.

Naukowcy z NASA zaobserwowali ogromną plamę słoneczną. To AR12192, której powierzchnia sięga ponad 0,2 proc. powierzchni półkuli naszej dziennej gwiazdy. Zdaniem ekspertów plama 12192 jest największą zaobserwowaną od prawie 24 lat.

W ostatnim czasie Aktywny Region 12192 znacznie zwiększył swój zasięg. Astronomowie z NASA twierdzą, że 22 października powierzchnia tej plamy słonecznej wynosiła 0,2410 proc. powierzchni półkuli naszej dziennej gwiazdy. To największy aktywny region od czasu plamy słonecznej AR6368, która została zaobserwowana w listopadzie 1990 roku.

AR2192 jest większy od AR486, który w 2003 roku był źródłem wielu silnych rozbłysków. Jednak Aktywny Region 2192 nie jest wcale tak aktywny. Do 23 października wygenerował kilka rozbłysków klasy C (słabe) i klasy M (średnie). Odnotowano również jeden rozbłysk klasy X (silny). Jednak tym co dziwi naukowców jest fakt, że nie doszło do koronalnego wyrzutu masy, który byłby skierowany w Ziemię. To na skutek tego wyrzutu nad Błękitną Planetą pojawiają się zorze.

Danych na temat aktywności Słońca od 2010 roku dostarcza satelita naukowy Solar Dynamics Observatory (pol. Obserwatorium Dynamiki Słońca). To dzięki temu satelicie udało się zauważyć największą plamę słoneczną. Obecnie nasza dzienna gwiazda znajduje się w 24. cyklu aktywności. Przyjmuje się, że początek tego cyklu nastąpił w styczniu 2009 roku.


24 października 2014 r.

Kosmiczny sukces Chińczyków rozpalił marzenia o zdobywaniu kosmosu

Chińscy naukowcy w piątek powody do radości mają od bladego świtu – udało się wynieść na orbitę eksperymentalny model statku kosmicznego. Sukces na tym polu rozpalił na nowo nadzieję na przywrócenie zaniechanych niegdyś misji na Księżyc i dalej.

Inżynierowie liczą, że statek bez problemu pokona wyznaczoną trasę, w którą wyruszył wczesnym rankiem w piątek, 24 października. Pracowali nad nią naukowcy z Chińskiej Akademii Kosmicznej Technologii, którzy chcą za jej pomocą wskrzesić zaniechane niegdyś plany ekspansji Księżyca.

W ciągu kolejnych ośmiu dni inżynierowie spodziewają się, że rakieta doleci do Srebnrego Globu i okrąży go. Jeśli wszystko się uda zostanie podjęta próba kolejnego lotu. Tym razem będzie miał na celu umieszczenie sondy Chang’e-5 na orbicie naturalnego satelity Błękitnej Planety. – Kluczowe konstrukcje techniczne elementów pozwalające na wystrzelenie rakiety z Ziemi w kosmos są w pełni ukończone – wyjaśniał Tao Zhongshan, główny inżynier Centrum Kontroli Satelitarnej Xichang. Dodał, że zainstalowany w komputerze pokładowym software w odpowiednim momencie uwolni sondę i będzie odpowiedzialny za utrzymanie jej na pożądanym kursie.

– Ponieważ nowa sonda Chang’e Lunar jest cięższa niż przeciętny, podobny mu obiekt, zostanie wyniesiona na orbitę „na grzbiecie” nowego modelu rakiety typu Long March-5. Wystrzelone zostaną z portu kosmicznego wybudowanego na Hajnan, jednej z wysp na Morzu Południowochińskim – dodał Tao.


19 października 2014 r.

Przebiegunowanie Ziemi odbędzie za naszego życia.

Ostatnie przebiegunowanie Ziemi miało miejsce ok. 786 tys. lat temu. Nie wiadomo ile dokładnie proces ten trwał, choć dowody znalezione w dorzeczu Sulmona we włoskich Apeninach sugerują, że zamknął się w okresie 100 lat. Ale to można raczej potraktować jako wyjątek potwierdzający regułę. Szacunki wskazują, że przebiegunowanie może zachodzić średnio raz na 500 tys. lat, a sam proces może być rozłożony nawet na 10 tys. lat.

Podczas ostatniego przebiegunowania, na Ziemi miała miejsce wzmożona aktywność wulkaniczna i sejsmiczna. Na naszą planetę docierało także więcej promieniowania kosmicznego i wiatru słonecznego, bo magnetosfera normalnie nas przed nimi chroniąca była osłabiona.

Mimo iż bieguny zamieniły się miejscami w ciągu 100 lat, to przez dodatkowe 6000 lat były mocno niestabilne. Podobny scenariusz może czekać nas i teraz, choć dokładnie nie wiadomo kiedy się on ziści.

Wielce prawdopodobne, że bieguny magnetyczne zamienią się miejscami za życia osób obecnie zamieszkujących naszą planetę. Uczeni za realną datę graniczną podają rok 2100.


15 października 2014 r.

Orbita Księżyca może być znakomitym miejscem do obserwacji nie tylko samego Srebrnego Globu, ale i całego Układu Słonecznego. NASA potwierdziła to właśnie publikując niezwykłe zdjęcie Ziemi i Marsa, uchwyconych równocześnie kamerą sondy Lunar Reconnaissance Orbiter (LRO). W chwili wykonania tego zdjęcia, 24 maja 2014 roku, Mars był około 300 razy dalej od Księżyca niż Ziemia.

W codziennej pracy sonda Lunar Reconnaissance Orbiter (LRO) kieruje swe kamery na powierzchnię Srebrnego Globu, centrum kontroli jej lotu postanowiło sprawdzić jednak, jak w jej obiektywie pokażą się znacznie bardziej odległe obiekty. Skorzystano z okazji, jaką było korzystne ustawienie Ziemi i Marsa 24 maja 2014 roku. Wcześniej, 8 maja, przeprowadzono serię testów.

W chwili ekspozycji sonda LRO była niespełna 380 tysięcy kilometrów od Ziemi i około 112,5 miliona kilometrów od Marsa. Na obrazie Ziemi wyraźnie widać zachodnią część Afryki i Ocean Atlantycki z przecinającą je w rejonie równika linią burz.

Zdjęcie powyżej to montaż pokazujący Ziemię i Marsa obok siebie, w zmienionej proporcji. Obraz Czerwonej Planety o szerokości zaledwie 12 pikseli został tu ośmiokrotnie powiększony. Rzeczywistą proporcję i odległość obu planet na obrazie kamery LRO pokazuje zdjęcie poniżej, na którym dla lepszej widoczności podniesiono tylko kontrast obrazu Marsa. NASA przyznaje, że taki obraz w symboliczny sposób potwierdza znaczenie naukowego programu księżycowego dla badań, które w przyszłości mają doprowadzić do załogowej misji na Marsa.


15 października 2014 r.

RMF 24: Bateria ładowana piorunem. Chińscy naukowcy ogłaszają przełom w konstrukcji baterii litowo-jonowych. Badacze z Nanyang Technology University (NTU) zbudowali akumulatory, które do 70 procent pojemności ładują się zaledwie w 2 minuty. Co więcej, nowa generacja baterii ma mieć żywotność sięgającą 20 lat, nawet 10 razy dłuższą, niż w przypadku dotychczasowych. Pisze o tym w najnowszym numerze czasopismo „Advanced Materials”.

Chiński wynalazek może mieć wpływ na wiele dziedzin przemysłu, ale z całą pewnością kluczowe może okazać się zastosowanie tej technologii w produkcji akumulatorów do samochodów elektrycznych. Długi czas ładowania i niewystarczająca trwałość dotychczas stosowanych baterii stanowią podstawowe przeszkody na drodze do ich popularyzacji.

Baterie obecnie stosowane w smartfonach, tabletach czy samochodach elektrycznych wytrzymują przeciętnie około 500 cykli pełnego rozładowania, co przy standardowym użytkowaniu oznacza nie więcej, niż dwa do trzech lat pracy. Minimalny czas pełnego ładowania nie spada też poniżej dwóch godzin. Nowe baterie mają to zmienić

Badacze ze School of Materials Science and Engineering NTU doprowadzili do przełomu, zmieniając materiał, z którego budowali anody akumulatorów. Zamiast grafitu zastosowali żel, zawierający nanorurki dwutlenku tytanu, tysiące razy cieńsze od ludzkiego włosa. To przyspieszyło przebieg reakcji chemicznych i umożliwiło szybsze ładowanie.

Metoda produkcji tego żelu, wymyślona przez profesora Chen Xiaodonga, jest podobno bardzo prosta. Polega w skrócie na wymieszaniu w podwyższonej temperaturze dwutlenku tytanu z wodorotlenkiem sodu. Autorzy pracy twierdzą, że dotychczasowi producenci baterii litowo-jonowych nie będą mieli problemu, by tę technologię wdrożyć. Dwutlenek tytanu jest przy tym materiałem tanim, bezpiecznym i łatwo dostępnym.

Grupa z NTU opatentowała już swój wynalazek, zamierza teraz wystąpić o grant naukowy, który umożliwi budowę pełnowymiarowego akumulatora. Zapowiada, że pierwsze komercyjnie produkowane baterie nowego typu powinny pojawić się na rynku mniej więcej za dwa lata.

– Samochody elektryczne będą w stanie dramatycznie zwiększyć swój zasięg, bo ładowanie ich akumulatorów potrwa około 5 minut, mniej więcej tyle, ile obecnie trwa postój na stacji benzynowej – zapewnia prof. Chen. Jego zdaniem równie ważne będą oszczędności dla portfela i środowiska, związane z nawet dziesięciokrotnie większą trwałością nowych baterii.


15 października 2014 r.

Nowo opracowany materiał może pomóc stworzyć ogniwa fotowoltaiczne nawet o stuprocentowej wydajności.

Kiedy ogniwo fotowoltaiczne absorbuje fotony, powstają ekscytony, które umożliwiają interakcję światła i materii. Ekscytony występują w dwóch odmianach: formie singletowej (łatwe do uchwycenia przez ogniwa słoneczne) i trypletowej (mogące produkować dwa elektrony z jednego fotonu).

Większość stosowanych ogniw fotowoltaicznych jest produkowana z krzemu, absorbując tym samym ekscytony singletowe. Maxim Tabachnyk z University of Cambridge zna sposób, jak przeszkodę tą pokonać.

Krzem wystarczy połączyć z pentacenem, cząsteczką organiczną, znajdującą się w liściach i efektywnie pochłaniającą ekscytony trypletowe. Pierwsze eksperymenty potwierdzają, że jest to stosunkowo łatwe do osiągnięcia.

Zespół Tabachnyka wykorzystał spektroskopię laserową, dzięki której impuls światła jest wytwarzany co kilka femtosekund. Hybrydowy materiał powstały z połączenia krzemu i pentacenu może wykazywać wydajność na poziomie ponad 95 proc.

Naukowcy mają nadzieję, że dzięki odkryciu Tabachnyka będzie możliwe stworzenie taniej powłoki organicznej do budowy ogniw fotowoltaicznych.


14 października 2014 r.

Po odnalezieniu bozonu Higgsa, fizycy poszukują kolejnych składników materii. Teraz udało się odkryć zupełnie nową, nieznaną wcześniej cząstkę.

Mezon Ds3*(2860)- to cząstka subatomowa, zauważona przez zespół kierowany przez fizyków z University of Warwick, którzy przeglądali dane z detektora LHCb będącego częścią Wielkiego Zderzacza Hadronów. Molekuła łączy się z innymi w sposób podobny, jak protony, przez co będzie łatwo ją badać.

Póki co, fizycy nie znają natury nowo odkrytej cząstki. Nie wiadomo, czy jej istnienie jest istotne dla równowagi wszechświata, jak w przypadku bozonu Higgsa. Konieczne są dalsze badania.

– Cząstka Ds3*(2860)- ma ciężki kwark powabny, więc teoretycy będą mogli łatwiej obliczyć jej właściwości. Spin molekuły wynosi 3, więc nie będzie wątpliwości, co to za cząstka. Mamy nadzieję, że takim odkryciom uda nam się lepiej zrozumieć rozkład sił działających wewnątrz jądra atomowego – powiedział Tim Gershon, szef zespołu badawczego.


13 października 2014 r.

W bazie Vandenberg w Kalifornii rozpoczęto przygotowania do lądowania małego wojskowego wahadłowca X-37B. Maszyna, która spędziła w kosmosie rekordowe 22 miesiące, może wrócić na Ziemię już we wtorek. Nie wiadomo, co X-37B w tym czasie robił, bowiem wojsko USA utrzymuje to w ścisłej tajemnicy.

Oficjalna informacja na temat powrotu wahadłowca z kosmosu jest bardzo zdawkowa. Dowództwo bazy w Vandenberg podało w kilku krótkich zdaniach, że rozpoczęto przygotowania i lądowanie nastąpi w tym tygodniu. Dużo zależy od pogody. Agencja Reutera twierdzi, że pierwszy planowany termin to wtorek.

Wojskowy wahadłowiec wróci na Ziemię sam. Jego kontrolerzy wydają mu jedynie rozkaz lądowania i określają, w jakim czasie ma ono nastąpić. Maszyna sama wykonuje automatycznie wszystkie manewry i sprowadza się na duży pas startowy w Vandenberg, który pierwotnie zbudowano dla wahadłowców NASA.

X-37B ustanowił już wiele rekordów dotyczących czasu misji dla pojazdów kosmicznych wielokrotnego użytku. Istnieją dwa egzemplarze tego modelu. Ten obecnie szykujący się do lądowania wykonał pierwszy lot w 2010 roku i spędził wówczas w kosmosie 225 dni. Drugi egzemplarz wystartował w 2011 roku i wrócił w 2012, pozostając na orbicie 469 dni. X-37B numer jeden wystartował do swojej drugiej misji, oznaczonej OTV-3, w grudniu 2012 roku. Do dzisiaj spędził w kosmosie rekordowe 672 dni, czyli 22 miesiące.

Wojskowy wahadłowiec może tak długo działać na orbicie, bowiem jest w pełni automatyczny i zasilany przez baterie słoneczne. Co w tym czasie robi, nie jest jednak jasne. Formalnie X-37B są maszynami służącymi do testów i eksperymentów na potrzeby wojska. W swojej ładowni mogą zmieścić około dwóch ton sprzętu. Być może są to elementy dla nowych wojskowych satelitów zwiadowczych i komunikacyjnych.

X-37B daje inżynierom unikalną możliwość wystawienia eksperymentów na działanie kosmosu i ściągnięcie ich z powrotem na ziemię do badań. Obecnie jedyne inne takie miejsce to Międzynarodowa Stacja Kosmiczna, ale wojsko USA nigdy nie wysłałoby tam elementów swoich tajnych urządzeń zwiadowczych, nawet gdyby wszystkie państwa współodpowiedzialne za stację wyraziły zgodę.

Z powodu daleko posuniętej tajemniczości wojska dotyczącej X-37B pojawiły się jednak podejrzenia co do jego prawdziwych zadań. Te małe wahadłowce w teorii mogłyby posłużyć do walki na orbicie, na przykład do eliminowania wrogich satelitów. Obserwatorzy-amatorzy stwierdzili, że podczas kolejnych misji X-37B nie trwają bez ruchu na swojej początkowej orbicie, ale wielokrotnie ją zmieniają, nawet znacząco. Oznacza to, że w teorii mogłyby „doganiać” pobliskie sobie satelity.

Z zewnątrz X-37B przypominają pomniejszone wahadłowce NASA: mają niecałe 9 m długości, 3 m wysokości i są szerokie na 4,5 m. Maszyny zaprojektowało i zbudowało specjalne biuro konstrukcyjne Boeinga Phantom Works, odpowiedzialne za najbardziej awangardowe i tajne konstrukcje powstające na zlecenie wojska USA.

W minionym tygodniu koncern ogłosił, że kupił stary hangar dla wahadłowców NASA na florydzkim kosmodromie Przylądek Canaveral. Tam ma stacjonować flota X-37B, które są odpalane z pobliskich wyrzutni na szczycie rakiet Atlas 5.


12 października 2014 r.

W ramach misji Mars One już w 2022 r. pierwsi koloniści zostaną wysłani na Czerwoną Planetę. Naukowcy z MIT przekonują, że uczestnicy misji bardzo szybko zginą, o ile nie zostaną wprowadzone kosztowne zmiany.

Pierwsi koloniści mają żyć w specjalnych kapsułach i dmuchanych namiotach, wodę pobierać z gruntu i hodować rośliny stanowiące ich pożywienie i źródło tlenu. Okazuje się, że rzeczywistość wcale może nie być tak optymistyczna.

Uczeni z MIT przeanalizowali wszystkie czynniki mające wpływ na żywotność astronautów i doszli do wniosku, że pierwszy z nich umrze już po 68 dniach. Śmierć nastąpi przez uduszenie. Rośliny produkujące tlen będą wytwarzały tyle tego pierwiastka, że trzeba by wypompowywać go poza kolonię, co technicznie nie jest możliwe.

Aby zawartość tlenu nie wzrosła do tego stopnia, by pożary wybuchały samoistnie, gaz ten trzeba będzie odprowadzać razem z azotem, by utrzymać odpowiednie ciśnienie. Doprowadzi to do sytuacji, w której wewnątrz kolonii będzie za niskie ciśnienie, by osoby w niej przebywające mogły swobodnie oddychać Do tego dochodzi wilgotność powietrza na poziomie ok. 100 proc.

Badacze z MIT przeanalizowali rozwiązania, które mogłyby zapobiec przedwczesnej śmierci kolonistów. Wśród nich takie pomysły jak użycie osobnych namiotów do hodowli roślin czy zabranie całej żywności z Ziemi. Kosztowałoby to jednak za dużo – ponad 4 mld dol., a ponadto zwielokrotniło masę ładunku zabranego z naszej planety.

Całkowity budżet misji Mars One początkowo oszacowano na 6 mld dol. Powodzenie całej inwestycji staje pod ogromnym znakiem zapytania. Z drugiej strony Bas Lansdorp – twórca projektu Mars One – przekonuje, że naukowcy MIT się mylą. Według niego zwykłe medyczne koncentratory tlenu rozwiążą przedstawiony problem.


12 października 2014 r.

Zespół próbników marsjańskich znajdujących się na orbicie planety oraz na jej powierzchni został przygotowany na obserwacje jednopojawieniowej komety Siding Spring.

Kometa C/2013 A1, znana jako Siding Spring, minie Czerwoną Planetę 19 października w odległości 139 000 km – mniejszej niż połowa odległości pomiędzy Ziemią i Księżycem oraz mniejszą niż jedna dziesiąta odległości, w jakiej kiedykolwiek kometa minęła Ziemię.

Jądro komety Siding Spring minie Marsa w minimalnej odległości z prędkością 56 km/s o godzinie 2:27 pm EDT (20:27). Zbliżenie będzie niepowtarzalną okazją dla naukowców do zebrania danych zarówno dotyczących komety, jak i jej wpływu na marsjańska atmosferę.

Zdjęcia: NASA.


9 października 2014 r.

Pracownia Fizyki Pałacu Młodzieży w Katowicach zaprasza do udziału w XXXVII Wojewódzkim Drużynowym Turnieju z Fizyki. Szczegóły dotyczące konkursu znajdują się w załączonym regulaminie. Serdecznie zapraszamy do zapoznania się z nim i wzięcia udziału w konkursie.


29 sierpnia 2014 r.

Kosmiczny Teleskop Spitzera zaobserwował zderzenie dwóch ogromnych asteroid, które może doprowadzić do powstania nowej skalistej planety – czytamy na łamach serwisu PhysOrg.

Kolizja miała miejsce 1200 lat świetlnych od Ziemi w gwiazdozbiorze Żagla, a dokładnie w bliskim sąsiedztwie gwiazdy NGC 2547-ID8. Naukowcy obserwują ten obiekt od kilku lat, ponieważ jest otoczony ogromną ilością pyłu, z którego może kiedyś powstać planeta. Jego obecność już wcześniej sugerowała liczne kolizje asteroidów, ale dopiero ostatnia obserwacja przyniosła prawdziwe rewelacje.

– Zaobserwowaliśmy coś, co wydaje się szczątkami ogromnego zdarzenia. Mogliśmy śledzić jak się zmienia – sygnał zanika, w miarę jak drobiny pyłu tworzące chmurę zderzają się ze sobą i jeszcze bardziej rozdrabniają. Spitzer jest idealny do monitorowania nawet niewielkich zmian w podczerwieni całymi miesiącami i latami – powiedziała Kate Su z Uniwersytetu Arizony.

Planety skaliste powstają z chmur pyłu krążących wokół młodych gwiazd. Czasami z malutkich drobinek tworzą się asteroidy, te mogą się zdarzać, ale niektóre zaczynają rosnąć i po upływie 100 mln lat stają się dojrzałymi planetami skalistymi – jak nasza Ziemia.


26 sierpnia 2014 r.

Chiny ogłosiły, że pracują nad ponaddźwiękową łodzią podwodną, która pokonałaby odległość między Szanghajem a San Francisco w niecałe dwie godziny. Naukowcy twierdzą, że projektowany pojazd wykorzystuje zjawisko superkawitacji, do tej pory zastosowane tylko przy konstruowaniu najbardziej zaawansowanych pocisków torpedowych.

Dzięki superkawitacji łódź podwodna zostanie otoczona przez bąbel gazowy, który minimalizuje tarcie, co z kolei umożliwia rozwinięcie ogromnych prędkości. Chińczycy mówią, że teoretycznie taka jednostka byłaby w stanie osiągnąć prędkość nawet ponad 5000 km/h. Górną granicę wyznacza w tym przypadku prędkość dźwięku pod wodą.

Nad wdrożeniem technologii pracuje zespół z instytutów i laboratoriów w mieście Harbin. Li Fengchen, specjalista z zakresu mechaniki płynów, na łamach „South China Morning Post” nie krył zadowolenia z prac inżynierów. – Jesteśmy bardzo podekscytowani potencjałem (odkrycia) – mówił. Li przyznał jednak, że naukowców czeka jeszcze wiele pracy, by podróż superkawitacyjną łodzią podwodną była możliwa, ponieważ wciąż nie opracowano podwodnego silnika rakietowego o odpowiedniej mocy.

Chińscy inżynierowie zainspirowali się odkryciami radzieckimi z czasów zimnej wojny. Twierdzą oni jednak, że udało im się rozwiązać problem stałego utrzymywania bąbla gazowego oraz zaprojektowania jednostki podwodnej, która byłaby w stanie rozwijać wysoką prędkość i przy okazji pozostawać sterowną. Zjawisko superkawitacji w mniejszej skali wykorzystano np. w radzieckiej torpedzie Szkwał, która rozwija prędkość do 370 km/h, czyli 3-4 razy szybszą niż torpedy konwencjonalne. Problemem tej broni jest jednak niska sterowność i wytwarzany hałas. Inżynier Li stwierdził, że technologia rozwijana w jego zespole może w przyszłości posłużyć również nurkom. – Gdyby kombinezon był w stanie wytworzyć i utrzymać bąble gazowe w wodzie, wówczas znacząco zmniejszyłoby się tarcie, a pływanie pod wodą stałoby się równie bezproblemowe jak latanie w powietrzu – mówił.

Profesor Wang Guoyu z Laboratorium Mechaniki Płynów na Pekińskim Instytucie Technologii, który opracowuje podobny projekt, przyznał, że światowe środowisko naukowe od lat zmaga się z problemem skutecznego wdrożenia technologii superkawitacyjnej. – Ciężko kontrolować rozmiar bąbla gazowego, a jednostki są trudne w sterowaniu – wyjaśniał. Wang dodał, że postępy w podobnych konstrukcjach na całym świecie nie są także do końca znane, ponieważ z reguły pozostają sekretem wojskowych. – Główny bodziec wciąż pochodzi z armii, dlatego wiele rozwijanych projektów jest owianych tajemnicą – mówił profesor.


26 sierpnia 2014 r.

Sonda NASA New Horizons, której celem jest przejście w pobliżu Plutona, przecięła orbitę najdalszej planety Układu Słonecznego – Neptuna. Jest to najważniejszy moment w drodze do bliskiego spotkania z Plutonem.

Sonda jest statkiem kosmicznym wielkości pianina. Została wystrzelona w styczniu 2006 roku i osiągnęła orbitę Neptuna (4,4 miliarda kilometrów) w rekordowym czasie ośmiu lat i ośmiu miesięcy.

Sonda New Horizons wyznaczyła nowy kamień milowy dokładnie w 25 rocznicę przejścia w pobliżu Neptuna sondy Voyager 2 25 sierpnia 1989 r.

Zdjęcie: NASA.


23 sierpnia 2014 r.

Jak poinformowała spółka ARIANSPACE dwa nowe satelity systemu GALILEO (systemu mającego być odpowiedzią na amerykański system GPS i rosyjski GLONASS) nie osiągnęły zaplanowanej orbity. Satelity Doresa i Milena zostały wystrzelone około godziny 1430 naszego czasu z kosmodromu Europejskiej Agencji Kosmicznej ESA Kourou w Gujanie Francuskiej za pomocą rosyjskiej rakiety kosmicznej Soyuz 2.


22 sierpnia 2014 r.

Statek kosmiczny Voyager 2 przeleciał w pobliżu Trytona, jednego z naturalnych satelitów Neptuna, 25 sierpnia 1989 r. Paul Schenk, naukowiec z Lunar and Planetary Institute w Houston, użył danych przekazanych przez sondę do stworzenia filmu odtwarzającego fascynujące spotkanie.

Zdjęcia: NASA/JPL-Caltech/Lunar & Planetary Institute


20 sierpnia 2014 r.

Inżynierowie i technicy Centrum Kosmicznego im. Kennedy’ego zakończyli instalowanie osłony termicznej modułu załogowego statku kosmicznego ORION. Osłona ma charakterystyczny stożkowy kształt zgodny z krzywizną samego statku. Wykonana jest z 970 segmentów bardzo podobnych do segmentów osłony termicznej wahadłowców. Spód statku powleczony jest ablatorem, który musi wytrzymać temperaturę podczas wejścia w atmosferę ziemską sięgającą 2200OC.

Statek kosmiczny ORION jest następcą jednorazowych amerykańskich statków kosmicznych. Kształtem i wyglądem bardzo przypomina statek kosmiczny Apollo.



Zdjęcie: NASA/Dimitri Gerondidakis
 

Zdjęcie: NASA


15 sierpnia 2014 r.

Nowe zdjęcie komety 67P/Churyumov – Gerasimenko pokazuje zróżnicowanie struktur powierzchni jądra komety. Zdjęcie zostało wykonane przez główny optyczny przyrząd sondy Rosetta o nazwie OSIRIS (Optical, Spectroscopic, and Infrared Remote Imaging System), wąskokątną kamerą dnia 7 sierpnia 2014 r., gdy sonda znajdowała się w odległości 104. kilometrów od jadra komety.

Zdjęcie: ESA/Rosetta/NAVCAM


12 sierpnia 2014 r.

Inżynierowie NASA rozpoczęli testy instalacji zasilania w ciekły tlen systemu SLS (Space Launch System) – następcy amerykańskich rakiet jednorazowego użytku.


11 sierpnia 2014 r.

Próby ratowania populacji pszczół mogą okazać się bezskuteczne, gdyż wymagałyby wprowadzenia całkowitego zakazu używania pestycydów. Amerykańscy naukowcy chcą stworzyć miniaturowe roboty, które mogą zastąpić te owady.

Stany Zjednoczone bardzo szybko tracą populację pszczoły miodnej. Zjawisko to można zaobserwować we wszystkich krajach stosujących biotechnologiczne ulepszacze upraw, ale to Amerykanie szczególnie je odczuwają. W USA stosuje się bowiem wyjątkowo dużo pestycydów.

Jeżeli dojdzie do upadku rodzin pszczelich, ich reprodukcja będzie niemożliwa. Mimo iż trudno sobie wyobrazić życie bez pszczół, to na taki scenariusz trzeba się przygotować.

Inżynierowie z Uniwersytetu Harvarda już rok temu zaprezentowali model latającego owada, a teraz pracują nad większą wersją robopszczoły, która będzie w stanie unieść w powietrze pełen ekwipunek niezbędny do procesu zapylenia. Naukowcy chcą, by miniaturowe maszyny latające zastąpiły pszczoły i przenosiły pyłek między kwiatami. Roboty nie będą jednak zbierały nektaru.

Robopszczoły są już po testach, a naukowcy są zadowoleni z ich możliwości. Nie wiadomo czy zostaną one użyte tylko w przypadku wyginięcia pszczół, czy jako wsparcie dla nich.


6 sierpnia 2014 r.
   

Sonda Rosetta dotarła do komety i weszła na jej orbitę. Przez 10 lat przebyła niemal 6,4 miliarda kilometrów.

Rosetta, sonda kosmiczna wystrzelona w 2004 roku, dotarła do celu swojej podróży – komety 67P/Czuriumow – Gierasimienko. To wielki sukces, nigdy wcześniej coś takiego się nie udało. Kolejnym etapem misji będzie umieszczenie lądownika na jądrze komety.

– Jesteśmy przy komecie! – Sylvain Lodiot z Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) entuzjastycznie potwierdza, że Rosetta dotarła do celu. Podróż sondy rozpoczęła się 2 marca 2004 r., gdy Rosetta została wystrzelona na pokładzie rakiety Ariane 5 G+ z europejskiego kosmodromu w Kourou. Od tego czasu pięciokrotnie okrążyła Słońce, zbliżając się trzykrotnie do Ziemi oraz raz do Marsa. W ten sposób, dzięki tzw. asyście grawitacyjnej sonda zwiększyła prędkość i weszła na orbitę zbliżoną do celu – komety 67P/Czuriumow-Gierasimienko – pisze ESA na swojej stronie internetowej.

Oto animacja przedstawiająca trasy sondy oraz komety.


6 sierpnia 2014 r.

Dnia 6 sierpnia 1945 r. Amerykanie pierwszy raz w historii wojskowości użyli w działaniach wojennych bomby atomowej. O godzinie 8.15 czasu lokalnego z Superfortecy B-29 „Enola Gay” została zrzucona bomba atomowa „Little Boy”. Bomba eksplodowała na wysokości 508 m nad dziedzińcem szpitala Shima. W wyniku ataku zginęło ok. 90 tys. mieszkańców miasta.

Na zdjęciach poniżej widzimy załogę Superfortecy B-29 „Enola Gay” na tle „własnego” samolotu oraz życie w Hiroszimie po wybuchu. Zdjęcia: AP. Film jest fragmentem produkcji BBC Hiroshima



5 sierpnia 2014 r.

5 sierpnia 2012 r. na Marsie wylądowała sonda Curiosity. Lądowanie miało miejsce w pobliżu krateru Gale. Zdjęcie poniżej przedstawia miejsce lądowania i jest pierwszym przesłanym przez sondę z powierzchni planety.


1 sierpnia 2014 r.

Dziesięć lat temu, 3 sierpnia 2004 r. należąca do NASA sonda MESSENGER (MErcury Surface, Space ENvironment, GEochemistry, and Ranging) została wystrzelona z Przylądka Canaveral na Florydzie, by zabrać niewielkiego satelitę w niebezpieczną podróż w pobliże powierzchni Merkurego – planety najbliższej Słońca.

Sonda 15 razy okrążyła Słońce, raz przeleciała w pobliżu Ziemi, dwa razy w pobliżu Wenus, trzy razy w pobliżu Merkurego, aby w końcu osiągnąć jego orbitę w 2011 r.

Messenger jest drugą ziemską sondą, która osiągnęła orbitę Merkurego. Pierwszą była sonda Mariner 10. To ona właśnie przekazała pierwsze zdjęcia powierzchni planety najbliższej Słońca.

Już pierwsze dane przekazane przez sondę Messenger pozwolą astronomom zweryfikować dane dotyczące planety. Poniżej NASA przedstawia film przekazany przez Messenger’a.


30 lipca 2014 r.

Naukowcy przyznali, że w 2012 roku Ziemia była na skraju katastrofy, która zmieniłaby nasze życie. 23 lipca na Słońcu doszło do prawdopodobnie najpotężniejszego zarejestrowanego do tej pory rozbłysku. Wyrzucony w tym procesie materiał osiągnął prędkość 3 tys. km/h, czyli przemierzał przestrzeń czterokrotnie szybciej niż po typowym rozbłysku. Gdyby chmura plazmy uderzyła bezpośrednio w Zieloną Planetę, wrócilibyśmy do okresu średniowiecza.

Analitycy utrzymują, że bezpośrednie uderzenie spowodowałoby całkowitą utratę elektryczności na Ziemi. Zniszczeniu uległyby prawdopodobnie wszystkie urządzenia elektryczne wpięte do kontaktów. Ludzie mięliby nawet problem ze spuszczeniem wody w toaletach, gdyż w większości przypadków pompy w zakładach wodociągowych zaopatrujących w wodę mieszkańców miast, zasilane są elektrycznie.

Gdyby chmura plazmy uderzyła w Ziemię, prawdopodobnie jej destrukcyjne skutki odczuwalibyśmy do dziś. Fala ominęła Ziemię, ale na jej drodze znalazła się sonda kosmiczna STEREO-A, badająca koronalne wyrzuty masy na Słońcu. Naukowcy badający zgromadzone dane doszli do wniosku, że rozbłysk słoneczny sprzed dwóch lat mógł być znacznie większy niż burza magnetyczna z 1859 roku, która spowodowała awarie sieci telegraficznych w całej Europie i Ameryce Północnej. Wywołana wówczas zorza polarna widoczna była nawet na Karaibach.

Jednak XIX-wieczna technologia była bardzo mało wrażliwa na oddziaływanie magnetyczne Słońca. Podobna burza w dzisiejszych czasach miałaby katastrofalne skutki, gdyż współczesne społeczeństwa w dużym stopniu polegają na technologiach wrażliwych na oddziaływanie Słońca.


26 lipca 2014 r.

W dniu dzisiejszym posłowie Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej przegłosowali powstanie Polskiej Agencji Kosmicznej POLSA. Polscy naukowcy, mający już bardzo duże doświadczenie w obserwacjach Wszechświata, mogą teraz tworzyć technologie pozwalające polecieć w kosmos. Do tej pory jedynie elementy sond międzyplanetarnych były produkcji polskiej (głównie magnetometry i liczniki cząstek). Teraz przyszedł czas na rozszerzenie tej działalności.

W tym miejscu należy przypomnieć, że dnia 13 września 2012 roku Polska przystąpiła do Europejskiej Agencji Kosmicznej ESA.


23 lipca 2014 r.

Indyjska agencja kosmiczna ISRO poinformowała, że pierwsza w historii tego kraju misja międzyplanetarna MOM, inaczej MangalYaan, przebyła już 80 proc. swojej drogi do Czerwonej Planety, tj. pokonała ok. 540 milionów kilometrów.

Sonda ma wejść na orbitę 24 września. Wcześniej, bo 14 sierpnia i 14 września ma dokonać jeszcze 4. i 5. poprawki trajektorii. MOM wystartowała 5 listopada 2013 roku.


22 lipca 2014 r.

Wszechświat jest znacznie jaśniejszy niż wynika z liczby obiektów emitujących światło. Naukowcy nie wiedzą, co jest źródłem nadprogramowego światła, a rozwiązanie tej zagadki może być jednym z ważniejszych odkryć astronomii.

Problem dostrzeżono podczas niedawnego spisu obiektów emitujących światło ultrafioletowe. Najpotężniejszymi źródłami tego typu promieniowania są kwazary. Światło, które z nich pochodzi jonizuje wodór obecny w przestrzeni międzygalaktycznej. Szacując ilość zjonizowanego gazu, można obliczyć, jak dużo ultrafioletu było do tego potrzebne. Pomiary zjonizowanego gazu i znalezione źródła UV nie nakładają się, przez co dochodzi do dużych rozbieżności.

Zespół naukowców z Observatories of the Carnegie Institution pod kierownictwem Juny Kollmeier przeprowadził symulacje komputerowe, które porównano z danymi zebranymi przez Kosmiczny Teleskop Hubble’a. Okazało się, że w rzeczywistości zjonizowanego gazu jest 5 razy więcej, niż gdyby miał być on jonizowany tylko przez znane nam źródła światła. Zjawisko to jest szczególnie zauważalne w niedalekich częściach wszechświata.


19 lipca 2014 r.

20 lipca 1969 r. wylądował na Księżycu lądownik Apollo 11 z pierwszymi ludźmi na pokładzie: Neilem Armstrongiem i Buzzem Aldrinem. Armstrong został pierwszym człowiekiem, który wyszedł na powierzchnię, innego niż Ziemia ciała kosmicznego. Spędził na powierzchni naszego naturalnego satelity ok. 2,5 godz. Armstrong i Aldrin zebrali i przywieźli na Ziemię ok. 21,5 kg próbek gruntu księżycowego. Trzecim astronautą, który pozostał w module załogowym i oczekiwał na zdobywców Księżyca był Michael Collins.

Wszystkie misje księżycowe były wynoszone na orbitę, a później w kierunku Księżyca przez rakietę Saturn V. Konstruktorem rakiety był Werner von Braun. Rakieta mająca wysokość 110 m i 64 cm jest największą rakieta zbudowaną przez człowieka. Starty rakiet Saturn V odbywały się z przylądka Kennedy’ego (dzisiaj Canaveral) z wyrzutni LC39A oraz LC39B.


Start statku kosmicznego Apollo 11 z lądownikiem LM Eagle 16 lipca 1969 r.



Lądowanie lądownika Eagle na Księżycu 20 lipca 1969 r.


Print Friendly, PDF & Email
www.pdf24.org    Send article as PDF